Grekom nie wystarczyły pobicia i pogromy. Ani nagrania posłów, którzy szydzili z Holocaustu. Grecja obudziła się dopiero, gdy zginął ich rodak - mówi Dionisios Sturis, autor reporterskiej książki ‘Zachód słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji’.

Dionisios Sturis: Bo Grecja, jak się nagle okazało, miała wobec mnie plany, które nieszczególnie mi się podobały. Chodziło o służbę w greckim wojsku.

– Razem z czternastoma tysiącami innych uchodźców z Grecji, którzy po przegranej wojnie domowej zdecydowali się na ucieczkę z kraju. Gdyby nie uciekli, czekałyby ich brutalne represje. Grecy i Macedończycy na chwilę zamieszkali w Zgorzelcu, a później rozjechali się po całej Polsce.

Sturisowie osiedlili się w Chojnowie niedaleko Legnicy. Ojciec poznał tam moją mamę, Polkę. Na początku lat 80., kiedy uchodźcom pozwolono wracać do Grecji, rodzice wyjechali do Salonik. Tam się urodziłem, ale kiedy miałem niecałe dwa lata, mama zabrała mnie i moje rodzeństwo i uciekliśmy do Polski.

– Wydawało mu się, że ma do niej prawo, a jego żona będzie ją z pokorą znosiła. Źle mu się wydawało.

– Prawie nic. Więcej sobie wyobrażałem, niż wiedziałem, i opisuję te moje greckie początki w książce „Grecja. Gorzkie pomarańcze". „Zachód słońca na Santorini" to w pewnym sensie jej kontynuacja. Skupiam się na Złotym Świcie, uchodźcach, marmurach Partenonu czy greckiej rewolucji sprzed 200 lat, ale prowadzę w niej też osobną linię narracyjną. Chodzi o moją osobistą historię, epizod sprzed prawie dwudziestu lat, który zaważył na mojej relacji z Grecją. Miałem 18 lat i postanowiłem, że na lato pojadę do krewnych w Salonikach zarobić na studia. Na granicy grecki strażnik powiedział mi, że w systemie świecę się na czerwono. Nazwał mnie uciekinierem, bo choć jestem Grekiem, nie odbyłem obowiązkowej służby wojskowej. Ja Grekiem? Pierwsze słyszę! Groziło mi aresztowanie. I między innymi dlatego zrzekłem się obywatelstwa. Ale też dlatego, by później móc się z Grecją zaprzyjaźnić na własnych warunkach.

– Bardzo długo sądziłem, że nie jest mi potrzebny. Dopiero po trzydziestce, czyli kilka lat temu, na terapii doszedłem do tego, że w młodości mogłem za nim tęsknić. Tyle że on nigdy nie zabiegał o kontakt ze mną ani z moim rodzeństwem. Czuł się urażony tym, że od niego uciekliśmy, i nie zależało mu na tym, by o nas zawalczyć – odwiedzić, wysłać kartkę na urodziny, zadzwonić. Alimentów też nie przysyłał.

– Przez lata buntowałem się, gdy ktoś nazywał mnie Grekiem. Nowo poznani Grecy często pytali mnie, skąd jestem, czyli w ich rozumieniu: kim jestem, i wiesz, o co im chodziło? O rodzinną wioskę mojego ojca. Jakby to im wystarczało i miało mnie w pełni definiować, jakby inne składniki mojej tożsamości nie miały znaczenia: matka, Polska, języki, w których swobodnie mówię, myślę i piszę, bycie gejem, i jeszcze wiele innych spraw. Nic się nie liczy, najważniejsze, że twój ojciec pochodził z wołoskiej wioski przy granicy z Macedonią Północną. Nigdy w niej nie byłeś? Nikogo tam nie znasz? Nieważne. Takie to były rozmowy.

– Nie. Każdy mój wyjazd do Grecji był próbą refleksji nad tym, czym jest greckość, a zatem nad tożsamością Greków i moją własną, jeśli odejść od jej najwęższej, prostackiej definicji związanej z narodowym DNA, tej, która tak się podoba neonazistom.

