Wyciąganie artykułów zza paywalla
!antipaywall
help-circle
rss
GW Kraków o II Antyfaszystowskim Street Party
Poproszę o wyciągnięcie


Ściganie za aborcję opiera się w Polsce na donosach
uspołecznione Aktywiści antyaborcyjni namierzają w sieci kobiety poszukujące informacji o aborcji i udzielających im takich informacji. Składają donosy na policję, albo próbują przekonać kobiety do zmiany decyzji, a przede wszystkim je przestraszyć - mówi Natalia Broniarczyk Rozmowa z Natalią Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Teamu, współinicjatorką obywatelskiego projektu ustawy Legalna Aborcja bez Kompromisów Anita Karwowska: Według danych policji w 2021 r. stwierdzono 382 przestępstwa naruszające zakaz przerywania ciąży. Od ponad 20 lat policja nie prowadziła tak wielu spraw tego typu. To efekt wyroku Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 r. A czy czegoś jeszcze? Natalia Broniarczyk: - Po wejściu w życie wyroku Trybunału Konstytucyjnego w styczniu 2021 r. rzeczywiście nasiliły się zgłoszenia na policję związane z pomocą w aborcji. Rzadko kiedy kończą się jednak wyrokiem, częściej są umarzane. Mniej spraw wynika z dochodzeń policji, opierają się przede wszystkim na donosach. 44 Aborcja w Polsce Justyna Wydrzyńska Natalia Broniarczyk policja zakaz aborcji Kto donosi i na co? Donosy i dochodzenia mają charakter opresyjny, służą temu, by ukrócić działania aktywistyczne takie jak nasze. Są to zazwyczaj doniesienia na umieszczenie w przestrzeni publicznej naklejek czy plakatów z numerem Aborcji bez Granic, czy informacją, jak przyjąć tabletkę aborcyjną. Rekord postępowań w sprawie pomocy przy aborcji. To efekt wyroku Trybunału Konstytucyjnego Zapisz na później Coraz częściej zdarza się też, że treści z grup wsparcia w mediach społecznościowych, które służą właśnie dzieleniu się informacjami na temat aborcji, wyciekają na policję. Nic trudnego - każdy może do tych grup dołączyć i tego nie zmienimy. Korzystają na tym aktywiści antyaborcyjni, którzy zrzuty ekranu z treściami rozmów w tych grupach i wysyłają takie materiały policji. Jak wyglądają postępowania policyjne? Część wezwanych na przesłuchanie osób odmawia składania wyjaśnień, chociaż my zachęcamy do tego, by nie bać się mówić, jeśli nie zrobiło się nic, co nosiłoby znamiona przekraczające treść art. 152 kodeksu karnego*, czyli np. podzieliło się informacją o tym, jak przebiegła aborcja farmakologiczna, czy też poradziło: jeśli potrzebujesz pomocy - zadzwoń pod taki a taki numer. Według nas to nie jest pomocnictwo, jak najbardziej można przyznać się policji do tego. Racja jest po naszej stronie, bo śledztwa takie są zazwyczaj umarzane. Policja działa w tych sprawach na zlecenie rządu? Nie sądzę, by wynikało to z dyspozycji władzy. Stoją za tym zintensyfikowane działania środowisk antyaborcyjnych, które nękają w ten sposób aktywistki i osoby potrzebujące aborcji. Przypomnę sprawę Zuzanny Wiewiórki, aktywistki antyaborcyjnej nagrodzonej dwa lata temu za swoje działania przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Media opisywały m.in., że Wiewiórka namierzyła w internecie nastolatkę, która poszukiwała informacji o aborcji. Zaczęła ją nękać, powiadomiła o ciąży jej rodziców, którzy zmusili nastolatkę, by donosiła ciążę. To coraz powszechniejszy sposób działania przeciwników aborcji. Namierzają w sieci osoby poszukujące informacji o aborcji i udzielające ich, po czym albo od razu składają donosy na policję, albo piszą do tych kobiet, próbując przekonać je do zmiany decyzji, ale przede wszystkim przestraszyć. Aborcyjny Dream Team, prowadząc swoją działalność, podkreśla, że nie łamie prawa. Policja ściga taką działalność, odwrotnie interpretując te same przepisy. Jak to rozumieć? Mamy poczucie, że policja wcale nie jest przekonana co do tego, że łamiemy prawo. Reaguje raczej na doniesienia, po czym w toku postępowania ustala zwykle, że to nie jest przestępstwo. My uważamy, że pomocnictwo w aborcji należy rozpatrywać nie tylko w zakresie definicji, ale też wyroków sądów na podstawie art. 152. kodeksu karnego. I biorąc pod uwagę orzecznictwo, możemy powiedzieć, że na pewno pomocnictwem jest przerwanie komuś ciąży, czyli sytuacja, gdy lekarz bierze instrumenty chirurgiczne i przeprowadza zabieg, albo kiedy podaje się tabletki aborcyjne z ręki do ręki. Tego dotyczy toczący się właśnie proces naszej aktywistki Justyny Wydrzyńskiej. Nie ma natomiast wyroków za udzielenie informacji, czy towarzyszenie komuś podczas aborcji. Sądy do tej pory nie uznawały tego za pomocnictwo. Co nie oznacza, że tak będzie zawsze, interpretacja prawa jest czymś zmiennym. Zalecamy więc, by korzystać z prawa bardziej, niż wydaje się, że można. Przez lata byłyśmy zakładnikami szerokiej interpretacji pomocnictwa. Wydawało się, że nic nie można w sprawie aborcji powiedzieć, napisać, poradzić. To działo się ze strachu. A jest też ważny wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dotyczący informowania o aborcji. W sprawie dotyczącej Irlandii Trybunał uznał, że w kraju, w którym aborcja jest zakazana, obywatele powinny mieć dostęp do i informacji, jak zrobić aborcję, i jest to realizowanie praw człowieka. Posługujemy się tą wykładnią. Przecież osoby potrzebujące aborcji nie znikają, nawet jeśli prawo antyaborcyjne jest restrykcyjne. Nadal ktoś musi realizować potrzebę dostępu do bezpiecznej aborcji. To prawo człowieka. Czy czuje się pani w swojej działalności zagrożona przez państwo? Kształtując ADT w 2016 r., wiedziałyśmy, że możemy ściągnąć na siebie kłopoty, bo kiedy pojawia się ruch, który odważniej mówi o czymś, o czym przez lata należało milczeć lub mówić szeptem, takie mogą być tego konsekwencje. Marta Lempart: Poparcie dla legalnej aborcji to głos suwerena Zapisz na później Nie mam jednak poczucia, że moja sytuacja jest dziś trudna. Inaczej Justyny Wydrzyńskiej, której grożą trzy lata więzienia. Mamy poczucie, że niesprawiedliwie stoi przed sądem, bo to prawo jest niesprawiedliwe. Czeka nas całkowity zakaz aborcji? Wydaje mi się, że kierownictwu PiS nie zależy dziś, by jeszcze bardziej restrykcyjnie traktować dostęp do aborcji w Polsce. Inaczej podchodzi do tego ich koalicjant - Solidarna Polska. To posłowie tej partii byli orędownikami całkowitego zakazu aborcji z 2016 r., czy tej ostatniej ustawy z grudnia 2020 r., która miała karać do 25 lat więzienia za pomocnictwo lub przerwanie własnej ciąży. W zależności od tego, jaką pozycję na scenie politycznej będzie mieć ta partia, zależeć będzie, jak będzie grać sprawą aborcji. Czy szef Solidarnej Polski i zarazem minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro steruje ręcznie postępowaniami dotyczącymi przerwania ciąży? Nie wiem tego. Ale w sprawie Justyny Wydrzyńskiej widzimy, że prowadząca proces sędzia, z powołania Ziobry, ewidentnie nie jest nam przychylna. Wszystkie kwestie dotyczące postępowania, które pojawiają się w jego toku, są rozstrzygane na naszą niekorzyść. Np. sędzia zgodziła się dołączyć do procesu Ordo Iuris jako organizację społeczną, chociaż prokurator stwierdził, że jemu jest wszystko jedno. Jeśli pani Justyna zostanie skazana, jakie to będzie miało znaczenia dla praw kobiet i dostępu do aborcji poza systemem? Zazwyczaj takie skazania na świecie przyspieszały liberalizację prawa aborcyjnego. Bardzo chciałabym, by w Polsce też nie poszło to na marne. Z drugiej jednak strony na pewno należy podkreślić, że wszelkie tego typu procesy i oskarżenia, a już wyrok skazujący na pewno, powodują, że osoby, które potrzebują aborcji, boją się zapytać o pomoc. Dlatego mówiąc o sprawie Justyny, podkreślamy zawsze, że osoba potrzebująca aborcji nie jest w Polsce karana. Broniarczyk: Jedyne słuszne referendum aborcyjne odbywa się w łazience nad pozytywnym wynikiem testu ciążowego Zapisz na później Stawka tego procesu jest bardzo duża. Jeśli Justyna zostanie skazana za pomocnictwo w przerwaniu ciąży, to będziemy mieć zabetonowane na długo, że danie komuś tabletek z ręki do ręki jest rzeczywiście pomocnictwem. I trudno będzie to zmienić w przyszłości, by luźniej interpretować art. 152 kk. Wyrok byłby łatką dla tabletek aborcyjnych, że są nielegalne i niebezpieczne. Naszym zdaniem takie przekazanie tabletek to ciągle danie komuś instrumentu, a nie przeprowadzenie aborcji. Decyzja, czy ta osoby weźmie tabletki, należy do tej osoby w ciąży. Równie dobrze może je włożyć do szuflady. Według Ministerstwa Zdrowia w 2021 r. przeprowadzono 107 legalnych aborcji. Dziesięć razy mniej niż przed wejściem w życie wyroku TK. Co pani o tym sądzi? I ile aborcji w Polsce wykonuje się naprawdę? My jako Aborcja bez Granic pomogłyśmy w aborcji 34 tys. kobiet w 2021 r. Szacujemy, że obsługujemy jedną trzecią potrzeb, co znaczy, że w Polsce aborcję ma co roku ok. 100-120 tys. osób. Biorąc pod uwagę liczbę kobiet w wieku reprodukcyjnym oraz jak w podobnej wielkości krajach wygląda zapotrzebowanie na aborcję, można mówić o takich liczbach. Większość kobiet kupuje tabletki od handlarzy, często narażając się na oszustwa, albo wyjeżdża na własną rękę do Słowacji, Czech, Niemiec. Ta jedna trzecia, która miała aborcję z nami, to osoby, które zdecydowały się poprosić o wsparcie. Większość jednak robi to na własną rękę, również z obawy przed stygmatyzacją. Co roku te statystyki rządowe były żenująco niskie, rząd robił bardzo dużo, by o aborcji wiedzieć jak najmniej. Te najnowsze dane o niemal niewykonywanych legalnych zabiegach to sygnał do społeczeństwa, że władza jest skuteczna. Można powiedzieć, że w Polsce praktycznie nie ma aborcji. Bardzo mnie to niepokoi, bo zapowiada, że państwo ma zamiar całkowicie zrzec się odpowiedzialności za wykonywanie aborcji i nie chce mieć z tym tematem nic wspólnego. Podejrzewam, że tych zabiegów w szpitalach było znacznie więcej, tylko lekarze klasyfikowali je jako poronienia czy zabieg czyszczenia macicy po zatrzymanej ciąży. Pominięcie tych danych powoduje, że szpital nie narazi się aktywistom antyaborcyjnym, z okien nie będzie widoku na furgonetki z krwawymi plakatami. Wszystko to oznacza, że lekarze, nawet w sytuacjach, gdy mogliby powiedzieć, że działali w ramach prawa, wolą tego nie robić i swoje działania ukrywają. Z taką postawą środowiska medycznego nie uda się nam tak s

wyciągnie ktoś?

o mieszkaniach komunalnych, artykuł Wyborczej
chcę przeczytać, czy ktoś ma dostęp?

