[post z mojego własnego FB]
Przegapiłam coś istotnego.
7 grudnia zmarł Piotr Cieplak. Może mało kogo z moich znajomych i tych kręgów gdzie się obracam to obchodzi, ale moim zdaniem to naprawdę ważna i cholernie smutna wiadomość.
Nawet jeśli ktoś do teatru chodzi rzadko (albo jak ja, dopiero od niedawna próbuje nadrabiać wieloletnią lukę), to może tę postać kojarzyć choćby z nazwiska. Może i Cieplak nie był ostatnio znany ze skandali (jak Krystian Lupa), ani nie figurował w rejestrze reżyserów na których spektakle wypada się wybierać wielkomiejskiej inteligencji (jak Krzysztof Warlikowski), ale myślę że swoją estymę miał. Fakt, nie łaził jakoś specjalnie do mediów, ani te się nim na dużą skalę nie interesowały – i przez to sama dowiedziałam się o tej śmierci tak późno – ale jego strata będzie odczuwalna bardzo boleśnie przez polski teatr.
Cieplak nie był jakimś podziemnym outsiderem, ani artystą zawiłym, trudnym do zrozumienia i tak dalej. Wręcz przeciwnie. Jego spektakle oglądało się zawsze z dużą przyjemnością i poczuciem, że dokładnie wiesz o co chodzi – rzecz nie zawsze oczywista w przypadku dwóch wcześniej wspomnianych, głośniejszych twórców. Prasa teatralna przyszyła mu tę łatkę twórcy osobnego pewnie dlatego, że nie wywodził się z pewnych klik i środowisk. Ezgotyzowano go. Że to ten, co interesuje się ikonami i mistycyzmem chrześcijańskim, że to ten co inspiruje się Nowosielskim i podoba mu się konwencja średniowiecznego misterium. Wszystko to brzmi tak napuszenie i sugeruje, że do oglądania jego spektakli był potrzebny nie wiadomo jaki kapitał kulturowy. A nie był. Tak, Cieplak przeniósł na deski “Księgę Hioba” i Historyję o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim". Ale inspirował się też Eliotem, wystawiał Pilcha, z Leszkiem Bzdylem robił teatr ruchu, pantomimy i tańca. To nie był człowiek łatwy do zaszufladkowania, ale jego twórczość była w istocie lekka, prosta, zrozumiała dla każdego.
Cieplak unikał zbędnych dłużyzn, pokrętnych metafor, odniesień ukrytych za głęboko albo za bardzo w tle. Cokolwiek wystawiał, i cokolwiek udawało mi się zobaczyć, zawsze miało w sobie jakiegoś rodzaju rytm, żywotność, pasję. Jak mam być szczera, nie zawiodłam się nigdy na niczym co zrobił. Tylko on potrafił dość ciężki egzystencjalizm “Szczęśliwych Dni” Becketta ubrać w lekkość i uchylić okno nadziei, a z drugiej strony – tylko on umiał nadać durnej XIX-wiecznej farsie Labiche’a egzystencjalną grozę, dodając do niej zaledwie kilka zwrotek z “Czterech kwartetów” Eliota. Pamiętam, że kiedy to oglądałam, stałam (no, siedziałam) jak wryta. Tak cholernie prosty zabieg jak spięcie całego spektaklu malutką klamrą, która całkowicie zmienia wydźwięk tego, co oglądało się przez półtorej godziny. A jemu wyszło, i nie czujesz w tym banału.
Cieplak to jedyny reżyser, który potrafił zakręcić mną tak, że wychodząc z teatru faktycznie miałam wrażenie, że doznałam tego słynnego katharsis. Nie udało się to ani wspomnianemu Lupie, ani gwiazdom w rodzaju Mai Kleczewskiej czy Annie Augustynowicz. Nie wiem dlaczego tak było, ale się domyślam. Mam wrażenie, że o ile inni reżyserzy podążali za “tematem” (jak np. Jan Klata), albo za tym, co będzie się dobrze “klikać”, Cieplak wydawał się po prostu iść za tym co lubi i co go niesie. Jego biografia trochę tego dowodzi, bo nawet kierując teatrem Horzycy w Toruniu nie miał ponoć zupełnie wyczucia komercyjnego – wystawiał to, co wydawało mu się dobre.
I nie był przy tym jakimś napuszonym buntownikiem, artystą z ogromnym ego, który stawia na swoim tylko dlatego, że nie słucha nikogo. A przynajmniej się taki nie wydawał. Rozmawiałam z nim raz w życiu, na przeglądzie teatralnym w Poznaniu, jako piąte koło u wozu ekipy z którą grałam w czasach licealnych spektakl. Nawet nie tyle rozmawiałam, co stałam w grupie gdzieś między drzwiami, a on rozmawiał z nami. Zero gwiazdorstwa. Jakiś rozciągnięty sweter, okulary, charakterystyczna łysa glaca. Mówił trochę jakby się wstydził, jakby rzeczywiście był nieśmiały. Wypytywaliśmy go o jego spektakle. Pamiętam że spytałam go, jak wpadł na jeden pomysł.