Mnie dużo bardziej odpowiada definicja, którą zaproponował Zygmunt Bauman: tożsamość nie jest cechą, z którą się rodzimy albo którą z czasem odkrywamy. My naszą tożsamość ciągle konstruujemy, ona nie jest dana, lecz zadana. To proces, wieczny namysł, relacja, nad którą trzeba pracować. Dlatego choć miewam momenty, kiedy Grecja mnie męczy, to ciągle do niej wracam. A i gotuję prawie wyłącznie po grecku.

– Christopoulos jest ekspertem od migracji, praw człowieka, pomagał pisać ustawę, która pozwala na nabywanie greckiego obywatelstwa dzieciom imigrantów, i od lat zastanawia się, czy Grekiem wciąż, jak uważano przez stulecia, trzeba się urodzić, czy można nim zostać. Christopoulos tłumaczy na przykład, że migracji nie da się rozwiązać stawianiem murów na granicy czy otwieraniem kolejnych ośrodków detencyjnych. Musimy przestać marnować pieniądze na drut kolczasty wokół kontynentu, a wydawać je między innymi na mądre programy integracyjne. Kiedy rok temu turecki prezydent sprowokował na granicy z Grecją kryzys, wysyłając przed szlabany tysiące imigrantów i uchodźców marzących o dostaniu się do Europy, Christopoulos apelował, by te szlabany otworzyć, i krytykował grecki rząd, który zawiesił prawo do ubiegania się o azyl. Tłumaczył, że jeśli dziś odmawiamy człowieczeństwa Irakijczykom czy Afgańczykom, następnego dnia tak samo możemy potraktować np. przeciwników politycznych.

– Ale działania Unii Europejskiej w tamtym czasie to dowód na to, że wspomnianej lekcji z historii nie odrobiliśmy. Najważniejsi europejscy politycy przylecieli do Grecji, wsiedli do helikoptera i z wysokości obserwowali zamieszki na granicy. Im te zamknięte szlabany się spodobały, przekonywali, że Grecja ma być tarczą Europy i musi obronić wspólnotę przed inwazją. A Grecji ani Europie nie groziła żadna inwazja. Po tureckiej stronie płotu nie stali żołnierze wrogiej armii, ale cywile, dzieci z rodzicami, młodzi mężczyźni, starcy na wózkach inwalidzkich. Obrona „twierdzy Europa" okazała się ważniejsza niż solidarność, prawa człowieka i obowiązek pomocy słabszym.

– W powietrzu było czuć nacjonalistyczny smrodek. Ludzie zachowywali się tak, jakby za chwilę miała wybuchnąć wojna. Ustawili się za premierem, który przebrany w kurtkę w kolorze khaki objeżdżał przygraniczny region i pozował na wielkiego wodza, pompatycznie zapewniał, że obroni ojczyznę. Wylewnie dziękował też okolicznym rolnikom, myśliwym, rybakom, którzy zakładali obywatelskie milicje. Skrzykiwali się po kilku, kilkunastu i uzbrojeni chodzili na patrole, dbając o to, by żaden z uchodźców nie przedostał się na drugą stronę granicznej rzeki Ewros. Zdarzały się „obywatelskie zatrzymania" i brutalne pobicia, w tym pobicia dziennikarzy, którzy próbowali ujawnić nielegalne praktyki samozwańczych obrońców Grecji i greckości.

– Z tamtej wyprawy przywiozłem kolejnego pozytywnego bohatera do książki – to Spiros Galinos, mer wyspy. Rozmawialiśmy w 2015 r., kiedy Lesbos była jednym z pierwszych punktów na trasie wielkiej wędrówki uchodźców z Afryki i Azji. Każdego dnia na wyspę pontonami i łodziami docierały tysiące osób. Wyspa była dla nich przystankiem w drodze na kontynent. Zarówno mer, jak i większość mieszkańców robili wszystko, by pomóc przybyszom. Choć dla małej wyspy przyjęcie tysięcy ludzi każdego dnia było dużym wyzwaniem, a spadek ruchu turystycznego dawał się mieszkańcom we znaki, mer nie zrobił kroku wstecz. Organizował wodę i żywność, w miarę możliwości zapewniał opiekę medyczną. Mer Galinos przypominał całej Europie, co znaczy solidarność. Na pomoc uchodźcom przeznaczał ok. 20 proc. budżetu wyspy.