Zona, która według rządzących miała chronić bezpieczeństwo miejscowych, zatruła im życie. Zakaz przebywania przy granicy z Białorusią wygasł, ale jego konsekwencje zostaną z ludźmi na długo. Krynki, niewielka miejscowość na pograniczu polsko-białoruskim. Spod spożywczego odjeżdżają dwie wojskowe ciężarówki, paki wypchane drutem ostrzowym, czyli koncertiną. Jest 1 lipca, o północy przestał obowiązywać zakaz przebywania w ponad 180 miejscowościach w rejonie, z początku zwany stanem wyjątkowym. Niektórzy mieszkańcy już w nocy udali się na obrzeża miasta, żeby na własne oczy przekonać się, że go nie ma. – I rzeczywiście, zniknął – mówi Henryk i wyciąga telefon ze zdjęciami. Jest ciemno, światło lampy błyskowej odbija się od tablicy z nazwą miejscowości. – Wcześniej był tu czekpoint, mundurowi zatrzymywali po kilka razy dziennie, pytali, dokąd jadę i w jakim celu. Przeszukiwali samochód. A teraz ich nie ma. I chyba już nie wrócą, prawda? – pyta z niedowierzaniem. Kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Białowieży, czekpointu też nie ma. Żeby to uczcić, okoliczni i miejscowi zorganizowali spacer przez wieś. Mijają tymczasowe bazy wojskowe, pomstują na wciąż obecnych tam żołnierzy z karabinami, którzy od dziesięciu miesięcy panoszą się po ich terenie. Ci w odpowiedzi uśmiechają się złośliwie, przyuczeni, by nie reagować werbalnie. Są też aktywiści, którzy mimo grożących im konsekwencji chodzili do lasu z wodą, jedzeniem i ubraniami dla uchodźców. Tych samych, których straż graniczna i wojskowi nielegalnie wypychali za białoruską granicę. Prócz szacunku dla praw człowieka aktywiści mają dziś na transparentach jeszcze jeden przekaz: „Nie dla muru”. Ale to hasło jest już nieaktualne. Zapora wzdłuż granicy powstała, stalowe przęsła ciągną się przez blisko 180 km. Rządzący wydają się bardzo dumni z konstrukcji. W dzień oddania do użytku 30 czerwca premier Morawiecki z ministrami spraw wewnętrznych i administracji Kamińskim i Wąsikiem zjechali do jednej z podlaskich wsi zachwalać, że „budowa zapory znacznie ograniczyła liczbę prób nielegalnego przekroczenia granicy”. Za to ograniczenie Polska zapłaciła 1,6 mld zł. Patostrefa Brak czekpointów cieszy miejscowych, jednak niektórym wciąż przeszkadza obecność wojska. Nic dziwnego, wraz z policją, strażą graniczną i WOT- przez ostatnie miesiące sprawowali na tym terenie władzę jak na dzikim zachodzie. – Pieszczotliwie nazywaliśmy to patostrefą – mówi „Polityce” Grażyna, przewodniczka z Białowieży. Po czym wyjaśnia, czym w praktyce była patostrefa. – Taki fragment ziemi wyjęty spod prawa. Ani to Polska, ani Europa. Ot, teren, na którym w każdej chwili możesz zostać zatrzymany (bez powodu), przeszukany (bez protokołu), legitymowany (przez mundurowego, który sam się nie przedstawia). Nie możesz się za to poskarżyć, chyba że rodzinie i znajomym przez telefon. Pokazać im to na własne oczy też było trudno, bo żeby zaprosić kogoś do strefy, trzeba było mieć zgodę od straży granicznej, a ta nie zawsze się godziła. Trzeba było kombinować. Katarzyna z Hajnówki, żeby wjechać do pobliskiej Białowieży, przygotowywała sobie alibi. – Na przykład zajęcia przyrodnicze dzieci. Albo urodziny bliskiej przyjaciółki, która urodzin oczywiście nie miała, ale dla zmyłki zawsze miałam w bagażniku butelkę wina. – Mój brat powiedział, że w ramki sobie pooprawia wszystkie te pisemne pozwolenia na przyjazd do mnie – to z kolei Eliza, która z czasem nabrała biegłości w pisaniu wniosków do straży granicznej. – Wysyłałam zdjęcia dokumentów brata i jego rodziny z uzasadnieniem, że tylko na okres świąt wielkanocnych albo długiego weekendu. Czasem dostawałam odpowiedź, że to przyjazd turystyczny, więc nie można, wtedy wymyślałam jakieś imieniny czy inne okoliczności. I czekałam, dzwoniłam, pisałam maile. Później tłumaczyłam komendantowi, że wszyscy tu znajdujemy się w trudnej sytuacji, gdy szczególnie potrzebujemy kontaktu z rodziną i przyjaciółmi. Choć czasem miałam wątpliwości, czy ich zapraszać, bo z drugiej strony pokazać im ten bajzel też nie było łatwo. Dzieci ze szkoły moich dzieci, które mieszkają w sąsiednich wioskach, nie mogły przyjechać, żeby się pobawić. Nawet tak prozaiczna sprawa jak ściągnięcie kogoś do remontu była wyzwaniem logistycznym. Marcin spod Krynek jakiś czas temu zamówił zboże dla swoich kur i sam najadł się wstydu. – Facet, który mi je przywiózł, mówił, że na czekpoincie przeszukiwali mu każdy worek, czy nie ma tam pochowanych uchodźców albo rzeczy dla nich. Takie historie znał do tej pory od dziadka, który opowiadał, jak za wojny Niemcy dźgali mu worki ze zbożem. Ale sam Marcin też miał sporo problemów z przemieszczaniem się. Wieś, w której mieszka, nie była w strefie, za to Krynki ze sklepami i jego urzędem gminy już tak. – Żeby cokolwiek załatwić, musiałem uzbroić się w pisemne potwierdzenie meldunku. Jak mundurowy był z okolicy, to wiedział, o co chodzi, i wpuszczał. Ale jak zdarzył się ktoś ściągnięty z daleka, to już nie. Po zmroku były najmniejsze szanse, że wpuszczą. Najgorzej było zimą, bo noce długie i zimno, a trzeba było czekać, aż skończą przeszukiwać samochód. Żołnierze Dla Elizy minione dziesięć miesięcy było najgorszym czasem w życiu. W Białowieży mieszka od 20 lat. – To miejsce było moim rajem na ziemi. Rajem, który mi odebrano. Został rozjechany wojskowymi ciężarówkami, poprzecinany koncertiną, zbrukany jakimś bezsensownym murem. A najgorsze jest to, że tak jak było wcześniej – już nigdy nie będzie. Nie da się cofnąć tego, co przez te miesiące zobaczyłam, co przeżyłam – mówi. Zaczęło się od tego, że wojskowi zakwaterowali się w małej sali gimnastycznej w podstawówce jej dzieci. Później wynieśli się do obozu przy szkole. Zdarzało się, że dzieciaki podczas wuefu dzieliły salę gimnastyczną z żołnierzami, którzy mieli ćwiczenia. – Raz żołnierze chcieli być tak mili, że rozdali dzieciom na placu zabaw swoje racje żywnościowe. Gdy mój syn przyniósł je do domu, powiedziałam, żeby odniósł je panom żołnierzom i powiedział, by przekazali je uchodźcom w lesie. Zaczęła chodzić do lasu w sierpniu, gdy na przystanku autobusowym obok swojego domu spotkała uchodźczą rodzinę. Miała przy sobie wodę i kawałek czekolady, które dała płaczącej dziewczynce w zimowej czapce. Strażnicy nie pozwolili zrobić nic więcej. Od tego czasu zawsze miała przy sobie opatrunki, coś do jedzenia i picia. Mundurowi jej za to nie lubili, często śledzili jej samochód, czy przypadkiem nie jedzie do lasu. Ona znielubiła ich z wzajemnością. Najgorzej wspomina żołnierzy. – Byli dosłownie wszędzie: w parku, nad rzeką, w sklepowych kolejkach lufy karabinów ocierały się o moje plecy. Zachowywali się jak panowie tego terenu: chodzili w rozchełstanych mundurach, bez czapki i emblematów, blokowali ulicę, bo chcieli sobie porozmawiać z kolegami przez szyby. Zdarzało się, że gdy rano odwoziłam dzieci do szkoły i przedszkola, oni już w sklepach stali z piwem i małpkami w rękach i rzucali kurwami na lewo i prawo. I do tego ten sprzęt: zasieki i groźne pojazdy, które nauczyłam się rozpoznawać. Dziś już wiem, jak wygląda hammer h1 i aero 4x4, jak brzmi śmigłowiec Mi-24 lecący 40 m nad głową, choć wcale nie chciałabym tego wiedzieć. Najlepsza knajpa w mieście z braku turystów zaczęła serwować kebab i frytki dla mundurowych, żeby się utrzymać. Dzieci Dzieci Elizy nieraz ją pytały, czy to już wojna. Szczególnie po jej wybuchu w Ukrainie, gdy zaczęły dopytywać, czy ten helikopter jest polski, czy rosyjski. – Specjalistką nie jestem, ale myślę, że wielu z nas ma tu objawy stresu pourazowego – mówi Grażyna. – Sąsiadka, żeby odpocząć od tego wszystkiego, wybrała się na tydzień do Białegostoku. Ale tam też się bała, nawet dźwięk samochodu jadącego po kocich łbach kojarzył jej się ze śmigłowcem. U dzieci widać to najwyraźniej. Żeby przerobić tę sytuację na swój sposób, dzieci Grażyny zaczęły rysować czekpointy, żołnierzy, wozy opancerzone, obozy dla uchodźców z najdrobniejszymi szczegółami. Ostatnio zrobiły drut kolczasty z plasteliny, w którą powtykały igły. – Martwię się, ale rozumiem je. Tak wygląda ich codzienność. Robią też sobie karabiny z drewna, pozwalam na to, dopóki nie ma w tych zabawach agresji – wyjaśnia kobieta. Z kolei dzieci Kasi najbardziej boją się policjantów. To zaczęło się kilka miesięcy temu, gdy jechali samochodem z matką i jej znajomym. To było poza strefą. Policjanci zajechali im drogę, zaczęli uderzać pięściami w szyby, krzyczeć, żeby oddać kluczyki. Znajomy Kasi jest opalony i ma brodę, policjanci wzięli go za uchodźcę, a kobietę za przemytniczkę. Dzieci płakały, policjanci krzyczeli, żeby nie utrudniać im pracy. Gdy okazało się, że mężczyzna nie jest żadnym uchodźcą, powiedzieli, że mogą jechać dalej. Bez żadnego przepraszam. – Takich przygód ze służbami było więcej – dodaje kobieta. – Kiedyś wieczorową porą drogę zablokowało mi wojsko, żołnierze pędzili na mnie z wyciągniętymi lufami. Proszę więc zrozumieć, jak bardzo się zdenerwowałam, gdy dzieci przyszły jednego razu ze szkoły i oznajmiły, że nauczycielka kazała im rysować laurki dla wojska. Dla wielu rodziców to nic, wolą się nie stawiać i milczeć w obawie przed konsekwencjami. Tak zostaliśmy tu wytresowani przez te miesiące. Ale ja zrobiłam awanturę. Uznałam, że nie pozwolę na wpajanie dzieciom propagandy, która wychwala ludzi reprezentujących nie prawo, a prymitywną, brutalną władzę. Spuścizna To, co działo się w strefie, zostanie w jej mieszkańcach na długo. Sami przyznają, że sąsiedzi stali się nieufni, mniej ze sobą rozmawiają. Nic dziwnego, wszechobecna kontrola nie sprzyja atmosferze otwartości. Zresztą nie zawsze wiadomo, co i komu można powiedzieć. Członkowie wielu rodzin pracują w straży granicznej, taka specyfika regionu. Eliza: – Nigdy nie zapomnę tej sytuacji. Przy kościele w centrum Białowieży pogranicznicy zatrzymali dwie rodziny uchodźcze. W torbie podróżnej pierwszej z nich znaleźli niemowlę, które rodzice przenieśli w ten sposób przez las. Druga


Piłkarscy chuligani i światowa gwiazda brunatnej muzyki, śledztwo ABW i promocja w pisowskich mediach – a w tle „międzynarodówka białej rasy”, czyli ostatni odcinek opolskiej części nacjonalistycznej geografii Polski. W naszym cyklu „Nacjonalistyczne Opole, Kowalski i Jaki” ukazały się: Odc. 1. Ratajczak, czyli rewizja Holokaustu Odc. 2. Co się dzieje pod świętą górą Odc. 3. Od skrajnych partyjek do muzeum „wyklętych” Odc. 4. Skąd się wzięli Kowalski i Jaki Odc. 5. Doktor narodowo-radykalny Odc. 6. Janusz Kowalski, jakiego nie znacie Po latach upadku powoli podnosi się piłkarski klub Odra Opole. Dzięki protekcji opolskich polityków obozu PiS znajdują się nowi sponsorzy, w większości spółki skarbu państwa. Odra będzie mieć też nowy stadion – ma zostać wybudowany do końca 2024 r. i kosztować 208,7 mln zł. Przyjrzyjmy się, kto trzęsie trybunami i jakie środowiska znaczą tam najwięcej. Missisipi Odra Opole Złoty czas Odra Opole przeżywa od lat 50. do końcówki 70. Na mecze zjeżdża cała okolica, stadion i pobliskie dachy czy drzewa pełne są kibiców. Gazety piszą o 20-tysięcznej widowni. Pojawiają się też pierwsi szalikowcy. Na Ziemie Odzyskane przenoszą się dawne konflikty z Kresów Wschodnich. Opolscy niebiesko-czerwoni kontynuują tradycje lwowskiej Pogoni, Śląsk Wrocław innego klubu ze stolicy Galicji Wschodniej – Czarnych. Ostry konflikt między chuliganami obu zespołów trwa do dziś. W końcówce PRL piłkarska pozycja Odry słabnie. W latach 90. zespół ląduje w III lidze. W tym czasie na stadionach w całej Polsce coraz bardziej widoczni stają się skinheadzi. Ekonomiczne turbulencje transformacji, duże bezrobocie i upadek przemysłu produkują rosnącą grupę wściekłej młodzieży, która widzi swój brak perspektyw. W takim środowisku łatwo zapuszczają korzenie radykalne ideologie. Opustoszałe trybuny dołującej w tabelach Odry opanowują chuligani. Wśród nich zaś wybija się grupa, o której wprost można napisać: neonaziści. Zespół może i dołuje, zalicza kryzys, ale chuligani stają się liderami zupełnie innej ligi i wygrywają kolejne ustawki. Agresywni skinheadzi z Opola stają się widoczni – zyskują sławę jako bezwzględni i skorzy do bójki. Kolejne mecze kończą się interwencjami policji. Sypią się kolegia, kilka osób trafia do więzienia. Najbardziej agresywne są starcia z chuliganami Śląska. Wybijają się grupy Aryjscy Chuligani i Last Drakkar. We Wrocławiu ustawiają się na trybunach w żywą swastykę. Po meczu ze Śląskiem na ulicach Opola dochodzi do walk. Zniszczone zostają cztery radiowozy. Na stadionie wywieszona jest wielka flaga z napisem „Missisipi Odra Opole”. Po lewej stronie jest sztandar skonfederowanych stanów Południa USA z 1863 r., obok zakapturzony członek Ku Klux Klanu. Kolejna flaga ma napis „Aryjscy chuligani”. Starcia z policją kończą kolejne mecze: w Bydgoszczy, Katowicach, Poznaniu i Wrocławiu. Kibice używają kamieni, policja gumowych kul i armatki wodnej. Chuliganów Odry widać regularnie na organizowanym przez neofaszystowski NOP Marszu Patriotów. Na jednym z meczów podczas symbolicznej minuty ciszy ku czci zmarłego premiera Tadeusza Mazowieckiego skandują: „Jednego Żyda mniej!”. Dobrobyt białej rasy Regularnie atakowani są również czarni piłkarze klubów z regionu. W Strzelcach Opolskich Aryjscy Chuligani w 30 atakują w jednej z restauracji kilku czarnych piłkarzy klubu LZS Piotrówka. Bandyci obrzucają ich wyzwiskami „czarnuchy” i „bambusy”, uderzają pięściami i butelkami. Jedną z nich zostaje trafiony w głowę kameruński zawodnik Éric Tala. Kiedy traci przytomność i osuwa się na ziemię, otrzymuje kolejne ciosy. Pobici zostają także m.in. pochodzący z Zimbabwe Andrew Tarukwasha i Shaun Musa Jenitala oraz Brazylijczyk Galdino. Hospitalizowanych jest dwóch graczy LZS Piotrówka. Aryjscy Chuligani to nie tylko samodzielna grupka neonazistów, ale oczko w międzynarodowej siatce. Kluczowa okazuje się flaga, którą rozwieszają na jednym z meczów. To bardzo specyficzny czerwono-biało-czarny sztandar z gotycką czcionką układającą się w napis „Śląsk Opolski zawsze polski”. To kolory flagi Trzeciej Rzeszy, a ta konkretna wzorowana jest na logotypie organizacji Blood and Honour (Krew i honor). To nazistowska międzynarodówka o luźnej strukturze, analogicznej do ISIS i Al-Kaidy. Określa się jako „ogólnoświatowa panaryjska organizacja zajmująca się walką o przetrwanie i dobrobyt białej rasy”. Jej nazwa pochodzi od motta Hitlerjugend (niem. Blut und Ehre), członkowie głoszą „biały nacjonalizm”, „białą supremację” i „biały separatyzm”, czyli nazizm, rasizm i apartheid. Dla połączenia tego środowiska z miejscowymi kibolami kluczowy jest rekonstruktor i budowlaniec, a po godzinach od wielu lat lider miejscowych chuliganów stadionowych Krzysztof F., ps. „Fornal”. Ma na koncie wyroki za pobicie i jest stałym gościem imprez tej siatki. Bywa również w Londynie na meczach Chelsea London i jest sympatykiem grupy Head Hunters, zrzeszającej neonazistowskich kibiców tego klubu. Także jego syn Patryk F. ma już na koncie pobicie. Wraz z trójką znajomych zaatakował czarnego piłkarza Odry Senegalczyka Papę Sambę Ba. Od Konkwisty przez Monar po Obłęd Piłkarscy chuligani to tylko jedna z głów opolskiego Krew i Honor. Inne są dużo bardziej widoczne i znane, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Tu przeniósł się trzon dawnej Konkwisty 88, czyli zespół Obłęd. Dziś muzycy zmagają się z prokuratorskimi oskarżeniami o promocję ustroju faszystowskiego. Przyjrzyjmy się, co ściągnęło na nich zainteresowanie ABW. Kiedy wyrosła ze środowiska pierwszych polskich neonazistowskich skinheadów dolnośląska Konkwista rozpadała się na przełomie lat 90. i zerowych, niewielu sądziło, że jej muzycy kiedyś się jeszcze spotkają. Część, jak Robert O., ps. „Kadi”, wróciła do dawnych projektów, jak neonazistowski Nowy Ład. Konkwista jednak rozpadła się przede wszystkim przez narkotyki. Gitarzysta Wojciech M., ps. „Czerwony”, zaczął brać heroinę, leczył się długo w Monarze, a później pracował w punkcie tej organizacji w Częstochowie, gdzie rozdawał czyste strzykawki uzależnionym i prowadził zajęcia terapeutyczne. W międzyczasie Kadi przeniósł się pod Opole, gdzie założył z sukcesami firmę budowlaną (stawia wiadukty i mosty). Kiedy jednak Czerwony na dobre uwolnił się od heroiny, dawni koledzy postanowili wrócić do grania. Do pomocy wzięli perkusistę Nowego Ładu Pawła K. i zaczęli występować jako Odwet 88. Dwie ósemki to dwie ósme litery alfabetu – HH, w neonazistowskim kodzie skrót od „Heil Hitler!”. Oficjalnie zespół nie ma nic wspólnego z nazizmem, a za tego typu „insynuacje” grozi sądem. Z kim więc w Polsce i w świecie koncertują opolscy muzycy? Biali internacjonaliści Im dalej od Polski, tym mniej Obłęd kryje się ze swoimi ideologicznymi sympatiami. W Londynie wraz z Fornalem i kolegami z dolnośląskiej sekcji Krew i Honor bywają regularnie na meczach, utrzymując bliskie kontakty ze środowiskiem neonazistowskich kibiców Chelsea Londyn – Head Hunters. Uczestniczą też w memoriałach innej tragicznie zmarłej ikony neonazizmu – założyciela Blood and Honour Iana Stuarta Donaldsona. Grali nawet na organizowanej w Londynie „urodzinowej imprezie” Adolfa Hitlera z muzykami najważniejszych zespołów sceny neofaszystowskiej: No Remorse i Screwdriver, wykonując utwory Konkwisty. W Czechach wystąpili z innymi skinheadzkimi kapelami na skrajnie prawicowym festiwalu Patriot Rock. Mieli grać na ukraińskim Fortress Europe i węgierskich Dniach Honoru. Na pierwszy nie dojechali, zostali zatrzymani na granicy. Mieli towarzyszyć na scenie zespołowi Blue Eyed Devils, którego jeden z muzyków Wade Page dokonał kilka lat wcześniej rasistowskiego ataku na świątynię Sikhów w Oak Creek w stanie Wisconsin. Zabił osiem osób. Gdy został otoczony przez policję, popełnił samobójstwo. Ten drugi festiwal, upamiętniający żołnierzy Wehrmachtu i Waffen SS broniących Budapesztu przed wojskami ZSRR, w ostatniej chwili wstrzymały węgierskie władze. W innych krajach poszło im lepiej, bo koncertowali na imprezach środowiska Krew i Honor m.in. we Francji, Finlandii, Włoszech i Serbii. Ich utwór znalazł się też na międzynarodowej składance w hołdzie greckiemu neofaszystowskiemu Złotemu Świtowi, razem z kawałkami rosyjskiego Kolovratu, ukraińskiej Sokyry Peruna, białoruskiego Molota i estońskiego PWA (Preserve White Aryans). Obłęd po polsku Także w Polsce Obłęd stanowi kluczowy element lineupu imprez Krew i Honor. Zagrali m.in. na kilku memoriałach odbywających się ku pamięci zmarłego w wypadku Mariusza Szczerskiego, ps. „Szczery”, wokalisty innej neonazistowskiej legendy – zespołu Honor. W Gdańsku wystąpili w pubie Wolne Miasto, miejscu spotkań chuliganów Lechii Gdańsk, i na festiwalu organizowanym przez wspierającą ekstremizm firmę odzieżową Gungnir. Jej właścicielem jest Grzegorz H., ps. „Śledziu”, po godzinach lider bojówki chuliganów Lechii Gdańsk, z łącznie prawie 14 latami osadzenia na koncie. Ma on na ciele wytatuowanych pięć swastyk, wielki krzyż celtycki, wizerunek Hitlera i motto SS: Meine Ehre heißt Treue (niem. „Moim honorem jest wierność”). Na meczach Lechii regularnie pojawiały się przez lata sztandary z wizerunkiem Rudolfa Hessa i „rycerzy” Ku Klux Klanu. Muzycy Obłędu są także zaprzyjaźnieni z byłym nazistowskim skinheadem Olgierdem L., ps. „Olo”, określanym przez media liderem trójmiejskiego środowiska przestępczego. Na Dolnym Śląsku zespół regularnie występował także w imprezach organizowanych przez lokalną odnogę Krew i Honor, której liderzy Piotr G., ps. „Dziki”, i Krzysztof S., ps. „Słowik”, niedawno usłyszeli zarzuty w procesie o promocję ustroju faszystowskiego. Obłęd koncertował tam m.in. z niemieckim Strafmass, którego muzycy byli przez niemieckich antyfaszystów wiązani z serią napadów na mieszkania imigrantów w Bremie, czy estońskim PWA, którego płyta zaczyna się nagraniem przemówienia Hitlera, a jej okładkę zdobi wizerunek Rudolfa Hessa. Inny zespół dzielący dolnośląską scenę z Obłędem, ukraińska Sokyra Peruna, Hessowi zadedykował całą płytę. Dla śląskiej sekcji

