• 831 Posts
  • 369 Comments
Joined 1Y ago
cake
Cake day: Mar 08, 2022

help-circle
rss

Tak i nie. Co innego trendy, co innego indywidualne decyzje. A z trendów - młodzi są młodzi i zachowują się jak młodzi. Są bardziej ufni, skłonni do ryzyka, mniej się przejmują potencjalnymi niebezpeczeństwami. Jak każde pokolenie przed nimi i zapewne każde po nich ;p My (moje pokolenie w sensie, mam 40 lat) wychowaliśmy się w innej rzeczywistości, bez wszechobecnego monitoringu, mimo że ochrony danych jako takiej praktycznie nie było, to jednak Orwell wciąż jawił się jako przerażająca wizja, a nie normalny element rzeczywistości. A współczesna młodzież wyrastała w świecie, w którym ich dane stanowiły zwykły towar, taka rzeczywistość otacza ich odkąd pamiętają. Więc nie przeszkadza im masowe wysyłanie danych do Chin przy używaniu takiego np. Tik-Toka. I może dlatego nie ma teraz tak masowych protestów przeciwko kontroli czatu, jakie były przeciwko ACTA. A z drugiej strony - i to już niezależnie od wieku - dochodzi kwestia ekonomiczna, przez aplikację jest zwykle taniej i sorry, ale na teksty typu “jak można sprzedawać swoje dane!” może sobie pozwolić dzieciak (lub dorosły) z bogatego domu, przy obecnej sytuacji ekonomicznej przeciętny człowiek musi jednak oszczędzać na wszystkim. Btw - przy pandemii i zdalnym nauczaniu wiele osób z naszego pokolenia nie mogło zrozumieć, że ktoś nie ma komputera, albo że ma w domu za mało komputerów. Że jak to tak i że przecież dzisiaj komputer to podstawa, jak można nie mieć. No właśnie można, bo wielu osobom wystarczał smarfon. A smartfon=aplikacje. Władze polskie uznały niedawno, że nie ma sensu, by strony polskiej administracji były dostosowane do urządzeń mobilnych - zamiast tego chcą dążyć do sytuacji, w której do wszystkiego będzie osobna aplikacja. No i zanim zaczniemy narzekać na młodzież - większość moich znajomych to ludzie z mojego pokolenia, tak +/- 15 lat. I większość zdecydowanie używa fb. Wiesz, ile jest osób z mojej okolicy - czy to bliskiej geograficznie, czy powiązanej na zasadzie “mieszkamy trochę dalej, ale nasze dzieci chodzą do tej samej szkoły”? Zero. Na jednej grupie rodzicielskiej jestem, bo jest na fb, a to mogę sobie mieć stacjonarnie na komputerze. Na drugiej mnie nie ma - bo jest na whats upie, a nie chcę tego gówna na tel. instalować. Był jakiś podcast technologiczny, z ludźmi obcykanymi w temacie technologii itp., prowadzący zapytał, jakie aplikacje mają poinstalowane. Wszyscy, łącznie z tymi zawodowo siedzącymi w temacie prywatności i cyberbezpieczeństwa, mieli whats upa.


obstawiam, że to bardziej kwestia rodzaju konstrukcji i użytych materiałów niż tego, czy i w jaki sposób się łóżko otwiera. My mieliśmy otwierane w podobny sposób, z ikei, użytkowane 3 czy 4 lata (do czasu wyprowadzki) i było ok, tyle, że trzeba było gdzieś (już nie pamiętam gdzie, ale chyba właśnie przy tym “guziku” do otwierania) podłożyć jakąś szmatkę żeby nie skrzypiało przy intensywniejszym użytkowaniu. Jeśli masz mało miejsca, to rozwiązaniem może być też wyższe łóżko z pustą przestrzenią pod spodem i poupychanie tam kartonów itp.





oraz niewyjaśnionych zaginięć. Ale na logikę - to ta statystyka ma sens. Analogicznie jak z wypadkami drogowymi, których w trakcie pandemii było mniej, bo ludzie siedzieli pozamykani w domach. A jak siedzieli pozamykani i stłoczeni w domach, bez możliwości, żeby zmienić środowisko lub po prostu wyjść i ochłonąć, to zwiększyła się liczba morderstw


