cross-postowane z: https://szmer.info/post/13221091

Publiczne dyskusje anarchistyczne nie zwracają specjalnie uwagi na kobiety, a jeśli już je przywołują, to jako obce istoty o specjalnych potrzebach (np. ofiary) albo jako bezpłciowe obywatelki (np. pracownice). Jednak założenie, że kwestie płci są nieistotne i nie mają wpływu na nasze (kobiet) życie czy naszą działalność polityczną, jest błędne oraz prowadzi do dalszej dyskryminacji.

Nie żyjemy w rzeczywistości, w której doświadczamy równości. Ani płciowej, ani pod innymi względami cech naturalnych.

Jako anarchistki chcemy wdrażać w życie idee równości, co między innymi polega na rozpoznaniu dysproporcji, zauważeniu braków i określeniu ich przyczyn. Oznacza to kwestionowanie zastanego porządku oraz obranie naszych celów. Jednym z nich jest bezpośrednia reprezentacja: kobiety, które mówią za siebie. Mniejszości, które także mówią swoim głosem, w swoim imieniu. Dopiero kiedy każda osoba będzie w stanie sama siebie reprezentować, będziemy mogły mówić o bezpośrednim udziale w życiu publicznym - czyli o anarchizmie.

Mamy różne płcie, różny wiek, różne kolory skóry i mamy prawo tworzyć swoje grupy, i oddolnie zrzeszać się w taki sposób, aby grupy te mogły jak najlepiej walczyć o swoje prawa. To nie same różnice cech naturalnych są przyczyną hierarchii, lecz to, że osoby uprzywilejowane je wykorzystują i antagonizują, aby się na swoich pozycjach utrzymać. [W książce „Wielogłowa Hydra” autorzy argumentują, że jeszcze na początku XVII wieku wcale nie było pewne, czy rasizm zostanie przyjęty jako główna linia polityczna kolonizacji, ponieważ to dopiero angielska kontrrewolucja i powrót monarchii przyczyniły się do rozwoju białej supremacji, a rasizm naukowy pojawił się dopiero pod koniec XVII wieku, czyli prawie dwieście lat po rozpoczęciu kolonizacji. Podobnie dyskurs przedstawiający kobiety jako istoty odmienne od mężczyzn nie był zaczątkiem wykorzystywania ich w ekonomicznych systemach rodzinno-społecznych, lecz dopiero ich bunt i próby samostanowienia doprowadziły do głoszenia poglądów o czarownicach lub „słabszej naturze” kobiecej.]

Kobiety to połowa naszej społeczności anarchistycznej, połowa społeczeństwa, połowa ludzkości. Jednak w strukturach politycznych czy aktywistycznych wcale nie ma kobiet w takich proporcjach. Jest ich zdecydowanie mniej, a w wielu grupach nie ma ich wcale. Przestańmy udawać, że to jest naturalne i zacznijmy nazwać to, co widzimy: także w środowisku równościowym, jakim są grupy anarchistyczne, mężczyźni mają przywileje, z których korzystają. W tym wypadku przywilej oznacza, że mężczyznom łatwiej się wypowiadać, są głośniejsi, korzystają z tego, że są traktowani poważnie przez media czy partyjnych polityków, nie opiekują się dziećmi bądź innymi członkami rodziny, lepiej zarabiają, więc mogą więcej czasu poświęcić działalności politycznej, są mniej obciążeni emocjonalnie, więc działalność aktywistyczna (często ekstremalna) nie degraduje ich psychicznie, łatwiej im znaleźć pracę dorywczą, co pozwala angażować się w interwencje, na które nie pozwoli sobie osoba pracująca na etat. To tylko część z elementów niezauważalnych różnic płciowych. Jest ich znacznie więcej. Czy są one niewidzialne? Tylko dla osób, które ich nie doświadczają. Dla nas (kobiet) są one szybko rozpoznawalne. Dla wielu z nas są one znane od dawna i staramy się z nimi walczyć. Szybko jednak trafiamy na mur tych, którzy nie widzą płci, tak jak nie widzą koloru skóry. Nie mamy już ochoty zniżać się do poziomu dyskusji, w której słyszymy, że płeć jest niewidzialna, a nasze problemy są takie same. Otóż nie są takie same.