Januszowi Kowalskiemu z racji agresywnych wypowiedzi o UE, mniejszościach czy sądach przeciwnicy polityczni lubią przypisywać łatkę pieniacza, a czasem i głupca. Kiedy jednak przyjrzeć się jego karierze, trudno o bardziej nietrafiony sąd. W naszym cyklu „Nacjonalistyczne Opole, Kowalski i Jaki” do tej pory ukazały się: Odc. 1. Ratajczak, czyli rewizja Holokaustu Odc. 2. Co się dzieje pod świętą górą Odc. 3. Od skrajnych partyjek do muzeum „wyklętych” Odc. 4. Skąd się wzięli Kowalski i Jaki Odc. 5. Doktor narodowo-radykalny Kowalski to bardzo sprawny politycznie gracz, aktywny na pograniczu służb, energetyki i spółek skarbu państwa. Nacjonalizm i antyniemieckość zaś to lokalny koloryt opolskiej prawicy, którego Kowalski używa, nauczony współpracą jego środowiska z ONR. I tak oto narodowy radykalizm jest transferowany na salę sejmową i salony. Janusz biznesu Po skłóceniu się i z miejscową PO, i PiS Janusz Kowalski odchodzi na kilka lat z opolskiej polityki. Czas na bocznym torze poświęca na uzupełnianie wykształcenia i próby zarabiania pieniędzy. Kończy w 2004 r. administrację, a w 2008 prawo na Uniwersytecie Łódzkim. Odnajduje się szybko w biznesie, ale bardzo specyficznym. W latach 2005–07 rządzi PiS. Dzięki kontaktom partyjnym, przede wszystkim ówczesnemu posłowi PiS Przemysławowi Wiplerowi, zaczyna zyskiwać synekury w państwowych spółkach. W 2006 r. wchodzi do zespołu pełnomocników rządu ds. dywersyfikacji źródeł energii wiceministra gospodarki Piotra Naimskiego. Zostaje również członkiem rad nadzorczych Operatora Logistycznego Paliw Płynnych Investgas SA z Grupy PGNiG, Ostrołęckiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego oraz Energetyki Cieplnej Opolszczyzny SA w Opolu. Po zwycięstwie wyborczym PO w 2007 r. przeskakuje do podmiotów podległych prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu. Pracuje jako analityk ds. bezpieczeństwa energetycznego w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, jest także członkiem zespołu ds. bezpieczeństwa energetycznego w Kancelarii Prezydenta. Zakłada w owym czasie firmę z bardzo ciekawymi kooperantami. Z siedmiu wspólników spółki Binase sp. z o.o. (KRS 0000394030) tylko Kowalski nie ma przeszłości w służbach specjalnych. Oprócz Kowalskiego tworzyli ją: były szef Agencji Wywiadu i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Zbigniew Nowek, wiceszef AW Tomasz Piechowiak, późniejszy szef AW płk Grzegorz Małecki, były szef BOR Andrzej Pawlikowski i emerytowany oficer UOP i ABW Marek Wachnik. Wszyscy to zaufani ludzie Mariusza Kamińskiego. Trudno mówić o przypadkowym doborze kooperantów. Dodatkowo firma zajmować się miała wywiadem gospodarczym. Heimatland schönes Land W 2014 r., po siedmiu latach władzy PO, pisowcy są już bardzo wygłodniali i władzy, i finansów. Kowalski „wegetuje” jako „członek zarządu agencji marketingu sportowego”. Według zeznania podatkowego wychodzi mu 2,2 tys. zł miesięcznie. Jego współpracownik Patryk Jaki przegrywa wybory do europarlamentu. Jakąś szansę daje podpisanie przez Solidarną Polskę Zbigniewa Ziobry porozumienia z PiS, ale seria przegranych wyborów nie daje im mocnej nadziei na powrót do Sejmu. Cóż lepszego w takim momencie niż powrót do małej ojczyzny? Najpierw Kowalski objawia się w kampanii do europarlamentu Dawida Jackiewicza, związanego z Adamem Hofmannem i Robertem Pietryszynem. Następnie wspiera starającego się o prezydenturę miasta byłego działacza PO Arkadiusza Wiśniewskiego. Poparcia, także finansowego, udziela mu również Jaki. Wiśniewski, mający wówczas słabą samodzielną pozycję, jest dla duetu „młodych konserwatystów” idealnie sterowalnym kandydatem. Formalnie niepowiązany z nim Kowalski w czasie wyborów prowadzi ostrą „kampanię społeczną” przeciwko miejskiemu SLD. Do tego stopnia skutecznie, że jego niedobitkom nie udaje się zarejestrować swojego kandydata na prezydenta. Lewica idzie do wyborów podzielona. Kowalski zapewnia też Wiśniewskiemu poparcie PiS w radzie miejskiej. W efekcie po wyborach błyskawicznie został wiceprezydentem, a prezydent tłumaczył, że zmienił o nim zdanie i „trzeba mu dać wreszcie szansę”. Po zwycięstwie rozpoczyna się natychmiast „skok” na instytucje i urzędy, gdzie znaleźć się mieli wszyscy krewni, znajomi i poplecznicy już nie takich „młodych konserwatystów”. A jednym z frontów miała stać się znowu opolska elektrownia. Rykoszetem dostaje się mniejszości niemieckiej. Ale żeby zrozumieć aktualną antyniemiecką obsesję Kowalskiego, trzeba bliżej przyjrzeć się walce o gminę Dobrzeń Wielki. Niemieckie przywileje Z racji kresowego charakteru Śląska Opolskiego i długiej historii napięć etnicznych temat mniejszości niemieckiej jest w tym regionie zawsze gorący. Mimo powolnego spadku liczby osób deklarujących narodowość niemiecką czy głosujących na jej listy przepisy wyborcze pozwalają jej bez progu wprowadzać posłów do Sejmu, jej dobra samoorganizacja i fundusze płynące z Niemiec i budżetu centralnego budzą zazdrość i niechęć u opolskiej ultraprawicy. Na to nakładają się pochodzące z ery Bismarcka i Hitlera resentymenty. Mimo spadku liczby posłów z siedmiu w 1991 r. do jednego od 2007 wciąż w wielu gminach rządził Komitet Wyborczy Mniejszości Niemieckiej, a w sejmiku wojewódzkim niemożliwe jest uzyskanie bez niego większości. Mniejszość stanowi nadal 7–10 proc. mieszkańców województwa. W 22 gminach niemiecki jest językiem pomocniczym w urzędach, a w 28 występują dwujęzyczne nazwy miejscowości. Dzielą też kwestie dawnego niemieckiego majątku, podwójnego obywatelstwa czy poniemieckie pomniki wojenne. Niszczone są dwujęzyczne tablice drogowe, a działacze mniejszości otrzymują anonimowe groźby. Na ich lokalach pojawiają się antyniemieckie graffiti. W podsycaniu tych nastrojów celują od dawna pisowcy. Kilka lat współpracy z ONR sprawia, że i Jaki, i Kowalski wiedzą już, skąd wiatr wieje. A wieje w kierunku ksenofobii, homofobii i nacjonalizmu, autorytarnej władzy i rozgrywania konfliktów etnicznych. Zaczyna też to wyczuwać cała ich część obozu Zjednoczonej Prawicy. Jarosław Kaczyński nazywa w 2011 r. śląskość „pewnym sposobem odcięcia się od polskości i przypuszczalnie przyjęciem po prostu zakamuflowanej opcji niemieckiej”, a opolski poseł PiS Sławomir Kłosowski ogłasza: „To skandal, że mniejszość nie ma progu 5 proc.”. Solidarna Polska idzie krok dalej. Jaki w wyborach w 2011 r. nawołuje: „Odbierzemy Mniejszości Niemieckiej przywileje”, a partia rok później występuje o zniesienie dwujęzycznych nazw, kiedy w gminie spadnie procentowo liczba przedstawicieli mniejszości, bo brak zmiany może powodować „dyskomfort ludności polskiej zamieszkującej daną gminę”. Gdy sojusz Solidarnej Polski i PiS jest już blisko, kwestia zupełnie ucicha. Miasto większe niż Paryż Rozpala się jednak ponownie w 2015 r. wraz z pomysłem powiększenia Opola. To jeden ze sztandarowych projektów Wiśniewskiego i stojącej za nim wówczas ekipy „młodych konserwatystów”, mający pełne wsparcie Solidarnej Polski i PiS. Do Opola mają być włączone tereny leżące w obrębie gmin Dąbrowa, Dobrzeń Wielki, Komprachcice, Prószków oraz Turawa, w tym m.in. Czarnowąsy, Świerle, Borek, Brzezie i Dobrzeń Mały. Obszar miasta ma się zwiększyć o ponad 5 tys. ha, a liczba mieszkańców – do 130 tys., w efekcie Opole ma stać się większe powierzchniowo niż Paryż, Barcelona, Miami czy Kopenhaga. Ma przyciągać inwestycje, zyskać teren pod rozbudowę i obniżyć ceny usług. O ile przed wojną wieś była raczej polska, a miasto niemieckie, o tyle dziś jest odwrotnie. Niemal wszystkie gminy tracące część obszaru na rzecz Opola są rządzone przez wójta czy burmistrza z mniejszości niemieckiej, funkcjonują w nich dwujęzyczne tablice, a język niemiecki jest językiem pomocniczym w sprawach urzędowych. W efekcie dołączenia do Opola wszystkie te atrybuty musiałyby zniknąć. Jednocześnie do Opola z terenów tych gmin dołączone zostają tereny najbardziej dochodowe – te, na których znajduje się Elektrownia Opole i centrum handlowe Turawa Park. Gminom grozi więc wprost bankructwo, zamykanie szkół, domów kultury, klubów sportowych. Mniejszość niemiecka staje się mimowolnie stroną sporu. Rozpoczynają się protesty. Zorganizowanych zostaje kilkadziesiąt demonstracji w Opolu, okolicznych gminach oraz w Warszawie przed MSWiA. Kilkakrotnie blokowana jest opolska obwodnica. Petycję mieszkańcy wręczają Jarosławowi Kaczyńskiemu, prezydentowi Dudzie w Strzelcach Opolskich, premierce Szydło i wicepremierowi Morawieckiemu w Opolu. Przeprowadzili nawet kilkunastodniowy strajk głodowy. Zakłócają też inaugurację opolskiego festiwalu piosenki i próbują okupować biuro Jakiego, domagając się spotkania z posłem. Wszystko bezskutecznie. W 2017 r., mimo ponad 80 proc. głosów sprzeciwu, w powiecie dochodzi do powiększenia miasta, a demonstranci dostają wezwania na policję. Sprawy wciąż toczą się w sądach. Wojna polsko-niemiecka pod flagą biało-czerwoną Zaczynają pojawiać się oskarżenia, że Niemcom zabierane są dobrze zagospodarowane tereny. I to tak, żeby pozbawić ich praw w zamieszkałych przez nich gminach i wzmocnić żywioł polski. A poszerzenie jest sprzeczne z ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz konwencją ramową Rady Europy o ochronie mniejszości. Z drugiej strony pojawiają się oskarżenia o pozbawienie prezydenta Opola przez mniejszość funkcji przewodniczącego aglomeracji opolskiej. Radny PiS Sławomir Batko deklaruje, że „potrzebna jest tylko tablica z nazwą Opola i nie ma potrzeby, by niemieckie tablice zostawały”, gdyż „rodzą niepotrzebne emocje”. W atakach na Niemców przoduje Jaki. Zarzuca politykom mniejszości niemieckiej prowadzenie agresywnej polityki wobec polskiego patriotyzmu. Oskarża, że przyjeżdżali z Eriką Steinbach na Opolszczyznę, kwestionowali bohaterstwo Polaków podczas powstań śląskich, dodawali niemieckie nazwy dworców PKP, ściągali flagę polską na budynkach administracji albo nie włączali syren w rocznicę powstania warszawskiego. Jaki stwierdza: mniejszość zrobiła z konsultacji kabaret i je sfałszowała. Oświadcza też, że czasy, kiedy Niemcy próbowali nam wyznaczać granice, już się skończyły