Kiełbasa wyborcza kiełbasą wyborczą, jak się zanstanawiam, co te laptopy będą miały preinstalowane


a którykolwiek dostawca usług mailowych nie oddaje? To raczej ochrona przed niepaństwowymi atakami. W kontekście służb chodzi o to, że proton jest pod szwajcarską jurysdykcją, więc służby nie czytają wiadomości na żywo, jak przy np. twitterze czy messenerze - prozaicznie papierkologia przy międzynarodowej współpracy służb chwilę zajmuje. Ciekawa jestem, po jakim czasie od wpłynięcia takiego wniosku proton może użytkownikowi dać znać. Jedno, co mnie w protonie denerwuje, to szyfrowanie - ponoć (testowałam 1:1 więc to nie jest wiarygodna badawczo grupa użytkowników ;p) jak się szyfruje gpg, to proton dokłada do tego jakieś swoje własne szyfrowanie i odbiorca się musi mocno napocić, żeby odszyfrować wiadomość. Dla osoby nietechnicznej to może być nie do ogarnięcia. A propo Szwajcarów - jak oceniasz komunikator threema?










uwzględniając podejście Muska do pracowników to wspomniana różnica jest bardzo istotna i jest kolejnym argumentem za zbanowaniem bota - Musk za cholerę nie chciałby się wykosztowywać na to, żeby komuś za to wszystko płacić, przestrzegać praw pracowniczych itp. :-)


  1. a są odpowiednio oznaczone? niby są podpisane, ale…trochę brakuje innego wyróżnika, ktoś może masowo czytać komentarze nie zwracając uwagi na podpisy 2) ChatGPT twierdzi, że jest tylko programem językowym, czy jakoś tak, bez dostępu do internetu (a może do wyszukiwarki? nie pamięta…) - skąd więc wziął się na szmerze? To trochę jak polityk, który twierdzi, że wspiera ideę, przyjdzie na demo - bez swojego logo, a potem wpierdala się z transparentem z logo swojej partii. No nie ufałabym 3) uwzględniając, że przy produkcji ChatGPT stosowano wątpliwe moralnie i pracowniczo praktyki, to czy nie jest tak, jakbyśmy wpuszczali do sekcji komentarzy kogoś o nicku “Nike jest super!” czy tam “przedstawiciel Microsoftu”? 4) najważniejsze. Nie wiem, czy dobrze kojarzę - ale czy to OpenAI, do którego należy chatGPT, to nie jest jakaś fundacja Muska? Czyli że po prostu Musk wpuścił sobie…hmm…jawniaka na szmer, by ten jawnie uczył się i zbierał informacje, które potem zgromadzi sobie w USA, przetworzy w sobie znany sposób, dorzuci do tego filozofię “wolność słowa by Musk i Trump” i sprzeda, by na tym zarobić, a zarobione pieniądze włoży w biznesy, które z jednej strony będą interesujące i innowacyjne, ale z drugiej - okupione łamaniem praw pracowniczych i całym “muskizmem”?

Można by też rozkminiać, czy banując nie dokonalibyśmy dyskryminacji ze względu na bycie sztuczną, a nie biochemiczną formą inteligencji, ale na tym etapie to (chyba?) jeszcze sf.

3 rzeczy przemawiają dla mnie za pozostawieniem: 1) można go nakarmić lewicowym podejściem 2) lepszy jawny chatGPT niż ukryty udający człowieka 3) konkurencyjność względem innych socialmediów, które pewnie nie będą mieć podobnych dylematów i znów skończymy na “facebook jest fajniejszy od szmeru, bo na facebooku jest chat gpt”

Zgłaszając jawny sprzeciw wyszłabym na hipokrytkę - osobiście z różnych biznesów Muska korzystam, ten chat GPT (tylko mi odruchowo, jak to piszę, wychodzi “chat gpg” i muszę poprawiać?) też testowałam, ale chyba po prostu co do zasady, z racji, że to szmer i fediversum, wolałabym jeśli już, żeby sztuczną inteligencją tutaj reprezentowaną był jakiś wolnościowy europejski odpowiednik, niż amerykański wynalazek Muska. Niedawno wrzucałam tutaj tekst “nie karm Google’a” - i chyba wolałabym, żeby analogicznie szmer nie karmił Muska…