Są różne metody walki o równość płciową. Jednym z nich są parytety - czyli określona ilość osób reprezentujących procentowy udział danej grupy społecznej. Jeżeli mamy 50% kobiet w społeczeństwie to możemy przyjąć, że w ogólnej grupie 50% to MUSZĄ być kobiety. Na przykład robimy konferencję i ustalamy, że 50% prezentacji będzie poprowadzona przez kobiety. Innym sposobem jest tworzenie równoległych struktur kobiecych. Czyli daną funkcję pełni i mężczyzna, i kobieta. Jest bardzo ładne słowo, które określa takie działanie: włączanie Jeżeli zapewniamy miejsce osobom dotąd nieobecnym w danej przestrzeni (miejscu, ale też grupie, wydarzeniu itp.), to jest to włączanie. To nie jest antagonizowanie. Pójdźmy dalej i zapewnijmy odpowiedni procent miejsc osobom niebinarnym. Zapewnijmy zawsze miejsce osobom z niepełnsprawnością, osobom kolorowym POC, młodzieży. Niech w naszych grupach i działaniach będzie miejsce dla każdej osoby, która tego potrzebuje. Ale żeby to miejsce było, no niestety ktoś musi zrezygnować. Ktoś musi słuchać, a nie mówić.

Parytety, włączanie, spotkania osób dyskryminowanych i inne działania są dziedzictwem anarchizmu. Od początku istnienia tej idei. Anarchizm to nie tylko Wolne Kobiety w rewolucyjnej Hiszpanii. Kobiece zjazdy odbywają się od kilkunastu lat w społecznościach Zapatystów i raczej dziwne by było, gdyby jakiś anarchista przyszedł do nich i zaczął je wyzywać i zabraniać im spotkań. Parytety to główne założenia rewolucji kurdyjskiej. Czy polscy anarchiści przeprowadziliby tam kontrrewolucję, rozbijając kobiecą armię i struktury dwupłciowe? I dlaczego niektórym tak bardzo przeszkadza, że na zjeździe czy spotkaniu połową uczestników byłyby kobiety? Co w tym pomyśle budzi taki strach? Anarchizm przede wszystkim zakłada jedno: każda grupa może się organizować oddolnie, jak chce i nikt nie ma prawa zmuszać jej do konkretnych zachowań. Zastraszać, ani obrażać. Siłowe wpływanie na działalność innej grupy jest przejawem władzy, hierarchii i dominacji. Zupełnym przeciwieństwem anarchizmu.

Oczywiście mamy inne grupy społeczne, które także są dyskryminowane. Zdajemy sobie sprawę, że niezamożny mężczyzna z małej miejscowości jest niżej na drabinie hierarchii niż wykształcona, biała kobieta z dużego ośrodka. Dlatego widzimy parytety czy inne metody celowego tworzenia miejsca nie jako próba rozwiązania dla konkretnej płci, ale także dla tych wszystkich grup, które tego potrzebują. Także dla mężczyzn, którzy czują, że z powodu którejś z cech są wykluczeni.

W teorii idea, która głosi, że miejsce ma każdy, kto chce; że mówi bądź uczestniczy w grupie ten, kto się zgłosi, bez względu na swoje cechy, jest piękna. Jednak to podejście “mówi, kto chce” jest bardzo problematyczne. Po pierwsze skąd wiemy, kto rzeczywiście chce, jeśli nie spytaliśmy wszystkich osób? Co jeśli ktoś by chciał, ale nie miał informacji o samym spotkaniu? Co jeśli ktoś chciał, ale nie mógł dotrzeć na miejsce, bo jest niepełnosprawny? Bo go nie stać na transport? Bo musiał opiekować się chorą córką? Bo po prostu nie mógł dojść do głosu?

To wszystko są pytania, na które musimy szukać odpowiedzi już teraz.

Ze swoich metod walki o równość nie musimy się nikomu tłumaczyć; tym bardziej żaden mężczyzna nie będzie nam mówić, jak powinnyśmy się organizować.

Kobiety sfrustrowane tym, że wciąż muszą udowadniać, że patriarchat istnieje (w tym kobiety Federacji Anarchistycznej)