Zaczęło się prawie dwie dekady temu. Tak jak w całej Polsce w Opolu rządy SLD kończą się z hukiem. Zmiata go afera korupcyjna, która pozwala zaistnieć „młodym konserwatystom”. A wraz z nimi ośmiornicy, która oplecie Opolszczyznę. „Odc. 1. Ratajczak, czyli rewizja Holokaustu” „Odc. 2. Co się dzieje pod świętą górą” „Odc. 3. Od skrajnych partyjek do muzeum »wyklętych«” Wysokie bezrobocie, 40-proc. inflacja, rolnicze blokady, strajki, prawie 30 partii w Sejmie – trudno się dziwić, że postkomuniści wygrywają na początku lat 90. wybory w całej Polsce. Po jednej kadencji dawnego opozycjonisty Jacka Kucharzewskiego także opolski ratusz przejmie SdRP. Liderem partii w Opolu jest poseł Jerzy Szteliga, a nowym prezydentem Leszek Pogan. Dawne ma się dobrze Obaj ledwie 40-letni, ale z partyjnych rodzin. Matka Szteligi była w PRL posłanką, a ojciec Pogana pracował w komitecie wojewódzkim partii. W porównaniu z chaosem rządów postsolidarnościowców – wzór profesjonalizmu. Powstaje nowa obwodnica z mostem przez Odrę, pierwszy hipermarket i uniwersytet, remontowany jest rynek i główny deptak miasta, ul. Krakowska. Rok 1998 przynosi kolejne zwycięstwo postkomunistom. Przewodniczącym Rady Miasta znów zostaje eseldowiec: prof. Stanisław Dolata. SLD i mniejszość niemiecka przewodzą walce o zachowanie województwa podczas reformy administracyjnej kraju. Miała być zmiana, ale widać, że dawne ma się dobrze. Byli partyjni dominują na uczelni i w urzędach, a często i w biznesie. Dawni radykałowie są zawiedzeni. Władza jednak korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie. Jeszcze pod koniec pierwszej kadencji zarząd miasta powołuje spółkę Dobre Domy Opole, która ma wybudować tzw. Osiedle Kolorowe. Miasto daje grunt, a – jak się okazuje – zarobić mają na tym krewni i znajomi lokalnych polityków, m.in. córka skarbnika miejskiego oraz syn naczelnika wydziału architektury. W lokalnej prasie padają wobec eseldowców oskarżenia o przyjmowanie łapówek. Pieniądze mieli brać za korzystne rozstrzygnięcia przetargów, koncesje na sprzedaż alkoholu, zgodę na dzierżawę lokali, przyspieszenie formalności urzędniczych, „przychylność na przyszłość”. I używać ich na kampanię wyborczą. Afera sięga szczytów opolskiej władzy. Pieniądze mają przyjmować Dolata i Pogan, radni i wiceprezydenci. Oskarżony jest także poseł Szteliga. Zaczynają się procesy i sypią się wyroki. Pięć lat, trzy, cztery. Do więzienia trafiają urzędnicy, najemcy pubów, biznesmeni. Pierwszy artykuł o aferze ukazuje się w czasie kampanii samorządowej 2002 i ma miażdżący wpływ na wynik SLD w Opolu. Wygrywa wspólny komitet PO i PiS startujący pod szyldem KWW Ryszarda Zembaczyńskiego, a ten ostatni zostaje prezydentem. SLD dodatkowo pogrąża afera łapówkarska przy ubezpieczaniu Elektrowni Opole. Skazani zostają w tej sprawie opolska posłanka lewicy i wiceministra kultury Aleksandra Jakubowska, jej mąż Maciej, dyrektorzy elektrowni i PZU. Z potęgi opolskiego SLD nie zostaje praktycznie nic. Władzę przejmują tam krok po kroku „młodzi konserwatyści”. Mistrz i uczeń Mniej więcej w tym okresie Arkadiusz Karbowiak i Janusz Kowalski wraz z kolegami na gruzach AWS zaczynają budować w Opolu swoje stowarzyszenia – najpierw Klub Myśli Konserwatywnej im. Cata-Mackiewicza (1998) i gazetę „Pro Publico Bono” (1999), a już po wybuchu afery najważniejsze – „Stop Korupcji”. Ten pierwszy robi za mentora, drugi jest uczniem, który przerośnie nauczyciela. Kowalski przygodę z polityką zaczyna jako 17-latek w 1995 r. w młodzieżówce Unii Wolności: Młodych Demokratach. Z dumą podkreśla wówczas, że jest synem chrześniaka przedwojennego marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. Tak jak wcześniej Karbowiak żongluje partyjnymi legitymacjami. Po romansie z unitami wstępuje do jednej z młodzieżówek AWS, Młodych Konserwatystów, współpracuje z grupą zetchaenowców, z późniejszym senatorem PiS Jarosławem Chmielewskim na czele, kontrolującą opolski oddział Poczty Polskiej. Jednocześnie poznaje aktywistów Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Poznani tam Tomasze Strzałkowski i Kwiatek wraz z Karbowiakiem stanowić będą jego najbliższą gwardię. Z czasem doszlusuje do nich Patryk Jaki. Kowalski, podobnie jak Karbowiak, działa od 1998 r. w SKL i jest uznawany za człowieka Jana Marii Rokity. Mimo to po rozłamie w partii trafia nie do PO, a do Przymierza Prawicy. Być może decyduje fakt, że tam zaczyna karierę już od stanowiska prezesa zarządu wojewódzkiego. Jego partia wchodzi w sojusz z PiS, jednak z lokalnym liderem partii Kaczyńskiego Andrzejem Diakonowem stosunki są na noże. Młody wilczek podważa autorytet starszego kolegi, wypomina mu dawne członkostwo w PZPR i to, że nie jest opolaninem. Ostatecznie Kowalski trafia w 2001 r. na listę wyborczą tylko dlatego, że Karbowiak oddaje mu miejsce. Mimo że ostatecznie nie zdobywa mandatu, to z drugiej pozycji prawie wyprzedza Diakonowa, a po zjednoczeniu partii zostaje w Opolu wiceprzewodniczącym PiS, co tylko zaostrza konflikt. Wojna na wszystkich frontach Na początku października 2002 r. wybucha afera „Dobrych Domów”. SLD przegrywa wybory w mieście. Opolska scena polityczna przechodzi trzęsienie ziemi. Jak mówił towarzysz Mao: „zapanował chaos – sytuacja jest idealna”. Kampanię Kowalski opiera na totalnej krytyce SLD. Reaguje niemal na każdą publikację o korupcji. Organizuje konferencje prasowe, punktuje nieudane inwestycje. Kreuje się na głównego autora wykrycia afery. Ludzie to kupują, Kowalski ma trzeci wynik do rady miasta. Wygrywa koalicja PO-PiS i jej kandydat Zembaczyński. Do miejskiej rady trafia Kwiatek, Strzałkowski zostaje radnym powiatu, a Karbowiak wiceprezydentem. Jednocześnie lokalny PiS praktycznie pęka. Po jednej stronie staje grupa Kowalskiego, po drugiej Diakonow i kierownik jego biura, dawny kurator oświaty i działacz RS AWS Sławomir Kłosowski. Sprawa sięga komitetu politycznego PiS. „Kowalski to osoba niezwykle konfliktowa i impulsywna, a my chcemy, żeby PiS był partią ludzi w miarę kulturalnych” – mówi o nim ówczesny lider partii Lech Kaczyński. „Kowalskiego można postawić za wzór polityka bezinteresownego i ideowego – w najczystszym tego słowa znaczeniu” – broni go były prezes TVP Wiesław Walendziak. Ostatecznie zarząd główny PiS rozwiązuje opolski oddział partii i tym sposobem Diakonow pozbywa się Kowalskiego, bo do momentalnie sformowanego nowego oddziału już go nie przyjmie. Grupa Kowalskiego Kowalski zakłada więc w styczniu 2003 r. własną organizację – Stowarzyszenie „Stop Korupcji”. Chce zdyskontować miejską aferę łapówkarską na wybory w 2005 r. Ogłasza listę opolskich esbeków, robi kontrole w urzędach, kreuje się na miejscowego szeryfa. Dryfującemu środowisku pomocną dłoń podaje w 2005 r. dawny mentor z SKL Jan Maria Rokita i wciąga ich do PO. Chce dla Kowalskiego pierwszego miejsca na opolskiej liście do Sejmu i reklamuje go w jego spocie jako tego, który wykrył i odsunął od władzy „skorumpowaną mafię w Opolu”. Grzegorz Schetyna zrzuca jednak Kowalskiego, jako piątą kolumnę PiS, na ostatnią pozycję i nie udaje mu się zostać posłem. Ciągle liczy się jednak w partyjnej grze. Kiedy ogłaszane są wyniki, w jego osobistym sztabie jest więcej osób niż w sztabie wyborczym PO – a w tym wiceprezydent, rzecznik prezydenta, senator, radni. Szybko zostaje szefem PO w Opolu. Prezydent Zembaczyński obiecuje mu wiceprezydenturę i wspiera w konflikcie z Leszkiem Korzeniowskim, szefem PO w regionie. Tak jak Diakonowowi wypomina mu członkostwo w PZPR i atakuje na zjeździe. Jego grupa okazuje się zbyt słaba i uprzedzając wyrzucenie, sam odchodzi z Platformy. Mimo to po wyborach samorządowych 2006 aż dziewięciu z 13 radnych PO to ludzie Kowalskiego. Wbrew woli Zembaczyńskiego wysuwają kandydaturę Kwiatka na funkcję przewodniczącego rady miasta, odrzucają swojego kolegę z PO Arkadiusza Wiśniewskiego, aby ostatecznie wyjść z Platformy i założyć własny klub „Stop Korupcji”. Chaos w radzie jest już zupełny. W pewnym momencie działają dwa kluby PO, a po kilku miesiącach jeden z nich staje się klubem PiS. W efekcie Kowalski, skłócony już i z lokalnym PO, i z lokalnym PiS, wyjeżdża z miasta i dzięki ówczesnemu posłowi PiS Przemysławowi Wiplerowi odnajduje się w zespole ds. dywersyfikacji dostaw nośników energii wiceministra gospodarki Piotra Naimskiego. Na miejscu pozostaje jednak jego wierny druh i następca – Patryk Jaki. Patryk from the blok Dziewięć lat młodszy od Kowalskiego Patryk Jaki wychował się na blokach osiedla Dambonia, ale wbrew snutej przez niego samego legendzie nie wywodzi się z nizin społecznych. Jego ojciec Ireneusz był doradcą prezydenta Zembaczyńskiego. Mały Patryk uczy się jednak tak sobie, na dodatek ma problemy z zachowaniem. Prawdziwą miłością jest dla niego Odra Opole. W tym zdominowanym przez neofaszystów klubie podaje piłki na meczach seniorów, jest trampkarzem, młodzikiem i juniorem. Po latach „spłaci” dług, załatwiając klubowi bogatego publicznego sponsora – Grupę Azoty, dzięki czemu drużyna awansuje w końcu do pierwszej ligi. „Umowa z Azotami to mój najważniejszy gol” – powie wówczas. W 2003 r., jako 18-latek, wstępuje do młodzieżówki PiS w Opolu, którą kieruje Robert Pietryszyn, nadal prawa ręka Adama Hoffmana, wówczas rzecznika PiS, dziś lidera grupy biznesowo-politycznej nazywanej przez media „układem wrocławskim”. Organizują demonstracje i happeningi przeciwko opolskiemu SLD. To okres burzy medialnej wokół afery „Dobrych Domów”. Szybko wpada więc w oko Kowalskiemu. W maju 2004 r. Jaki organizuje protest opolskich maturzystów, którym powtórzono egzamin po wycieku pytań z kuratorium. Ściąga pod urząd wojewódzki 5 tys. uczniów. Po maturze wyjeżdża do Wrocławia, tam pracuje jako specjalista ds. marketingu w Międzynarodowej Wyższej Szkole Logistyki i Transportu i studiuje zaocznie politologię na uniwersytecie. Pozostaje wierny Kowalskiemu. I kiedy ten zarządza: „wstępujemy do Platformy”, Jaki rzuca w 2005 r. pisowską legitymację. Na opolskim rynku wraz z kolegami organizuje happening obśmiewający tworzenie przez PiS komisji śledczych.