  1. zarodek to nie “druga osoba” 2) równie “empatycznie” podchodzisz do tasiemca czy pcheł? Bo to też życie “drugiego stworzenia”. 3) chcesz wsadzać wszystkich mięsożerców do więzień? 4) o “komforcie” można kurwa mówić, jak ktoś zrezygnuje z wyjścia z domu w deszcz, żeby się zaszyć pod kołdrą z ciepłą herbatą, a nie w przypadku zgwałconego dziecka będącego w ciąży 5) jak ktoś ma “konflikt dóbr”, to szuka pracy, w której ten konflikt nie występuje. Jakoś nie słyszałam, by wegetarianie masowo pracowali w marketach by tam odmawiać kasowania mięsa na kasie, Świadkowie Jehowy jako chirurdzy - bo odmawiać wykonania operacji a ekolodzy w kopalni węgla brunatnego, by tam protestować przeciwko obowiązkom zawodowym. Znęcanie się nad tą dziewczynką to nie “konflikt dóbr”, a wybujałe ego i fanatyzm religijny. Jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności słysząc o tego typu przypadkach nie słyszymy o ekologach czy ŚJ, tylko o przedstawicielach pewnej popularnej w Polsce religii…



cross-postowane z: https://szmer.info/post/249860 > cross-postowane z: https://szmer.info/post/249859 > > > wie ktoś, o co chodzi w tym projekcie? to tylko na pierwszy rzut oka wygląda na "jak ktoś udostępni video pokazujące policję pałującą demonstrantów, to go zamkniemy za piractwo"? > > > > Widzę tylko "informacje o inicjatywie", a nie mogę się do tekstu źródłowego dokopać

cross-postowane z: https://szmer.info/post/249859 > wie ktoś, o co chodzi w tym projekcie? to tylko na pierwszy rzut oka wygląda na "jak ktoś udostępni video pokazujące policję pałującą demonstrantów, to go zamkniemy za piractwo"? > > Widzę tylko "informacje o inicjatywie", a nie mogę się do tekstu źródłowego dokopać

wie ktoś, o co chodzi w tym projekcie? to tylko na pierwszy rzut oka wygląda na "jak ktoś udostępni video pokazujące policję pałującą demonstrantów, to go zamkniemy za piractwo"? Widzę tylko "informacje o inicjatywie", a nie mogę się do tekstu źródłowego dokopać




metadane metadanymi, ale w szyfrowanie treści też bym specjalnie nie wierzyła. W najlepszym wypadku skończy się jak z whats upem. Ale używać nie przestanę, podobnie jak nie zrezygnuję z fb. To nie kwestia zaufania do Zuckerberga, a pragmatyzmu i nieodcinania się od ludzi.




szerszy problem, a przez twittera czy inne tego typu serwisy daliśmy się wtłoczyć w szufladki i polaryzację. Wśród osób od “ekologia tak, ale nie kosztem wzrostu gospodarczego” będziesz mieć i prezesa korpo, i pracownika tejże korpo zasuwającego za najniższą krajową. A największy ból dupy, poza władzami, i tak będą mieć zwykłe trolle, dla których ekologia=lewactwo=LGBT i Putin.


Ja nawet nie wiem, co to znaczy “z wolnościem” - założyłam, że to coś związanego z wolnością, z gramatyki młodzieżowej i dlatego mi się skojarzyło, że chodzi o przyciągnięcie młodych. A czy i na ile młodzi się tym interesują - dobre pytanie. Ogólnie jest trochę społeczności dot. cyfryzacji, a jednocześnie mam wrażenie, że jakby pojawiła się wiadomość w stylu “bezpieczna aplikacja, która ułatwi niepełnosprawnym załatwienie sprawy w urzędzie” - to do żadnej by do końca nie pasowało. Do wolnego internetu nie, jeśli nie byłaby otwartoźródłowa, do cyberbezpieczeństwa też niekoniecznie, jeśli byłaby sensownie zrobiona, tutaj podobnie - jeśli ktoś uznałby, że nie narusza jego wolności. Czasami na siłę gdzieś teksty podczepiam. I na wszelki wypadek subskrybuję wszystkie 3 społeczności, żeby czegoś istotnego nie przegapić :-)