@ANTIFA_JAWORZNO
creator
26d

– Tak, Galinos znał kontekst tego pytania. Siedzieliśmy w jego zadymionym biurze, zgodził się na wywiad z dziennikarzem z Polski, bo wiedział, że Warszawa odmawia przyjęcia choćby garstki uchodźców. Tę rozmowę załatwił mi de facto Jarosław Kaczyński. Galinos znał jego słynną wypowiedź i wyjaśnił, że za przenoszenie chorób odpowiedzialni są nie uchodźcy, ale politycy, jak Kaczyński, którzy zarażają nienawiścią.

Kilka miesięcy po mojej wizycie na Lesbos Unia Europejska dogadała się z Turcją, która w zamian za miliardy euro obiecała, że nie pozwoli na przeprawy uchodźców na greckie wyspy. Ludzie nadal przypływali na Lesbos, Kos czy Chios, ale było ich znacznie mniej. Na mocy nowej umowy nie mogli jednak liczyć, że po rejestracji szybko ruszą w dalszą drogę. Wyspy stawały się dla nich więzieniem na długie miesiące, a nawet lata. Gdy wcześniej odwiedzałem obóz dla uchodźców w Morii, nie było to najmilsze miejsce na świecie, ale panowały w nim ludzkie warunki. Wkrótce potem zamienił się w slums – przepełniony do granic możliwości, kipiący od przemocy i ludzkiej desperacji. Aż w zeszłym roku doszczętnie się spalił. Wizerunek Lesbos mocno na tym ucierpiał. Z wyspy zniknęli turyści, w mieszkańcach zaczęły narastać zmęczenie i frustracja, które wyczuwalne są do dziś.

– Nacjonaliści to nieadekwatny przydomek. To są neonaziści, choć oficjalnie się do tego nie przyznają. Po raz pierwszy o Złotym Świcie usłyszałem w 2010 r. W tym czasie w tawernach całej Grecji mówiono tylko o jednym – gigantycznym kryzysie ekonomicznym, który groził bankructwem kraju. Rząd obciął seniorom emerytury, a w ciągu następnych miesięcy takich cięć było jeszcze kilkanaście. Zarobki spadły o 20 procent, a co czwarty Grek został bez pracy. Grecy byli wściekli, a swój gniew wyrażali podczas masowych demonstracji i zamieszek. Kolejni premierzy kapitulowali, powoływano rządy techniczne. W państwie pogrążonym w chaosie wszyscy szukali nadziei. O niej właśnie mówili działacze Złotego Świtu. To partia, która powstała w połowie lat 80., ale do czasów kryzysu przeciętny Grek niewiele o niej wiedział.

– Sceną ich działań były przede wszystkim Ateny. Otworzyli biuro w imigranckiej dzielnicy Ajios Pandelejmonas, gdzie zaczęli zgłaszać się „zaniepokojeni mieszkańcy". Opowiadali, że w ich sąsiedztwie odbywają się głośne imprezy, a na placu zabaw migranci organizują libacje, zaczepiają dzieci i kobiety. W odpowiedzi na te plotki bojówki złocistych organizowały regularne polowania. Mężczyźni w spodniach moro zakładali kaski, wsiadali na motocykle i napadali niewinnych ludzi o ciemniejszej karnacji. Bili kijami i pałkami, kopali do nieprzytomności. Potem okazało się, że „zaniepokojeni mieszkańcy" to członkowie lub sympatycy Złotego Świtu, ale o tym dowiedziała się tylko garstka zainteresowanych.