Arkadiusz Karbowiak od zawsze wie, że jest antykomunistą. Uczestniczy w mszach za ojczyznę, nielegalnych obchodach 3 Maja, 11 Listopada, rocznicach śmierci ks. Popiełuszki. Nie jest przywiązany do partyjnych szyldów, przymierzy ich kilkanaście. Na prawo od nich jest już zwykle tylko ściana. We wtorek opublikowaliśmy pierwsze dwa odcinki cyklu „Nacjonalistyczne Opole, Kowalski i Jaki”: „Odc. 1. Ratajczak, czyli rewizja Holokaustu” oraz „Odc. 2. Co się dzieje pod świętą górą”. W 1988 r. PRL powoli się kończy, choć w Opolu z lekkim poślizgiem. Ale nawet tu po mieszkaniach spotykają się i wichrzą zbuntowani studenci. Raz po raz demonstrują na ulicach, organizują happeningi, piszą antyrządowe hasła na komitecie wojewódzkim partii. Lokalne władze reagują ciągle nerwowo: są zatrzymania, pobicia, rewizje, kolegia ds. wykroczeń, sypią się grzywny. Wyższych wyroków unikają, bo nagle jest już po Okrągłym Stole i z urzędem żegna się zwierzchnik opolskiego SB i MO płk Julian Urnatówka. Slalomem przez partie Po upadku systemu to właśnie z grona tej opolskiej młodzieży wyodrębniają się lokalne grupy radykałów: Solidarność Walcząca, Konfederacja Polski Niepodległej oraz Liberalno-Demokratyczna Partia „Niepodległość”. Karbowiak zaliczy je wszystkie. W KPN zostanie nawet szefem Biura Propagandy. Razem grupki powołają Tymczasową Reprezentację Polityczną Śląska Opolskiego, zgodnie kontestując porozumienie z postkomunistami, za jedyne legalne władze uznając te emigracyjne. Polityczna rzeczywistość szybko weryfikuje ich rewolucyjne zapędy. KPN odnajduje się w grach parlamentarnych i krok po kroku traci swoich radykałów, w tym Karbowiaka. Zostaje on opolskim skarbnikiem LDP „Niepodległość” Jerzego Targalskiego. Nie na długo: już rok później jest w Unii Polityki Realnej Janusza Korwin-Mikkego. Tam jednak sytuacja jest napięta. Kłócą się dwie frakcje: „liberalna” i „konserwatywna”. Pierwszej lideruje Korwin-Mikke, drugiej świeżo nawrócony, związany z Opus Dei wiceprzewodniczący Mariusz Dzierżawski. Pretekstem do rozłamu są wybory prezydenckie 1995. „Konserwatyści” chcą poprzeć w drugiej turze Lecha Wałęsę, „liberałowie” ówczesnym prezydentem gardzą i nazywają oponentów w partii „agentami Belwederu”. Rozłam inicjują „liberałowie”, którzy mając przewagę we władzach partii, w grudniu 1995 r. zawieszają członkostwo „konserwatystom”. W odpowiedzi konwentykiel pozbawia Mikkego prezesury, wybierając na to stanowisko Dzierżawskiego. Ten na czele zwolenników i firmy ochroniarskiej próbuje przejąć siedzibę partii przy ul. Nowy Świat, w której barykaduje się Korwin. Wokół budynku gromadzą się zwolennicy obu frakcji i dochodzi do przepychanek. Przez dwa dni Mikke nie opuszcza biura, załatwiając się do kwiatków. Ostatecznie jego sympatycy mający przewagę liczebną rozpoczynają zwycięski szturm. W ten sposób akcja, nazywana potocznie „powstaniem dekabrystów”, upada. Dzierżawski zakłada partię klon UPR: Stronnictwo Polityki Realnej, a jego grupa dryfuje jeszcze bardziej na prawo, wraz z nią Karbowiak i kilku ważnych członków UPR, takich jak Łukasz Warzecha czy Tomasz Gabiś. Ideologicznie inspiruje ich, mocno wówczas promowana przez gabisiowego „Stańczyka”, tzw. rewolucja konserwatywna z czasów weimarskich Niemiec, której animatorzy, jak prawnik Carl Schmitt i pisarz Ernst Jünger, uważani są za intelektualnych protoplastów nazizmu. SPR jednak jako samodzielna partia sobie nie radzi, więc już w 1996 r. wchodzi do Akcji Wyborczej Solidarność. Rok później znów się dzieli, a część działaczy ląduje na listach PSL. Karbowiak jest w tej grupie. To w ciągu pięciu lat już jego piąta partia. Nie prowadzi jednak kampanii, nie dogaduje się z ludowcami i w efekcie ma najsłabszy wynik ze wszystkich kandydatów. SPR ostatecznie się rozpada, a Karbowiak ląduje razem z opolskim wojewodą Adamem Pęziołem i późniejszym szefem PO na Śląsku Tomaszem Tomczykiewiczem w Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym. To jego partia numer sześć. Umiarkowany rewizjonizm w granicach prawa SPR w okresie krótkiego istnienia udaje się jednak nawiązać współpracę z neofaszystowskim Narodowym Odrodzeniem Polski. Razem demonstrują w Warszawie 11 listopada 1997 r. z pochodniami i kijami bejsbolowymi. Manifestacja kończy się zamieszkami i interwencją policji. W efekcie teksty Karbowiaka trafiają do organu prasowego NOP, czyli „Szczerbca”. Nie jest to zwykłe nacjonalistyczne pisemko. Przez lata jego naczelny i lider NOP Adam Gmurczyk na łamach zapoznawał Polaków ze wszystkimi chyba istniejącymi prądami neofaszyzmu. Można tam znaleźć całą paradę hitlerowskich kolaborantów: węgierskich strzałokrzyżowców, chorwackich ustaszy, walońskich rexistów i rumuńską Żelazną Gwardię; pochwały apartheidu i morderców Eligiusza Niewiadomskiego i Janusza Walusia oraz wywiady z neonazistami, takimi jak William Luther Pierce (autor niesławnych „Dzienników Turnera”, które zainspirowały zamach terrorystyczny w 1995 r. w Oklahoma City; zginęło 168 osób, 680 zostało rannych), a także całe serie artykułów rewizjonistów i negacjonistów Holokaustu. Karbowiak pisze do „Szczerbca” o „ostatniej bitwie II wojny” – „procesie tzw. hitlerowskich zbrodniarzy wojennych w Norymberdze”. Nazywa go „największą farsą sądową ubiegłego półwiecza”, „niebezpiecznym precedensem uderzającym w prawo i państwo”, „zbrodnią dokonaną w majestacie prawa”. Deklaruje, że „zwycięzcy nie byli lepsi od pokonanych”, Rudolf Hess, prawa ręka Hitlera, był „działającym w dobrej wierze ambasadorem pokoju”, a zbrodnią były naloty dywanowe na Drezno czy wydanie władzom ZSRR i Jugosławii członków hitlerowskich formacji kolaboranckich. Cały sąd był możliwy dzięki „poważnej roli Żydów w organizacji procesów”, a „Norymberga była miejscem, gdzie wykreowano oficjalnie religię Holokaustu” i elementem „denacjonalizacji Europy”, czyli „poddania Europy masowej reedukacji (...) polegającej na niszczeniu kultury, tradycji, historii i prawa”. W efekcie „zniszczono więc nie nazizm, lecz prawicę, wartości narodowe, każdą formę rządów niedemoliberalnych i niekomunistycznych”. Mówienie o zbrodniach nazistowskich jest dla Karbowiaka „bzdurą”. Polacy stali po prostu po niewłaściwej stronie w wojnie z Hitlerem. Wojna bowiem „była, jest i będzie (...) instrumentem polityki”, a „jej deprecjonowanie może służyć tylko wyznawcom kultu tzw. moralnej polityki, dziedzicom absurdalnej tezy o podziale wojen na obronne i napastnicze”, tym bardziej że i Polakom przyszłość może przynieść rolę okupanta, więc i nam może przydać się opcja rozstrzeliwania partyzantów. Wywód podpiera tezami hitlerowskiego kolaboranta Maurice Bardacha i znanego negacjonisty Holokaustu Davida Irvinga [i]. „Niczego się nie wypieram” – komentuje po kilku latach Karbowiak. Kiedy sprawa wydostaje się do mediów, członkowie Rady IPN, historycy prof. Andrzej Paczkowski i prof. Andrzej Friszke, są bezlitośni. Pierwszy stwierdza: „To jest zwyczajny negacjonizm, czyli zaprzeczanie nazistowskim zbrodniom ludobójstwa, wybielanie hitleryzmu i Trzeciej Rzeszy”. Drugi dodaje: „rzecz powinna zakończyć się sprawą karną. (…) To sianie nienawiści i obrona hitleryzmu”. Wedle Karbowiaka te opinie to nagonka polityczna, jego wypowiedzi zostały wyjęte z kontekstu, a tak w ogóle to jego teksty były tylko polemiką. Antysemityzm, antykomunizm, autorytaryzm Karbowiak pisze także do innych ultraprawicowych pism. Jego teksty pojawiają się np. w „Glaukopisie”. Można tu znaleźć pochwały przedwojennego ONR, hitlerowskich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej i organizatora pogromu w Myślenicach Adama Doboszyńskiego, ataki na lewicowych dąbrowszczaków uczestniczących po stronie republikańskiej w wojnie domowej w Hiszpanii, „grozę masonerii” i okładki z hiszpańskim dyktatorem gen. Francisco Franco. Karbowiak pisze tam o odpowiedzialnych za czystki etniczne, gwałty i morderstwa serbskich czetnikach i hitlerowskich kolaborantach z Litwy [ii]. Pisuje też do „Templum Novum” [iii]. Czasopismo wydawane jest przez Mariusza Bechtę, historyka z IPN i animatora tzw. Narodowej Sceny Rockowej. W „stajni” NSR można było znaleźć nazistowskie zespoły, takie jak Konkwista 88, Honor, Komora91, Salut czy Gammadion. W samym piśmie czytać można teksty licznych faszystów, negacjonistów i kolaborantów z Waffen SS, jak również samego Benito Mussoliniego. Punkty wspólne tych pism: antysemityzm, antydemokratyzm, antykomunizm i autorytaryzm, a także liczne pozytywne nawiązania do różnych nurtów neofaszyzmu. Zresztą do dziś zainteresowania historyczne Karbowiaka są specyficzne. Jego teksty w tygodniku „Do Rzeczy” czy wypowiedzi na kanałach nacjonalisty Rafała Mossakowskiego dotyczą głównie hitlerowskich kolaborantów. Omawia szeroko litewskie, kozackie, rosyjskie, francuskie, brytyjskie, ukraińskie, łotewskie oddziały Waffen SS. Opisuje nazistowskich kolaborantów z Francji, Białorusi, Ukrainy, Chorwacji, Węgier, Finlandii, Włoch, Brygady Świętokrzyskiej NSZ i Słowacji. Broni też kolaboranta hitlerowskiego Huberta Jura ps „Tom”, odpowiedzialnego za wydawanie Niemcom Żydów, partyzantów lewicowych organizacji GL, AL i osobistych wrogów, skazanego na śmierć nawet przez władze skrajnie prawicowej NSZ. „Czy klęska Hitlera była naszą klęską?” – pyta retorycznie w jednym z programów Mossakowskiego. Antykomunizm zdaje się usprawiedliwiać dla niego wszelkie sojusze i występki. Sam definiuje się jako „konserwatysta”. Jako swoje autorytety podaje Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Charles′a de Gaulle′a, gen. Franco i Augusto Pinocheta. Polityczna miłość od pierwszego wejrzenia W międzyczasie pracuje jako monter instalacji przemysłowych, pracownik myjni samochodowej, pomocnik archiwisty, strażnik miejski, urzędnik w ZUS, zaocznie studiuje politologię. Prawdziwy przełom zawodowy przynosi mu zawiązana w okresie publikowania w „Szczerbcu” przyjaźń z przyszłym posłem Januszem Kowalskim. Ten poznaje go ze swoimi kolegami, późniejszymi radnymi Tomaszami Strzałkowskim i Kwiatkiem. Ta znajomość wyniesie go do urzędów. Zostaje ideowym spiritus movens środowiska opolskich