“A nie wiem, tak jakoś” – odpowiedział z rękami w kieszeniach – “na balkonie”.
Nie poznałam go bliżej więc mądrzyć się nie będę. Ale wydawał się kwintesencją człowieka zupełnie szczerego, o co w tym teatralnym środowisku naprawdę niełatwo. A już na pewno szczere były jego przedstawienia. Serio lekkie, nawet w swoich najcięższych momentach. Cieplak nie chciał widza przygniatać, ani zostawiać z kotłującymi się emocjami. Nie chciał też jednak robić z niego durnia. Wszystko co pokazywał – a co mi udawało się zobaczyć np. na festiwalu w Łodzi albo gdzieś – było takie… kompletne.
Nieważne czy robił teatr pantomimy czy sięgał po jakiś klasyczny tekst. Zawsze był tam obecny jakiś rytm, jakaś żywotność, jakiś puls który bił pod spodem i który kazał myśleć, że to wszystko co oglądamy, zepnie się w końcu w jakiegoś rodzaju albo sensowny morał, albo dobrą i pożyteczną refleksję. A nawet jeśli rzecz wydawała się czysto formalna, albo okolicznościowa (jak “Król umiera, czyli ceremonie” z Jerzym Trelą) ,i nie niosła ze sobą zbyt wiele poza symbolicznym hołdem dla dawnego teatru, to po prostu oglądało się to cholernie dobrze i satysfakcjonująco.
Nie uważam więc, że Cieplak był “płytki” tylko dlatego, że nie chciał wydłużać spektakli do ośmiu godzin albo męczyć widowni nieustannymi krzykami, gwizdami i pochodami jak niegdyś Klata. Po prostu było go łatwo zrozumieć, ale też i pokochać to, jak zręcznie i rytmicznie prowadził swoje przedstawienia. Nie stawał oporem wobec czegoś. Nie pisał manifestów. Nie nazywał się “ojcobójcą” i nie brał udziału w walkach w tzw. polu, a przynajmniej nie było tego widać. Po prostu siadał i robił teatr. I mam wrażenie że jego podejście odchodzi razem z nim.
Nie, nie uważam że teatr bez Cieplaka umrze, jak ten król w “Ceremoniach” Ionesco. Teatr ma się nieźle. Komercyjnie chyba lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, mimo pozornie znikomego zainteresowania mainstreamu. Nie jest to wcale pole zastygłe i skostniałe w takim stopniu, że żaden nowy głos się nie przebija. Bo przebijają się, a nawet najbardziej szanowani mistrzowie odchodzą w końcu w taki czy inny sposób, a ktoś musi zapełniać pustkę, bo teatr nie będzie grać powtórek na wideo. Ale teatr bez Cieplaka będzie dużo uboższy. To, co wnosił, nie jest łatwe do zastąpienia. Nie tylko nie ma naśladowców, ale trudno mi powiedzieć, czy w obecnych warunkach jest szansa na to, że ktoś podobny do niego rozwinie skrzydła. Ktoś, kogo obchodzi po prostu dobre przedstawienie, kto czuje materię teatru, kto rozumie, że to jest sztuka widowiskowa, ale że jej celem jest też jakieś uduchowienie człowieka. Nie tylko szok, trwoga, prowokacja, albo dydaktyzm.
Nie jestem na bieżąco z obecną sceną o tyle, że niewiele jeżdżę i niewiele oglądam. Ale podczytując czasem Didaskalia czy Notatnik Teatralny (jak się trafi…), mam wrażenie że wszystko zastygło w tym samym miejscu w którym “wysiadłam” tak z 10-15 lat temu, tylko że nazwiska które wtedy były wschodzącymi gwiazdami, teraz rządzą polem. Albo to wina krytyki przesadnie skupionej na jednym, albo tak jest rzeczywiście. I wierzę, że ciągle powstaje masa rzeczy dobrych, na które warto iść – zwłaszcza poza największymi ośrodkami miejskimi. Że dalej w młodych twórcach jest żar i że będą cisnąć, odważnie forsować swoje nowe wizje, choćby i spoza tego całego obszaru teatru zawodowego. Nie udaję alfy i omegi, powtarzam, nie mówię że świat upada. Po prostu jest mi cholernie smutno że stracił bardzo istotny punkt odniesienia. I kogoś niepowtarzalnego, kto w całym tym szumie wydawał się jakimś stałym, niezmiennym elementem, dostarczającym sztukę naprawdę na poziomie.
Oczywiście jestem też na tyle durna, że nie kupiłam zawczasu biletów na ostatni już chyba seans “Czekając na Godota” w warszawskim Dramatycznym w ten weekend. W teatrze nie ma zwyczaju grania spektakli po śmierci reżysera, więc jeśli ktoś nie zobaczy tego teraz, nie zobaczy już pewnie nigdy. Ale trudno, to mój problem.
Wiem tylko tyle że będę tęsknić.