Neonaziści organizowali zbiórki krwi, ale tylko dla Greków, opowiadali, że za poselskie diety kupują jedzenie dla najbiedniejszych.

Z uchodźców i imigrantów zrobili kozła ofiarnego. W tym czasie lider partii Nikos Michaloliakos i jego współpracownicy coraz częściej pojawiali się w mediach. Przekonywali, że zwalczą kryzys gospodarczy przez deportację wszystkich uchodźców i imigrantów, zadbają o czystość greckiej krwi, o to, by Grecja nadal była Grecją. Ulicami Aten przeszedł marsz neonazistów, na którego czele stanął Michaloliakos. Na koniec lider partii dał rozkaz do ataku na squat zamieszkiwany przez imigrantów. Doszło do ostrej bójki. Jak się okazało – pierwszej z wielu.

– Michaloliakos najpierw został radnym Aten, a w wyborach w maju 2012 roku poprowadził partię do historycznego sukcesu, zapewniając jej 21 mandatów w 300-osobowym jednoizbowym parlamencie. Miesiąc później wybory trzeba było powtórzyć, bo nie dało się stworzyć rządu. Neonaziści dostali trzy mandaty mniej, ale i tak stali się trzecią siłą polityczną w kraju. Oni, którzy zamiast do parlamentu już wtedy powinni byli trafić do więzienia. Mieli na sumieniu przestępstwa, w tym haniebną próbę spalenia żywcem modlących się imigrantów. Był październik 2010 roku. W suterenie, która pełniła funkcję meczetu, modliło się czterdziestu Banglijczyków. Bojówkarze Złotego Świtu, około 70 osób, zamknęli drzwi do meczetu na kłódkę, wybili okno, wlali do środka benzynę i wrzucili koktajle Mołotowa. A później stali i przyglądali się, jak Banglijczycy próbują się wydostać. Na szczęście przyjechała straż pożarna i ugasiła ogień, nikt poważniej nie ucierpiał. Ale też nikt za to nie odpowiedział.

– Pokazywano, ale tylko przez chwilę. O sprawie napisały raptem dwie gazety. Szans na poważną debatę nie było, bo dokładnie w tym samym czasie Grecja pogrążała się w najgorszym w dziejach kryzysie.

Zaraz po zakończonych sukcesem wyborach w 2012 r. byłem na wyspie Ikaria i spotkałem 103-letniego mieszkańca, który pamiętał hitlerowską okupację Grecji. Nie mógł ukryć wzburzenia. „Jak to możliwe? – pytał – że 65 lat po tym, jak ulicami Grecji płynęła krew ofiar hitlerowców, partia neofaszystów weszła do parlamentu?"

Dziś w Polsce wydaje się to nieprawdopodobne, ale kilkanaście lat temu Grecy pewnie myśleli tak samo. Wielu z nich twierdzi, że ich naród poniósł największe straty podczas II wojny światowej. Dla wielu było nie do pomyślenia, że ideologia, która doprowadziła do śmierci pół miliona ich rodaków, kiedykolwiek powróci do Aten.

W Obozie Narodowo-Radykalnym widać podobne aspiracje i te same narzędzia do osiągania celów. W magazynie „Szczerbiec" i na Nacjonalista.pl znajdziemy wiele tekstów o wspaniałych przyjaciołach ze Złotego Świtu, którzy wytyczają jedyną słuszną drogę dla Europy.

– W procesie Złotego Świtu wszyscy oskarżeni publicznie odcinali się od ideologii nazistowskiej. Ale podczas przeszukania mieszkania Michaloliakosa znaleziono kilka wydań „Mein Kampf" i łyżeczki do herbaty ze swastyką. W domu Christosa Pappasa, osoby numer dwa w organizacji, było całe muzeum poświęcone Hitlerowi. Policja znalazła m.in. korespondencję greckiego posła z Leni Riefenstahl i Leonem Degrellem oraz filmy wideo, na których Pappas uczy hajlować swojego kilkuletniego wnuka.