Neonazistowscy muzycy, śledztwa ABW, prawicowi populiści, negacjoniści Holokaustu, piewcy hitlerowskich kolaborantów, stadionowi chuligani i wilczki Ziobry – to kolejny odcinek brunatnej geografii Polski. Tym razem pod lupę trafia Śląsk Opolski. Jules Michelet zaczynał wykłady o historii Anglii od zdania: „Panowie, Anglia jest wyspą”. Opole zaś, mimo że leży w centralnej Polsce, jest miastem kresowym. Niewiele osób wie, że oprócz wschodnich Polska miała też te północne, południowe i zachodnie. To elementem tych ostatnich był Śląsk Opolski. Kresy polskości, bo o tym źródle tego słowa się często zapomina, to miejsce pogranicza, stykania się kultur, wzajemnego przenikania, ale i konfliktu. Niemcy, Ślązacy i Polacy, a po II wojnie dodatkowo „ci zza Buga” i z centralnej Polski mieszali się na tym terenie, tworząc specyficzną siatkę wielu tożsamości i konfliktów. Na wschodzie Polacy, na zachodzie Niemcy Opole było bowiem kolejno czeskie, polskie, istniało jako samodzielne księstwo, było stolicą Śląska i miastem peryferyjnym, należało do Wazów, Habsburgów i Hohenzollernów. Od siedmiu wieków tu właśnie ścierały się polskość z niemczyzną, a polem bitwy między nimi były kościoły, klasztory, zbory i wsie. Polscy chłopi buntowali się przeciwko niemieckim panom, a potem przeciw Kulturkampfowi. Polscy robotnicy przeciwko niemieckim fabrykantom. Ze Śląskiem Opolskim jest też inny problem. Nie wiadomo bowiem nawet, czy istnieje. A jeśli – to kto właściwie stworzył taką krainę? Lokalni Piastowie? Cesarstwo Niemieckie? Plebiscyt z 1921 r.? A może Jerzy Buzek? Przez wieki polszczyzna była tu archaiczna, świadomość narodowa niska. A jednak lokalsi masowo sprzeciwiali się przyjęciu tożsamości niemieckiej. Podział etniczny szedł wzdłuż linii Syców–Opole–Racibórz. Na wschód od niej Polacy, na zachód Niemcy, choć większość i tak uważała się za Ślązaków, „tutejszych”. Konflikt zaostrzył jednak XIX-wieczny rozwój nacjonalizmów. Niemcy chcieli rozszerzyć na wschód swój Lebensraum, Polacy marzyli o odtworzeniu swojego państwa. Obie nacje pragnęły unarodowić swoje peryferia. A te nakładały się właśnie na Śląsku Opolskim. Konflikt był nieunikniony. A przez wieki wznosiła się w jego cieniu niezwykle symboliczna lokacja – Góra Świętej Anny. Krwawe walki o świętą górę „Tu ma Śląsk swoją Wandę, tu swój Wawel święty” – pisał o niej śląski poeta ks. Norbert Bonczyk. Ważna dla Polaków, Niemców i Ślązaków, w zamierzchłej przeszłości miejsce pogańskiego kultu – to realnie niewielkie, czterystumetrowe wzniesienie stało się w XIX i XX w. areną starcia dwóch środkowoeuropejskich nacjonalizmów. I jest nim do dzisiaj. Przez Kulturkampf, powstania śląskie, PRL aż do ostatnich lat III RP jest miejscem sporu, walki i demonstracji. Ginęli tam Polacy i Niemcy, modlili się zakonnicy, pielgrzymowali wierni, objawiała się św. Anna z Maryją, demonstrowali naziści i neofaszyści. Szczególnie burzliwe w tym miejscu były lata 1919–21, kiedy przez Niemcy przelewała się fala rewolucji i etnicznych napięć. Podczas III powstania śląskiego góra przechodziła z rąk do rąk. Powstańcami, dysponującymi pociągiem pancernym, dowodził ppłk. Franciszek Rataj, ps. „Paweł”. Niemców reprezentował bawarski Freikorps Oberland. Ta ochotnicza formacja złożona z eksżołnierzy nie była zwykłym oddziałem. Założył ją znany okultysta Rudolf von Sebottendorf, służył w niej sam późniejszy Reichsfuhrer SS Heinrich Himmler, a ściśle związany ze ezoterycznym Towarzystwem Thule pułk miał stać się z czasem zalążkiem zarówno SA, jak i NSDAP. Krwawe walki o górę nie przyniosły wyraźnego zwycięzcy. Niemcy świętowali jej zdobycie, pierwsze zwycięstwo po przegranej z kretesem I wojnie. Polacy utrzymanie linii frontu. Jedni spalili Leśną, drudzy spacyfikowali Hołdunów. Tortury, okrucieństwo i egzekucje jeńców zrosiły obficie krwią nowe pogranicze i definitywnie zakończyły istnienie lokalnej wieloetnicznej wspólnoty. Delimitacja granicy skutecznie przedzieliła rejencję opolską, wydzielając z niej pozostający przy Niemcach śląski kadłubek. Więc może to ta bitwa stworzyła Śląsk Opolski? Naziści kontra endecy Ale jednocześnie zaczyna kolejny rozdział walki. Tym razem na symbole. W podarowanym III Rzeszy przez hrabinę von Francken-Sierstorpff z Żyrowej kamieniołomie powstaje nazistowska świątynia ku czci poległych, a góra ma zmienić nazwę z Sankt Annaberg na Ahnenberg (Góra Przodków). Mozaiki, rzeźby wojowników, sarkofagi, najlepsze materiały miały symbolicznie podkreślać niemieckie „kresy wschodnie”, a mauzoleum być przeciwwagą dla pobliskiego katolickiego sanktuarium i klasztoru. Całość zaś stanęła w parku o powierzchni 38 ha. Po drugiej stronie granicy polscy nacjonaliści także rozwijają mocarstwowe ambicje. Dla endeków największym wrogiem były Niemcy, więc zachodniokresowi Polacy robili się tu właśnie endeccy. „Kwestia rozwoju lub upadku potęgi pruskiej” – pisał już w 1902 r. we „Wszechpolaku” Jan Ludwik Popławski – „to kwestia naszej zagłady lub odzyskania naszego narodowego bytu”. Polscy nacjonaliści planowali: mamy odzyskać Pomorze, Śląsk i Prusy Wschodnie. Powołują Związek Obrony Kresów Zachodnich. Organizacja liczy 50 tys. członków. Ma walczyć z germanizacją, promować polskość, wydawać pisma i książki po polsku na terenach pogranicza i wspierać polską edukację. Jedni chcą zatrzymać się z granicą tuż za Opolem, inni – jak Karol Stojanowski, marzą o rozczłonkowaniu Niemiec, przesunięciu granicy aż na Łabę i reslawizacji niemieckich terenów na wzór odrodzenia narodowego zanglicyzowanych Irlandczyków. Temat podejmuje literatura: Pola Gojawiczyńska, Melchior Wańkowicz, Gustaw Morcinek, Jędrzej Giertych. Do II wojny światowej jest to jednak sfera zupełnych marzeń. Piłsudski szuka porozumienia z Niemcami i interesuje się bardziej Wschodem. Wrzesień 1939 r. boleśnie zweryfikuje jego koncepcje geopolityczne. Polska w miesiąc przestanie istnieć. Prezent od Stalina Paradoksalnie dopiero Józef Stalin okaże się prawdziwym realizatorem polskiej „myśli mocarstwowej”. Pokonane w II wojnie Niemcy nie mają wyjścia. Ich bogate ziemie wschodnie, aż po Nysę Łużycką i Odrę, z dobrze rozwiniętą siecią drogową, przemysłem i infrastrukturą, zajęte przed wiekami i zgermanizowane – trafiają pod władanie Polaków. Staną się kluczowym argumentem dla istnienia sojuszu polsko-radzieckiego, który ma gwarantować ich polskość. Podobną rolę ma zacząć pełnić Śląsk Opolski. Z zajętych terenów ma zostać wysiedlone 3,5 mln Niemców. Zewsząd, poza Opolskiem. Żeby Polacy nie zapomnieli, kto dał im ten prezent. Żeby istniał ciągły punkt zapalny. Osiedlają się tam także przesiedleńcy zza Buga i z centralnej Polski, którzy zastępują część wysiedlonych Niemców. W efekcie powstaje jeden z najbardziej wielokulturowych regionów Polski, gdzie prawie 20 proc. ludności stanowią Ślązacy i Niemcy, a kolejne 20 przesiedleńcy. Mauzoleum na Górze Świętej Anny zostaje wysadzone przez saperów wraz ze znajdującymi się w środku sarkofagami. Nowy pomnik, tym razem upamiętniający śląskich powstańców, zaprojektuje sam Xawery Dunikowski. W Polsce Ludowej pomnik na Górze Świętej Anny stanie się miejscem masowych uroczystości podkreślających polskość Śląska, a w III RP – nacjonalistycznych demonstracji. Tu pałeczkę po władzach PRL przejmą Narodowe Odrodzenie Polski, Obóz Narodowo-Radykalny i inni nacjonaliści. Tu także ekolodzy będą blokować budowę autostrady A4, a niemiecka mniejszość – szukać z Polakami pojednania. Spór się jednak nie skończy. Dorzucać do pieca będą lokalni oenerowcy, a prawicowi politycy próbować budować na konflikcie swoją ogólnopolską pozycję. Najpierw w okresie wchodzenia Polski do Unii Europejskiej, a potem przy każdym spięciu na linii Berlin–Warszawa. I mimo że mniejszość się z roku na rok kurczy, dziś za sprawą antyniemieckich działań posła Solidarnej Polski Janusza Kowalskiego wraca na pierwsze strony gazet. Jednocześnie w 22 gminach niemiecki jest językiem pomocniczym w urzędach, a w 28 występują dwujęzyczne nazwy miejscowości. Dzielą też kwestie dawnego niemieckiego majątku, podwójnego obywatelstwa czy poniemieckie pomniki wojenne. Tak więc do dziś, mimo że leży już w centralnej Polsce, Opole jest miastem kresowym. Wszyscy się znają I niezależnie jak bardzo się narażę mieszkańcom, Opole jest miastem małym. Tu wszyscy są blisko. Wszyscy się znają. Nie ma przypadkowych zbieżności nazwisk, zamkniętych szczelnie kręgów. Rzeczy i sprawy widać wyraźnie, chyba że nikt akurat tego nie chce zauważyć. Jak to w małym mieście. Łatwiej jednak w nim dostrzec wszystkie te procesy, które działają też w skali kraju, pasy transmisyjne między skrajną prawicą a tą z głównego nurtu, przenikanie się tych środowisk, które pozwala transferować się autorom publikującym w neofaszystowskim „Szczerbcu”, takim jak Arkadiusz Karbowiak, do głównego nurtu polskiej polityki. Tu dokładniej można prześledzić kariery byłych ekstremistów, takich jak założyciel współczesnej wersji ONR Tomasz Greniuch, przepoczwarzających się w dyrektorów w Instytucie Pamięci Narodowej. To także miejsce, gdzie z dala od uwagi centralnych mediów mogą wzrastać skinheadzkie grupki, które z band chuliganów krok po kroku przekształcają się w ogólnopolskie masowe organizacje. Opisana w kolejnych tekstach z tej serii historia ONR jest tego najlepszym przykładem. Pokazuje ona, jak w takich miejscach jak Opole bliskie są relacje towarzyskie łączące neofaszystów i pozornie głównonurtowych prawicowców, które dodatkowo spina ze sobą lokalny stadion, koncerty i „patriotyczne” demonstracje. Jak służą sobie wzajemnie pomocą, udzielają lokali i działają w tych samych organizacjach. Ekstremiści mówią bowiem wprost bez patrzenia na konsekwencje i konwenanse, co ich „grzeczniejsi” koledzy z okolic PiS mówią o ludziach i świecie prywatnie. Zdewastowana gazeta Dlatego dla mojej pracy nie ma ważniejszego źródła niż prasa lokalna. Tam znaleźć można początki karier wszystkich tych domorosłych trybunów ludowych i „obrońców polskości przed zalewem”, Jakich, Kowalskich, Czerwińskich, Greniuchów i

W latach 90. dwie osoby kształtowały opolską skrajną prawicę. Obaj pochodzą z jednego osiedla, Chabrów, i fascynują się historią. Dla jednego okaże się ona zgubą, dla drugiego trampoliną do władzy. Pierwszy inspirował powstanie ONR, drugi uformował politycznie takich ludzi, jak Janusz Kowalski i Patryk Jaki. Publikujemy pierwszy odcinek cyklu „Nacjonalistyczne Opole, Kowalski i Jaki”. Następny odcinek – jutro na Polityka.pl. Komentarz „Co się dzieje pod świętą górą” – tutaj. Ich losy łączy dziwna zależność. Kiedy jeden idzie jak burza, drugi ma pod górkę. I odwrotnie. Ten, który ma wszystkie predyspozycje, żeby stać się kimś, ostatecznie umiera samotny, pijany i bezdomny. Ten z trudnym startem dziś wydaje publiczne miliony i realizuje swoje marzenie życia – buduje muzeum „wyklętych”. Dariusz Ratajczak i Arkadiusz Karbowiak – jedno małe miasto, dwie równoległe historie. Młodzi gniewni Obaj realnie nie łapią się na festiwal „Solidarności” w latach 1980–81. Ich starsi koledzy są internowani, oni co najwyżej dostają milicyjną pałką. Pod koniec lat 80. system już się sypie. Elity partii i opozycji szykują się do rozmów. Są młodzi i wściekli – „zero ustępstw dla »komuny«!” – dlatego ciągnie ich do radykałów kontestujących „okrągły stół” i „wybory kontraktowe” – Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego, Konfederacji Polski Niepodległej, Stronnictwa Narodowego czy Unii Polityki Realnej Janusza Korwin-Mikkego. To z tych środowisk w dużej większości wywodzić się będzie późniejsza polska skrajna prawica. Kiedy triumfują liberałowie, a lewica „wybiera przyszłość”, wchodzą coraz głębiej w ultraprawicowe kręgi. Niezgoda na „układ” i „postkomunę” doprowadzi ich do odrzucania demokracji i usprawiedliwiania hitlerowskich kolaborantów. Pomidory wielkości małej dyni Ratajczak zapowiada się świetnie. Jego rodzina jest opolską elitą. Ojciec Cyryl bronił przed sądem braci Kowalczyków, którzy w 1971 r. wysadzili aulę Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu. Potem występował jako adwokat w procesach politycznych stanu wojennego. Dziadek Michał był ochotnikiem w wojnie polsko-bolszewickiej. Jego brat Franciszek poległ w powstaniu wielkopolskim, kiedy ze swoim plutonem nacierał na niemieckie prezydium policji. Jego imieniem nazwano ulicę na poznańskim starym mieście. Matka Dariusza pochodziła z Borysławia. Jej ojciec był naftowcem. Od dzieciństwa Darek słyszy, że „nasze kresy Rosjanie nam ukradli”. Dziadek i babcia ciągle mu powtarzają, że na wschodzie ziemia była urodzajna, pomidory wielkości małej dyni. Ojciec opowiada mu o wojnie 1920 r., o swoim powojennym uwięzieniu. PRL-u od dziecka więc nienawidzi. Uczy się za to świetnie. W liceum jest olimpijczykiem z historii. Na studia dostaje się bez egzaminów. Opolską WSP nazywano w mieście „czerwoną Sorboną”. Tu dyplomy zdobywała partyjna nomenklatura. Uniwersytet Wrocławski jest z kolei imienia Bolesława Bieruta. Darek chce zrobić przyjemność ojcu, więc wybiera jego alma mater – Uniwersytet Adama Mickiewicza w mateczniku przedwojennej endecji – Poznaniu. Po studiach wraca do Opola. Tu tymczasem postkomunistyczna WSP wchodzi w fuzję z filią kościelnego KUL-u i powstaje Uniwersytet Opolski. Dawni partyjni stają się liberałami i euroentuzjastami. Ratajczak jest zawiedziony, ale chce pisać doktorat i zatrudnia się na uczelni. Jego promotorem zostaje prof. Stanisław Nicieja, wieloletni rektor uczelni. Dawniej historyk ruchu robotniczego i redaktor partyjnego pisma „Z pola walki”, po transformacji przerzucił się na kwestie „kresowe” i „lwowskie orlęta”. Robi Ratajczaka swoim asystentem. Uczy on historii najnowszej i opiekuje się kołem studenckim. Omawia tam ulubione tematy dzisiejszej prawicy: NSZ, Katyń, „wyklęci”. Pracę doktorską pisze o procesach politycznych w czasach stalinizmu. Nie kryje na uczelni nacjonalistycznych poglądów. Katolicko-narodowe ZChN jest dla niego stanowczo za łagodne. W wyborach 1991 r. ubiega się bezskutecznie o mandat poselski z ramienia Stronnictwa Narodowego „Ojczyzna” i zasiada w jego władzach. Świetnie zna angielski. Zbigniew Górniak, opolski dziennikarz, wspomina: „Z kolegą napisaliśmy żartobliwy tekst: dziesięć najbardziej obiecujących karier. W tej dziesiątce umieściliśmy Ratajczaka”. Jego losy miały się jednak potoczyć zupełnie inaczej. Holokaust: rewizja nadzwyczajna Równia pochyła zaczyna się jesienią 1997 r. Kolega pożycza mu kilka numerów „Stańczyka”. To kwartalnik redagowany przez wrocławskiego monarchistę Tomasza Gabisia, który m.in. publikuje tam w częściach swój esej – Religia Holokaustu. Oskarża w nim Żydów o używanie pamięci o Zagładzie do osiągania doraźnych celów politycznych i uczynienie z Shoah kultu. To jedna z głównych tez rewizjonistów Holokaustu, którym zresztą Gabiś poświęca kolejny numer swojego pisma. Teksty wrocławianina to zręczna żonglerka cytatami, w których mieszają się więzień Auschwitz pisarz Primo Levi i naczelny angielski neonazista Colin Jordan, neofaszystowski miesięcznik „Szczerbiec” i liberalna „Gazeta Wyborcza”, co sprytnie zdejmuje z autora odpowiedzialność, skoro przecież głównie cytuje. Ratajczak po lekturze postanawia pójść w ślady kolegi. W 1999 r. własnym sumptem wydaje w 320 egzemplarzach zbiorek swoich tekstów, opatrując go nazwą: „Tematy niebezpieczne”. Jest przekonany, że to początek wielkiej debaty. Dopiero z czasem przyzna, że opublikowanie tej broszury to najgorsza decyzja w jego życiu. Książeczkę rozdaje kolegom, można ją też kupić w uczelnianym kiosku. Opisuje ona świat przesiąknięty żydowskimi i masońskimi spiskami. Zdaniem Ratajczaka Hitler rozpoczął Holokaust w wyniku Slebsthass, czyli nienawiści do siebie samego, był bowiem wnukiem żydowskiego barona Frankerbergera. Elity III Rzeszy, w tym wydawca nazistowskiego „Stürmera” Julius Streicher, Joseph Goebbels, Hans Frank, Reinhard Heydrich, Adolf Eichmann czy Alfred Rosenberg, to również Żydzi. Opolanin powątpiewa w istnienie komór gazowych, a gaz cyklon B używany do mordowania więźniów nazistowskich obozów określa jako środek dezynfekcyjny. Obficie powołuje się na znanych negacjonistów Shoah, takich jak Paul Rassinier, Robert Faurisson, David Irving czy Ernst Zündel, pamięć o Holokauście nazywa religią i propagandą, które mają cenzurować wolnomyślicieli, a współczesny Izrael to jego zdaniem III Rzesza à rebours. Drugą destrukcyjną siłą są zdaniem Ratajczaka masoni. Nienawidzą oni Kościoła katolickiego, wartości chrześcijańskich, łącząc w sobie gnozę, okultyzm, satanizm, neopogaństwo, new age, protestantyzm i judaizm. Dowodami zaś na to mają być niepoparte przypisami cytaty z „żydowskiego wykładowcy”, „żydowskiego dziennikarza”, „naczelnego rabina”, okraszone dodatkowo homofobią, pochwałami dyktatora Chile Augusto Pinocheta i apartheidu. Niewiele to się w sumie różni od tez takiego Stanisława Michalkiewicza czy Grzegorza Brauna. Był jednak rok 1999. A 18 grudnia 1998 r. uchwalono ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej, w której znajdował się art. 55. Tomasz Wołek: Jak Żyd stawał się wrogiem Trzy posiłki dziennie w KL Auschwitz Książka dostaje się na biurko dyrektora Muzeum KL Auschwitz Jerzego Wróblewskiego. Ten zaś pisze list otwarty do władz uczelni, który przedrukowuje „Gazeta Wyborcza”. Oskarża w nim Ratajczaka o wypaczanie faktów, brak wiedzy historycznej i uznaje, że nie powinien pracować na publicznej uczelni. Wybucha burza. Krytykują w mediach Ratajczaka Władysław Bartoszewski, szef Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu prof. Witold Kulesza i rzecznik prasowy ambasady Izraela Michał Sobelman. Władze uniwersytetu są przerażone. „Dostawałem listy doktorów honoris causa uczelni, że oddadzą tytuły w proteście”, wspomina Nicieja. Ministerstwo Edukacji Narodowej nieformalnie groziło wycofaniem dotacji. Odzywa się też chór obrońców. Ratajczaka wspierają postpaxowska „Myśl Polska”, „Nasz Dziennik” i korwinistyczny „Najwyższy Czas!”. Rafał Ziemkiewicz na łamach „Gazety Polskiej” pisze o „Tematach niebezpiecznych”: „praca historyka ma mieć sens, musi on mieć prawo stawiania rozmaitych tez... i ich weryfikowania”. Bronią go radiomaryjni profesorowie Mirosław Dakowski, Rafał Broda, Peter Raina i Ryszard Bender. Dwaj ostatni zapraszają go na antenę rozgłośni Tadeusza Rydzyka. Tam Bender przekonuje, że w KL Auschwitz były trzy posiłki dziennie, a chorzy dostawali delikatną zupę, mleko i biały chleb, zaś Raina oświadcza, że Polska powinna być dumna z takich historyków jak Ratajczak. W USA powstaje „KOR”, czyli Komitet Obrony Ratajczaka, wsparł go też lider Kongresu Polonii Amerykańskiej Edward Moskal. Ratajczak zostaje w międzyczasie oskarżony o to, że „publicznie i wbrew faktom zaprzeczał zbrodniom nazistowskim popełnionym w okresie II wojny światowej na osobach narodowości żydowskiej”, za co grożą trzy lata więzienia. Przed sądem zeznaje pracownica księgarni. Ratajczak przyniósł do niej pięć egzemplarzy książki. Dwa z nich kupili studenci, trzy opolska prokuratura. Wyrok w pierwszej instancji: umorzenie. Po wyroku gratulują mu na sali sądowej znani antysemici – Kazimierz Świtoń i Leszek Bubel. Ten ostatni wydaje tuż po wyroku ponownie „Tematy niebezpieczne” – tym razem już w nakładzie 30 tys. egzemplarzy. W drugiej instancji Ratajczak zostaje skazany. Sąd jednak odstępuje od wymierzenia kary ze względu na niski stopień szkodliwości społecznej czynu i warunkowo umarza postępowanie na okres jednego roku. Ratajczak musi zapłacić 300 zł na rzecz domu dziecka w Tarnowie Opolskim oraz koszty sądowe – 82 zł. Doktor szur Jednocześnie Ratajczak zostaje zwolniony z uniwersytetu. Resort edukacji zakazuje mu wykonywania zawodu nauczyciela przez trzy lata. Już wie, że szybko nie wróci na uczelnię. Polonijne wydawnictwo „Miecz i Pług” wydaje mu wówczas kolejną książkę – „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne”. Tu już historyk zupełnie popuszcza sobie cugli. Mamy tam całe „Stürmerowe” bingo: prawowitymi dziedzicami Starego Testamentu są chrześcijanie, natomiast Żydzi są odszczepieńcami, bo wybrali „wściekle antychrześcijański Talmud”,