Googlowi tak bardzo zależało na nadmorskim terenie - mówi Wylie - że powiedziało ludziom wszystko to, co Ci chcieli usłyszeć. Na otwartym spotkaniu zapytałam “Jaki jest właściwie wasz model biznesowy?” Odpowiedzieli: “Wynajmujemy przestrzeń.Tworzymy infrastrukturę. Idziemy w badania i rozwój. Polegamy na technologii” Zapytałam: “a czego właściwie nie robicie?” Wszystko było zawsze utrzymywanie w bardzo odważnej i elastycznej formie. Przypatrywanie się temu, jak Google każdego dobra publicznego, każdej pozytywnej narracji używało jak broni dla osiągnięcia swoich celów, naprawdę robiło wrażenie - mówi Wilie. Celem Google jest pieniądz. W Toronto chodziło też o upragnione przez Waterfront posiadanie nieruchomości, ale przede wszystkich także o rozwijanie produktu. Toronto miało stać się labolatorium. Przecież sami tak to nazwali. Ten autonomiczny system ruchu drogowego, który chcieli rozwijać - przecież to się nie rozwija w małej przestrzeni, do tego potrzeba miasta. A rząd chciał im to miasto dać. Własna, wolna od regulacji, otwarta przestrzeń jako strefa testowa googlowego systemu ruchu ulicznego. Systemu, który można następnie, jako produkt, wprowadzić do katalogu i potem sprzedawać na całym świecie. Zapakowanego w piękne słowa o wspólnocie i zrównoważonym rozwoju. Ale sednem sprawy jest zysk.

Kiedy zaczęłam pisać teksty krytykujące projekt, media zawsze publikowały krytyczne artykuły z pięknymi grafikami Sidewalk Labs dostarczanymi przez Google - mówi Bianka Wylie. W ten sposób media przejęły wizualną opowieść Google’a. Wprawdzie artykuły przeczytało wiele osób, ale sto razy więcej obejrzało obrazki: drewniane domy nad wodą, bawiące się dzieci, latające środki transportu. I i tym sposobem media zapytały ludzi: “przecież to wygląda wspaniale! gdzie tu problem?” Łatwo było utrzymać dyskusję w tym miejscu - przy drewnianych budynkach, zautomatyzowanych pojazdach i dostawach paczek, podziemnym systemie usuwania śmieci bez śmietniów i ulicami, które same roztapiają śnieg. Demokratyczna odpowiedzialność czy rozliczalność nie są tak łatwo uchwytne. - mówi Wilie. I przez to trudniej rozmawiać o istocie problemu. Sprawę prywatności - że nie chce się żyć pod stałą inwigilacją Google’a - ludzie zrozumieli dość szybko. W tej dyskusji zabrakło jednak kwestii podstawowej: jeśli ktoś już jest w obszarze danych i pyta, w jaki sposób można realizować ich wymianę, to oddalił się już od postawowej kwestii: czy w ogóle powinno się to robić. Jakie byłyby rzeczywiste korzyści dla ludzi? Pod koniec było już jasne, że Sidewalk Labs nie jest zainteresowane zabudowaniem tylko pierwotnej działki. Chcieli dużo więcej ziemi. A to nie spodobało się mieszkańcom. - mówi Bianka Wylie. Plan projektu, który ostateczne został przedstawiony, zawierał wiele niepoprawnych założeń finansowych. Ludzie uznali, że to zły układ. Że nie chodzi tylko o ochronę danych. I to połączyło ludzi technologicznych i nietechnologicznych.