Śledziłem wtedy uważnie działania Złotego Świtu i zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że Grecy nie wywożą ich na taczkach. Że mają cierpliwość i akceptują przemoc w ich wykonaniu. Nie wystarczyły pobicia i pogromy, w których ucierpiały setki imigrantów, nie wystarczyło zabicie Banglijczyka i Pakistańczyka tylko za to, że mieli ciemniejszą skórę. Nie wystarczyły upublicznione nagrania posłów, którzy szydzili z Holocaustu, ani wytatuowana swastyka na ramieniu rzecznika partii. Czarę goryczy przelało zabójstwo ateńczyka, rapera Pawlosa Fissasa.

@ANTIFA_JAWORZNO
creator
26d

– Tak… Fissas był raperem luźno związanym z ruchami antyfaszystowskimi. Młody, charyzmatyczny, organizował darmowe koncerty w biednych dzielnicach, pomagał bezdomnym. W swoich utworach występował w obronie migrantów, krytykował nacjonalizm. Jego zabójstwo było zaplanowane. Brało w nim udział kilkudziesięciu neonazistów, a śmiertelne ciosy nożem zadał Jorgos Rupakias, bliski współpracownik liderów partii, którzy – jak wynika z bilingów telefonicznych – koordynowali tę akcję.

Do Greków nagle dotarło, że w stolicy ich kraju zamordowano człowieka z powodu jego poglądów. W kilku miastach ludzie przez tydzień masowo wychodzili na ulice. Presja, by nareszcie zrobić coś z bezkarnymi neonazistami, była olbrzymia. Znany konstytucjonalista prof. Nikos Aliwizatos przypomniał wtedy, że choć ustawa zasadnicza nie daje możliwości delegalizacji partii politycznych, to jest jeszcze kodeks karny, który zabrania istnienia organizacji przestępczych, a taką właśnie jest Złoty Świt. Prokuratura szybko to podchwyciła. Zaczęło się dochodzenie w sprawie przestępczego charakteru partii. Niedługo później do sądu wpłynął akt oskarżenia. Zarzuty usłyszało 68 członków Złotego Świtu z Michaloliakosem na czele.

Nigdzie w Europie nie toczyło się postępowanie na podobną skalę. Jedynie w Norymberdze sądzono większą liczbę faszystów. Proces trwał 5,5 roku. Gdy chodziłem do siedziby ateńskiego sądu i przysłuchiwałem się kolejnym zeznaniom, miałem wrażenie, że świadkuję starciu między siłami zła a prawem i demokracją. To tam, na sądowym korytarzu, poznałem kolejną piękną bohaterkę mojej książki, matkę zabitego Pawlosa Fissasa – Magdę Fissa. Ta skromna krawcowa, od ponad siedmiu lat stale będąca w żałobie, stała się uosobieniem nadludzkiej siły, odwagi, determinacji, symboliczną matką wszystkich Greków.

– Adamantia Ikonomu swoją postawą zaskoczyła wszystkich, nawet samych oskarżonych. Powinna domagać się dla nich wysokich kar, tymczasem podczas procesu wyraźnie ich wspierała. W mowie końcowej próbowała wybielić niemal wszystkich oskarżonych, a po ogłoszeniu wyroku zaproponowała, by skazani mogli zaczekać na wynik apelacji na wolności. Na szczęście proces prowadziła wybitna sędzia Maria Lepenioti, która 7 października 2020 r. ogłosiła, że Złoty Świt jest organizacją przestępczą. Za udział w niej skazała 57 z 68 oskarżonych. Do więzienia poszli wszyscy, którzy cokolwiek znaczyli w ugrupowaniu. Michaloliakos dostał 13,5 roku, podobnie jak jego najbliżsi współpracownicy. Rupakias, zabójca Fissasa, dostał najwyższy możliwy wyrok – dożywocie(…)

161 razy było mówione

  • 0 users online
  • 3 users / day
  • 4 users / week
  • 14 users / month
  • 41 users / 6 months
  • 144 subscribers
  • 517 Posts
  • 396 Comments
  • News
  • Modlog