cross-posted from: https://szmer.info/post/46147 > Zajęcie czyjegoś terytorium wymaga wprowadzenia tam żołnierzy, a co za tym idzie, także ciężkiego sprzętu, dla którego jedną z najbardziej skutecznych barier stanowią wody, lasy i bagna. A to punkt, w którym obronność spotyka się z ochroną przyrody. > > Gdy 24 lutego rozpoczęła się rosyjska inwazja na Ukrainę, jedno z głównych uderzeń agresora było skierowane z Białorusi na Kijów. Jeszcze w trakcie gromadzenia rosyjskich wojsk wokół Ukrainy analitycy zwracali uwagę, że ważną rolę w ewentualnej wojnie odegrają warunki terenowe i pogoda. Ukraina jest w przeważającej części rolniczym krajem, jednak wzdłuż północnej granicy ciągnie się pas lasów, często także terenów podmokłych. > > Trzeciego dnia wojny Marcin Wyrwał, korespondent Onetu, pisał: „Kijów tak dobrze broni się przy przeważających siłach wroga, ponieważ o ile od południa jest naturalnie zabezpieczony przez wojska, o tyle dojścia od Białorusi są bardzo utrudnione. Są tam rzeki, bagna, „Morze Kijowskie” [sztuczny zbiornik wodny na Dnieprze]. Od strony północnej do Kijowa prowadzą tylko trzy drogi”. Krótko potem świat ujrzał satelitarne zdjęcia konwoju rosyjskich pojazdów wojskowych, zmierzającego w stronę Kijowa, który utknął na kilkanaście dni w postaci ponad 60-kilometrowego korka. > > Najwyraźniej, mimo zamiany koni z czterema nogami na konie mechaniczne, pod pewnymi względami niewiele zmieniło się w mobilności wojsk od czasów, gdy na ciemne i gęste lasy Galii narzekali rzymscy legioniści. Podczas wojen w Wietnamie dżungla zniwelowała przewagę nasyconych nowoczesnym sprzętem regularnych wojsk Francji, USA i Wietnamu Południowego nad wręcz prymitywnymi pod tym względem partyzantami Wietminhu i Wietkongu. > > Gąsienice a błoto > Pojazdy wojskowe z zasady są terenowe. Odczytywanie tego jako zdolności do swobodnego poruszania się poza drogami może być jednak mylące. Inaczej takie pojazdy przemieszczają się po polu uprawnym, po którym z założenia musi jeździć traktor, a inaczej po puszczy i bagnach. Dobre wyobrażenie o tym daje zajrzenie do portalu Youtube, gdzie setki filmików dokumentują zmagania ciężarówek do transportu drewna z błotami tajgi. Gazy, Krazy i Urale, obowiązkowo z napędem na wszystkie koła i ogumieniem wielkości dorosłego człowieka, z ledwością pokonują liczony w metrach odcinek w czasie, w którym po drodze przejechałyby wiele kilometrów. > > Gąsienicowe pojazdy pancerne są obecnie tak ciężkie, że i dla nich pokonanie bagien to mordęga. Poligonowe wideo serwuje uniwersalny przekaz. Amerykański Abrams – zakopany w błocie, niemiecki Leopard – czeka aż wyciągnie go inny czołg, o ile ten drugi też nie ugrzęźnie. Nawet lżejszego rosyjskiego T72 spotyka taka sama historia. > > Miłośnicy polskiej kinematografii znają scenę z „Rozmów kontrolowanych”, w której czołg T55 z lekkością kładzie kilka cienkich drzew. Jednak sforsowanie w taki sposób ciągnącego się kilometrami dorosłego lasu pozostaje skrajnie trudne. > > Aby mówić o sprawnym marszu na dłuższe odległości, terenowe pojazdy potrzebują stabilnego i bezleśnego podłoża, a najlepiej jakiejś formy drogi, choćby prymitywnej. Również przez szeroką rzekę można przerzucić most pływający, ale nie ma podobnego sposobu na rozległe bagna. W tym sensie połączenie wody z lasem, czyli w strefie klimatu umiarkowanego – torfowiska, pozostają najbardziej uciążliwą barierą dla wojsk lądowych. Można oczywiście niejako przeskoczyć lasy i bagna, przewożąc pojazdy wojskowe śmigłowcami i samolotami, jednak takie rozwiązanie ma szereg minusów. Podwyższa to znacząco koszty operacji, lotnictwo jest podatne na zestrzelenie, a nawet gdy zakończy przerzut z sukcesem, i tak nie dostarczy na pole walki sprzętu tej klasy i w tej ilości, co lądem. > > Są lasy i lasy > Ziemie na północ od Kijowa to jedne z najdzikszych terenów Ukrainy. Są tam rezerwat przyrody, park krajobrazowy i park narodowy, a także obszar znany od ponad trzydziestu lat z wtórnej niezamierzonej dzikości – strefa wykluczenia wokół byłej czarnobylskiej elektrowni jądrowej. Po stronie białoruskiej też ciągną się rozległe tereny podmokłe, które już w czasie drugiej wojny światowej zdobyły sławę jako dalece kłopotliwe dla ruchu wojsk. > > Gdy coraz więcej ludzi całkiem na serio zastanawia się, czy inwazja Rosji na Polskę jest realna, podąża w ślad za nim pytanie, czy możemy liczyć na podobną naturalną barierę co Kijów. Ważne może okazać się szybkie zrozumienie potencjału, jaki dla obronności ma ochrona przyrody. Z jednej strony, obszary przylegające do granicy z Rosją i Białorusią to pojezierza i Podlasie, znane z dużej liczby rzek, jezior i lasów. Z drugiej, trzeba pamiętać, że las lasowi nierówny. Województwa podlaskie i warmińsko-mazurskie mają lesistość ok. 31 proc., czyli niewiele więcej niż średnia dla całego kraju, natomiast województwo lubelskie – jedynie 23 proc. > > Istniejące w Polsce trendy to systematyczny wzrost powierzchni lasów, a także terenów zurbanizowanych kosztem użytków rolnych. Niestety, sposób zarządzania lasami gospodarczymi sprawia, że daleko im do puszczy z prawdziwego zdarzenia. Aby sprawnie wywozić drewno, drzewostany są pocięte siatką dróg leśnych, których standard wykonania pozwala na poruszanie się pojazdami szosowymi. Symbolem takich działań stała się modernizacja – poszerzenie i utwardzenie – Drogi Narewkowskiej przez środek Puszczy Białowieskiej, którą Lasy Państwowe zrealizowały przy olbrzymim sprzeciwie organizacji proprzyrodniczych i środowisk naukowych w latach 2018–19. > > – Nasze kontrole wykazały, że Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Białymstoku masowo stosuje rębnie zupełne, czyli w uproszczeniu wyręby wielkopowierzchniowe, w lasach wodochronnych, w tym w olsach [las bagienny z przewagą olszy czarnej], co powoduje degradację terenów podmokłych – mówi Adam Bohdan z fundacji Dzika Polska. > > Z punktu widzenia leśnika, który ma za zadanie optymalizować pozyskanie drewna, dobry las to taki, w którym łatwo wyciąć drewno i łatwo je z niego zabrać, a zatem przypominający pole uprawne. Na takim podejściu cierpi jednak ekosystem. > > Trudno też zakładać, że polski las gospodarczy stanowiłby tak skuteczną barierę dla pojazdów wojskowych, jak dzikie ostępy Polesia, mimo że na mapie kompleksy leśne, jak Puszcze Augustowska, Knyszyńska czy Romincka wyglądają obiecująco. Także poza lasami bagna są zagrożone osuszaniem. > > – Liczba terenów podmokłych w Polsce spada. Mimo że Podlasie ma więcej mokradeł niż średnia krajowa, ten niekorzystny trend je także obejmuje. Od około 2010 r. mamy do czynienia ze zintensyfikowaniem meliorowania torfowisk i terenów podmokłych – mówi prof. Wiktor Kotowski z Uniwersytetu Warszawskiego. > > Ostatnio jednym z najgłośniejszych przypadków osuszania terenów podmokłych było kopanie rowów odwadniających na obszarze bagna Wizna. Ostatecznie, za sprawą interwencji obrońców przyrody, decyzją Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska prace te wstrzymano. Niestety, jak podkreśla Adam Bohdan, zanikaniu mokradeł sprzyja polityka Wód Polskich, które nakazują właścicielom oraz dzierżawcom gruntów udrażnianie rowów melioracyjnych. > > Ochrona to obrona > Zupełnie inaczej sytuacja ma się na terenach objętych najwyższymi formami ochrony przyrody, czyli w rezerwatach i – w szczególności – w parkach narodowych, które z założenia mają stanowić obszary możliwie najbardziej naturalne. Oczywiście, spełniają one swe zadanie tylko wówczas, gdy zakładane normy ochrony przyrody są tam rzeczywiście respektowane. Jednak parki narodowe stanowią jedynie niespełna jeden procent powierzchni Polski, a za sprawą przepisów, uzależniających powstanie bądź poszerzenie parku narodowego od woli samorządów gminnych, od ponad 20 lat nie utworzono u nas ani jednego parku narodowego, mimo że nadal mamy wiele potencjalnych lokalizacji, jak choćby planowane Mazurski Park Narodowy czy poszerzenie Białowieskiego. > > Dotychczas argumenty środowisk naukowych i miłośników przyrody, skupione na samym ekosystemie i aspektach klimatycznych, trafiały w próżnię. Aspekt militarny pozostawał dotąd praktycznie niezauważony przez żadną ze stron, ale za sprawą ukraińskich doświadczeń szybko się to zmienia. 9 marca tego roku Adam Bohdan razem ze Zbigniewem Szczęsnym skierowali uwagi na temat potrzeby ochrony i odtwarzania dzikich lasów oraz mokradeł do komisji sejmowej, pracującej nad ustawą o obronie Ojczyzny. > > – Nie udało się ich uwzględnić w pierwszej wersji ustawy, ale otrzymałem informację, że członkowie komisji będą o nich pamiętali podczas kolejnej nowelizacji ustawy. Mówił też na ten temat Bartłomiej Sienkiewicz podczas kongresu programowego Platformy Obywatelskiej – relacjonuje Bohdan. Mimo że spora część pasa nadgranicznego na odcinkach rosyjskim i białoruskim stanowią pola uprawne, tak naprawdę wystarczyłoby zaniechać ich użytkowania i skończyć z regulowaniem rzek, aby w perspektywie końca obecnej dekady od potencjalnych wrogów oddzielał nas pas młodych, lecz gęstych lasów, do tego głównie podmokłych. > > – Północno-wschodnia ćwiartka naszego kraju ma relatywnie dużo torfowisk, z których większość jest osuszona i aż prosi się o powtórne nawodnienie. Poza bagnami w zasadzie cały obszar Polski porósłby lasem, gdyby pozostawić go procesom naturalnym. Odtworzenie dzikich lasów i mokradeł wzdłuż granic pozwoliłoby na osiągnięcie aż czterech pilnych celów: zwiększenia retencji wód, zmniejszenia emisji CO², wzrostu potencjału obronnego, a w końcu odzyskania siedlisk ginących gatunków roślin i zwierząt – różnorodności biologicznej, która przecież jest wartością samą w sobie – mówi Kotowski. > > Aktualnie na tę olbrzymią wartość zwracają uwagę nie tylko miłośnicy przyrody, ale i coraz więcej liderów światowej polityki, co ma wyraz w propozycjach objęcia co najmniej 30 proc. powierzchni Stanów Zjednoczonych jakąś formą ochrony przyrody do 2030 r., czy o wytyczeniu podobnych norm w ramach Unii Europejskiej. > > Kwestie obronności w globalnym ujęciu stanowią tylko kroplę w morzu argumentów przemawiających za bezkompromisową ochroną przyrody. Ale lokalnie, jak u nas, to argument bardzo poważny. > > Polityka 20.2022 (3363)
2
Bagna, a wojna