"Ludzie umierają zimą na naszych ulicach. A tu ma powstać prywatny projekt za miliardy, z którego korzyść publiczna jest niejasna. Labolatorium, w którym wiele rzeczy w ogóle nie mogłoby działać - jak to samoodśnieżanie się ulic. Coraz wyraźniej było widać, że ludzie z Google’a nie mają żadnej wiedzy na temat urbanistyki. Było tak wiele problemów. Oczywiście dopiero w trakcie planowania zdali sobie sprawę, że istnieją praktyczne powody, dla których miasta nie robią tych wszystkich rzeczy, o których Google mówi, że powinny robić. Część z tego ma związek z kosztami, infrastrukturą, planowaniem, zależnościami między ruchem drogowym a zabudową mieszkaniową, jak chociażby dostępnością dla wozów strażackich. To złożone i skomplikowane kwestie. A Google nie ma najwyraźniej żadnego doświadczenia w tym obszarze. Specjaliści od urbanistyki i projektowania krajobrazu stwierdzili: “To rzekome miasto przyszłości wcale nie jest innowacyjne”. I w końcu Google, po masowych protestach w Toronto w maju 2020 r., się poddało. Jako oficjalny powód podało Pandemię COVID-19.

To, że taki atak prywatyzacyjny Google’a był w ogóle możliwy, ma pewną logikę. Jesteśmy finansowo spłukani. Ogólnie rzecz biorąc, oszczędzamy, a struktura technologiczna jest prywatyzowana: kable głębinowe, satelity, chmury. Nie możemy realistycznie oczekiwać, że w 2023 r. rządy otworzą swoje kiesy i zainwestują miliardy w technologie publiczne. A przecież pragmatycznie byłoby przeciwwstawić się przytłaczającej władzy Big-Techów. Musimy odejść od idei własności na rzecz idei [publicznego] zarządzania - mówie Wylie. Musimy się zapytać, jak możemy połączyć wykorzystanie technologii z organami władzy publicznej i oddziaływaniami społecznymi? Innymi słowy - chodzi o to, by nad tym, co już istnieje, była większa kontrola publiczna. Problemem jest dziś - aktywistka, że poprzez potęgę Big-Techów praktycznie i w oczywisty sposób ma się automatycznie wrażenie, że technologia oznacza kapitalizm inwigilacji. Ale to byłoby zbyt proste. Napisanie programu działającego w sposób nieuczciwy, nie jest z zasady kapitalistyczne. A program można napisać w taki sposób, żeby był publiczny i funkcjonalny, tak jak każda inna infrastruktura. Rząd, sektor publiczny i społeczeństwo muszą móc sami sformułować wymagania. Kiedy jako urbanistka wierzysz w przestrzeń publiczną dla wszystkich, musisz brać udział w rozmowach na temat monitoringu albo zdecydować: co to oznacza organizowanie posiedzeń za pośrednictwem Zoom’a? Albo, jako dyrekcja szkoły zapytać się siebie samej, co oznacza korzystanie z Google-classroom. Jeśli firma technologiczna zawiera kontrakt z władzami publicznymi, to te muszą jej przecież powiedzieć, jak to ma działać. I nie chodzi o firmę. Nie musi się to też odbywać w języku specjalistycznym. Wyrażenie krytyki wobec technologii nie ma nic wspólnego z wrogością wobec innowacji. Technologia jest świetna, ale nie może być jedyną opcją. Wszystkie usługi publiczne muszą być także dostępne w trybie offline.

To, co stało się w Toronto, ten prywatyzacyjny atak Google’a na centralne elementy demokracji, nigdy nie powinien był mieć miejsca. Doszło do błędu, gdy rząd ogłosił przetarg na ogromny projekt deweloperski, szukając kogoś, kto pomoże państwu rządzić i kontrolować przestrzeń miejską za pomocą technologii, zamiast samemu zdobyć wiedzę i zająć się tym we własnym zakresie. Co zamiast tego było ogłoszeniu: “szukamy kogoś, kto pomoże nam ustalić zasady i normy”. Ale nikt nie dał publicznego przyzwolenia na przekazanie centralnych funkcji publicznych. To systemowy problem w Toronto i w innych miejscach, w których powraca ten temat: w Holandii, w Kanadzie, w Anglii: państwa, które pozwalają Googlowi na transferowanie setek milionów czy nawet miliardów nadwyżek na Bermudy z pominięciem organów podatkowych, tak, że im [państwom] samym coraz bardziej brakuje pieniędzy na inwestycje. Potem przychodzi to samo Google i w imię postępu, dobra wspólnego i zrównoważonego rozwoju oferuje wkroczenie tam, gdzie brakuje pieniędzy na inwestycje, aby przejąć zadania państwa, zebrać jeszcze więcej danych, zarobić jeszcze więcej miliardów i wyprowadzić jeszcze więcej unikając podatków, aż w pewnym momencie nie zostanie nic poza Googlem.