cross-posted from: https://szmer.info/post/45088 > Proszę zapiąć pasy przy fotelach i kanapach. Będziemy oglądać rosyjską telewizję. > W tych dniach rosyjskie media mają niełatwe zadanie. Wykazać, że Rosja nie atakuje Ukrainy, tylko się przed nią broni. A choć nie atakuje, jej wojska posuwają się naprzód. Rosyjscy żołnierze niszczą wyłącznie cele wojskowe, a ludności cywilnej pomagają. Zachodnie sankcje nie szkodzą rosyjskiej gospodarce, wręcz przeciwnie, zdecydowanie ją umacniają. A w ogóle to nie ma żadnej wojny, życie toczy się normalnie, jest tylko operacja wojskowa, która przebiega sprawnie i zgodnie z planem. > > ✰ Przed tą rakietą nie ma obrony > Jak media sobie z tym radzą? O czym informują, a o czym nie? Obejrzyjmy rosyjski dziennik telewizyjny, powiedzmy, z dnia, kiedy Rosjanie oficjalnie ogłosili zajęcie Mariupola. „Nowosti”, magazyn informacyjny Pierwszego Kanału, wydanie wieczorne, przynosi następujące wiadomości (staram się oddać stylistykę oryginału): > > ✰ Siły rosyjskie przejęły kontrolę nad Mariupolem. Władimir Putin nie widzi powodu, żeby szturmować Azowstal – ten ostatni obszar, gdzie bronią się ukraińscy naziści, lepiej zablokować. > > ✰ W wyzwolonych rejonach Mariupola rosyjscy żołnierze ratują udręczonych ludzi, którzy znajdowali się pod ostrzałem ukraińskich snajperów. > > ✰ Zachodnia prasa pod wrażeniem prób z nową rosyjską bronią – najpotężniejszą w świecie międzykontynentalną rakietą supersoniczną Sarmat, przed którą nie ma obrony. > > ✰ Szef firmy Transnieft informuje Władimira Putina, że zadania w dziedzinie zaopatrzenia w ropę rynku krajowego i zagranicznego są w pełni wykonywane. > > ✰ Pożar w Centralnym Instytucie Naukowo-Badawczym Wojsk Obrony Powietrzno-Kosmicznej. Instytut mieścił się w starym budynku z drewnianą więźbą dachową, pożar szybko ugaszono. > > ✰ Dostawy artykułów spożywczych na rynek wewnętrzny będą w pełni zabezpieczone – informuje premier Miszustin. Produkcja żywności w roku bieżącym będzie nie mniejsza niż w ubiegłym. > > ✰ Na ekrany wchodzi film „1941. Skrzydła nad Berlinem” – o mało dotychczas znanym wyczynie radzieckich lotników, którzy na początku wojny przeprowadzili pierwsze bombardowanie stolicy faszystowskich Niemiec. > > Warto przyjrzeć się bliżej tym wiadomościom i sposobowi, w jaki są podawane. Oto słynna już scena, w której Siergiej Szojgu, minister obrony, melduje Władimirowi Putinowi o zajęciu Mariupola. Obaj są w cywilnych ciemnych garniturach, siedzą naprzeciwko siebie przy stoliku, Szojgu w okularach i ze zwitkiem papierów w rękach, w tle antyczne bibeloty, wygląda to, jakby zaufany główny księgowy składał sprawozdanie prezesowi firmy. > > Wszystkie światowe telewizje pokazały fragmenty tej sceny. W rosyjskiej relacja była znacznie dłuższa. Widz mógł cieszyć się wrażeniem, że znalazł się w samym sercu centrum decyzyjnego, że dopuszczono go za kurtynę tajemnicy wojskowej. Szojgu tłumaczy, dlaczego opanowanie Mariupola było tak ważne. To miasto przekształcono w twierdzę, w potężny ośrodek wojskowy, wyposażony w ciężką artylerię i rakiety, zagrażający terytorium Rosji. Rakieta Toczka U ma zasięg 120 km, tłumaczy minister, a do Taganrogu są 94 km. Putin ze zrozumieniem kiwa głową. Prawie całe miasto jest już pod kontrolą naszych sił, mówi Szojgu, resztki sił ukraińskich kryją się na terenie zakładów Azowstal, na ich zajęcie potrzebujemy 3–4 dni. Nie widzę celowości szturmowania tych zakładów, mówi Putin, nie ma sensu pełzanie po tych podziemnych korytarzach. Prikazywaju otmienit’, rozkazuję odwołać, mówi cichym, spokojnym głosem, otoczcie te zakłady tak, żeby mucha nie mogła tam przelecieć. A otoczonym zaproponować jeszcze raz poddanie się, zapewnić, że będą traktowani zgodnie ze wszystkimi właściwymi konwencjami. > > Widzowie mogą być dumni ze swego wodza – podejmuje decyzje stanowczo, ale rozważnie, wrogowi nie odpuści, ale nie szafuje życiem swoich żołnierzy, nieprzyjaciela każe traktować humanitarnie. > > ✰ Po co ta wojna? > Zestaw wiadomości podany przez ten dziennik jest typowy dla zawartości rosyjskich programów informacyjnych czasu wojny. Mamy mądre, sprawne i silne przywództwo, broń, której nikt się nie oprze, gospodarka działa normalnie. Ale jak wytłumaczyć ludziom, dlaczego ta wojna w ogóle wybuchła? Przecież nijak nie da się ukryć, że to Rosja wkroczyła na teren Ukrainy, a nie odwrotnie. Skoro zaś Rosja ma najlepsze rakiety na świecie, to może ukraińskie Toczki U nie są jednak dla niej takie groźne? > > W tłumaczeniu przyczyn podjęcia „operacji specjalnej” stosowana jest żelazna zasada propagandy: powtarzać i upraszczać, upraszczać i powtarzać. Tak żeby nawet dziecko zrozumiało. No właśnie. Wszystkie rosyjskie telewizje przekazały relację ze spotkania z uczestnikami programu „Rosja – kraj możliwości”, na którym Władimir Putin „po raz kolejny”, jak podkreślono, wyjaśnił przyczyny rozpoczęcia operacji. Tym razem – odpowiadając na pytanie uczennicy, która przed ośmioma laty musiała wyjechać z rodzicami z Ługańska do Sewastopola, bo w Ługańsku ciężko się żyło pod ukraińskim ostrzałem artyleryjskim. Dziewczynka mówi, że do dziś boi się na przykład huku pękającego balonika, bo przypomina jej tamten straszny czas. „Przez te osiem lat sytuacja tylko się pogorszyła – tłumaczy Putin, po ojcowsku patrząc na dziecko. – Właśnie tragedia, która dokonywała się w Donbasie, a w szczególności w Ługańskiej Republice Ludowej, skłoniła, po prostu zmusiła Rosję do rozpoczęcia tej operacji wojskowej. Jej celem jest udzielenie pomocy ludziom żyjącym w Donbasie, naszym ludziom, takim jak ty. > > – Wszyscy wierzą – mówi dziewczynka – że dzięki Rosji nastanie pokój. > > – Tak właśnie będzie” – odpowiada wzruszony Władimir Władimirowicz. > > Telewizja regularnie relacjonuje, jak toczy się ta walka o pokój. W programie „Wielka gra” eksperci, pochyleni nad wielką mapą Ukrainy, komentują ruchy wojsk. – Mamy drugą fazę operacji specjalnej – tłumaczy specjalista od spraw wojskowych. Rozpoczęły się uderzenia w sieć kolejową i węzły kolejowe Ukrainy. Chodzi o zablokowanie zaopatrzenia dla frontu. Trwa precyzyjny ostrzał zgrupowań wojsk, punktów dowodzenia i stanowisk ogniowych nieprzyjaciela. To przygotowanie do fazy przełamywania, po której nastąpi okrążenie, rozczłonkowanie i unicestwienie sił przeciwnika. > > Ciąg dalszy – po przerwie reklamowej. Uprzejmy, uśmiechnięty prowadzący kulturalnie moderuje dyskusję. Atmosfera taka, jakby omawiano, powiedzmy, zmierzającą do sukcesu kampanię żniwną. W programie analizuje się też sytuację międzynarodową. To, co dzieje się na Ukrainie, to tylko element wielkiej gry politycznej toczącej się w skali światowej. Niezwykle ważny element, który może zadecydować o dalszym przebiegu tej gry. Eksperci wyjaśniają, o co w niej chodzi. – Ameryka chce narzucić swój porządek światu. Mówić wszystkim, jak mają żyć. Narzucić swój system powiązań gospodarczych i polityczną hegemonię. Tylko częściowo jej się to udaje. Część świata wyswobadza się z amerykańskich wpływów. Możemy ten proces nazwać nową dekolonizacją. > > Ale jest też nowa neokolonizacja – umacnia się hegemonia Ameryki nad jej najbliższymi sojusznikami. W świecie rosną napięcia. Ameryka, rządzona przez prezydenta, który jest sklerotycznym fajtłapą, może je tylko potęgować, nie jest w stanie zrobić dla świata nic pożytecznego. Ale jest zdolna do tego, by zbroić Ukrainę, żeby narobiła Rosji problemów. > > ✰ Wiadomości prawdziwe i nie > Telewizja pokazuje też okrutne oblicze wojny. Widzowie oglądają te same obrazy co my. Zrujnowane domy, przytłoczone nieszczęściem kobiety z dziećmi kryjące się w piwnicach, wystraszony kotek na zgliszczach. Tylko komentarz jest inny. Domy zburzone są przez ukraiński ostrzał artyleryjski albo dlatego, że kryli się w nich ukraińscy żołnierze („nacjonaliści, naziści”), którzy wygonili ludzi do piwnic, albo używali ich jako żywych tarcz. „To, co teraz najważniejsze w Mariupolu – tłumaczy reporter „Nowosti” w relacji z miejsca walk – to uratować ludzi, którzy w piwnicach domów w pobliżu Azowstalu przez cały ten czas byli faktycznie więźniami nazistów. Siedzieli w ciemnościach, wyczerpani i zastraszeni przez ukraińskich snajperów, którzy strzelali do każdego, kto ośmielił się wyjść na zewnątrz, nie szczędząc kobiet ani starców”. > > Reporter przeprowadza krótki wywiad ze starcem, któremu przestrzelono nogę, kiedy wyszedł w poszukiwaniu wody. – Przecież snajper widział, że niosę baniak na wodę, a jednak strzelił – skarży się starzec. W innym programie inny starzec skarży się, że snajperska kula urwała mu palec, kiedy szedł do polikliniki. W wielu relacjach widzimy kobiety i dzieci wychodzące z piwnic i dziękujące żołnierzom za wyzwolenie. Albo ludzi dziękujących za dostarczoną przez żołnierzy pomoc humanitarną – chleb, wodę, kaszę. Dziewczyny przyjaźnie machające do pędzących czołgów z literą „Z”. > > ✰ Antifejki > To jakieś ustawki, fake newsy? No skąd, rosyjskie media walczą z fake newsami. Służy temu między innymi cykliczny program „Antifejk”, nadawany w Pierwszym Kanale. Pamiętają państwo informację o zbombardowaniu Teatru Dramatycznego w Mariupolu, koło którego był wyraźnie widoczny z powietrza napis „Dzieci”, i w którego podziemiach chronili się cywile? W „Antifejku” zdemaskowano tę informację jako fake news. Naoczny świadek, który przebywał w podziemiach teatru, a potem udało mu się przedrzeć na wyzwolone przez Rosjan obszary Donbasu, opowiada, jak było naprawdę. Wybuch był, nie da się ukryć, przecież pół teatru rozwalone. Ale czy od bomby? Jak wybucha bomba, to wszystkie domy dookoła są zburzone, a tu w pobliskich budynkach nawet szyby z okien nie wyleciały. A wokół teatru w dniach przed wybuchem kręcili się ukraińscy żołnierze. Wchodzili nawet do środka i nie wiadomo dlaczego fotografowali żyrandol w sali widowiskowej. A raz podjechał czarny jeep, a w nim żołnierze w czarnych mundurach – „nie naszych, natowskich jakby” – precyzuje świadek. > > Wypowiada się też świadek inny – tym razem nie naoczny, ale taki, który znał kucharza przygotowującego posiłki w teatrze. Otóż ten kucharz opowiadał, że w przeddzień wybuchu widział żołnierzy z pułku Azow, którzy wnieśli do teatru jakie

Minister czarnek nie życzy sobie promowania uczniów nieznających polskiego. My nie życzymy sobie promowania ministra czarnka
cross-postowane z: https://szmer.info/post/33268 > (proszę o kolektywizację)


🥺 proszę o kolektywizację 🙏

Przekupywał zachodnią prawicę i działał w Polsce. Oligarcha Putina do zadań specjalnych
Konstantin Małofiejew i jego Cargrad mieli za zadanie rozbijać Unię Europejską poprzez finansowanie polityków z kręgu Matteo Salviniego czy Marine Le Pen, co ujawnili właśnie ludzie Michaiła Chodorkowskiego. Ale oligarcha działał też w naszym kraju, m.in. w kręgu bliskim Ordo Iuris

Wiceszef partii Zmiana pochwalał mord na Ukraińcach. Prokuratorce wystarczył tydzień, by umorzyć śledztwo
cross-postowane z: https://szmer.info/post/16950 > Za paywallem, niech ktoś coś... [@Pajonk@szmer.info](https://szmer.info/u/Pajonk)

Wyciąganie artykułów zza paywalla
!antipaywall

    Tutaj można prosić o wyciągnięcie rzeczy zza paywalla, a dobre osoby z dostępami mogą te prośby spełniać

    • 0 users online
    • 1 user / day
    • 1 user / week
    • 1 user / month
    • 8 users / 6 months
    • 57 subscribers
    • 55 Posts
    • 95 Comments
    • Modlog