to akurat standard w retoryce krytykujących protesty. “Młodzież”, “gówniarze” itp. Największy miałam ubaw, jak rzecznik policji pierdolił coś o “młodzieży” czterdziestoparoletniej - a w tamtych czasach policjant w tym wieku mógł już odejść na wcześniejszą emeryturę. No i dla równowagi warto dodać, że ucząca się dorosła młodzież też jest nieraz krytykowana (już nie w kontekscie protestów) za to, że uczy się, zamiast “brać się do roboty” (i to niezależnie od tego, czy krytykowana osoba oprócz studiów ma też pracę zarobkową, czy nie)


“W porządku, nikt nie śledzi tego, co piszę na te tematy — spoko. Ale jako żywo, jeśli kwestionuję szkoły społeczne (konkretne!), to za ich klasizm i ekskluzywność, a nie za ich kooperatywność. Chętnie się dowiem, gdzie i kiedy „negowałem” kooperatywy rodzicielskie (czy inne) jako takie.” Na Mastodonie, podczas dyskusji o Lex Czarnek. Rozwijam: wiele osoób decyduje się na pozasystemowe rozwiązania edukacyjne, m. in. właśnie kooperatywy rodzicielskie (sorry, chcesz czy nie - to jednak wciąż “ekskluzywne” rozwiązanie, większość uczniów uczy się stacjonarnie w szkołach rejonowych) czy inny tryb edukacji domowej. A że w Polsce masz formalny obowiązek szkolny, dziecko w ED musi być gdzieś zapisane - zwykle do szkoły prywatnej czy społecznej mającej doświadczenie i rozeznanie w ED, bo rejonówki rzadko ogarniają temat. Rodzice decydujący się na taką formę realizacji obowiązku szkołego są zwykle mniej lub bardziej wkręceni w tematykę edukacyjną - uwzględniają ją przy wyborach politycznych, głosują na kandydatów, którzy będą im mniej sprawę utrudniać, wywierając na polityków naciski, by taka forma edukacja pozostawała wciąż legalna, organizują kampanie informacyjne i protesty, gdy Czarnek chce ED ukrócić itp. Przy dyskusji na ten temat na mastodonie krytykowałeś ich postawę w formie sprowadzającej się do “powinni wziąć sprawy w swoje ręce, zamiast zajmować się polityką”.


Uffff…czyli po prostu złego sformułowania użyłeś. Chodziło Ci o decydowanie się na dzieci czy tam posiadanie ich w przyszłości. Jest sporo argumentów za, sporo przeciw, ale tak czy inaczej to (i wszelkie okoliczności z tym związane - od “chcą, ale nie mogą” po “lekarz z sumieniem zmusił do porodu”) każdego człowieka prywatna sprawa. Ale napisałeś o posiadaniu - a to ma zupełnie inny kontekst. Dzieci posiadane już istnieją. Jeśli nie chcesz posiadać dzieci, bo uważasz, że świat, na który je sprowadziłeś, zmierza do katastrofy, wojny itp. (tudzież myślisz tak, bo obowiązki rodzicielskie Cię przerastają) - no to wnioski co do Twoich planów same się nasuwają. Nie napisałam “że jakbym mogła to wezwała bym policję”, ale że jakby komentarz był bardziej jednoznaczny (czyli napisane wprost coś w stylu “chcę zabić dzieci, żeby uchronić je przed złem tego świata”) i nie miałabym innej możliwości interwencji, to wezwałabym policję. Podtrzymuję to. Do samobójcy na moście też bym wezwała, zamiast krzyczeć “skacz, bo ludzie się spieszą”. To nie jest kwestia lubienia czy nielubienia policji, nasyłania czy nie, a ratowania życia.