• 28 Posts
  • 9 Comments
Joined 7 miesięcy temu
cake
Cake day: lis 01, 2021

help-circle
rss

Élisabeth Borne przyrównywana jest do wielofunkcyjnego szwajcarskiego scyzoryka. Czy poradzi sobie z niezwykle wymagającymi zadaniami, w tym najtrudniejszą reformą kraju? Po zwycięstwie wyborczym prezydent Emmanuel Macron zdecydował się wreszcie na wybór nowego szefa rządu. Została nim 61-letnia Éli…



W czasie ostrzału Charkowa na wschodzie Ukrainy rosyjska armia zniszczyła bank roślinnych zasobów genowych, jedną z największych takich instytucji na świecie, której zasoby chroniły nawet hitlerowskie Niemcy w czasie II wojny światowej - przekazał dr Serhij Awramenko z Narodowej Akademii Nauk Ukrain…


Akcesję do NATO jednoznacznie popierają główne siły polityczne w obu nordyckich krajach. Po drugiej stronie negocjacyjnego stołu takiej jedności nie ma – głównie za sprawą groźby tureckiego weta. Zperspektywy Sztokholmu i Helsinek kwestia wejścia do NATO wydaje się przesądzona. W niedzielę 15 maja o…


Były prezydent Brazylii znów ubiega się o urząd. Sondaże dają mu przewagę nad Jairem Bolsonaro, niespecjalnie szkodzą mu nawet antyukraińskie wypowiedzi o wojnie. To polityczne zmartwychwstanie rodem z filmu. Luiz Inácio Lula da Silva, legenda za życia, swego czasu symbol triumfu ruchów robotniczych…



cross-posted from: https://szmer.info/post/46147


Zajęcie czyjegoś terytorium wymaga wprowadzenia tam żołnierzy, a co za tym idzie, także ciężkiego sprzętu, dla którego jedną z najbardziej skutecznych barier stanowią wody, lasy i bagna. A to punkt, w którym obronność spotyka się z ochroną przyrody. …


różni od tego, co widziałam na własne oczy. Rzeczy, których nie da się „odzobaczyć” albo „odsłyszeć”. Ale po drugiej stronie jest bohaterstwo, miłość i poświęcenie, jest to, o czym mówiłam, że nie da się tego zniszczyć – człowieczeństwo.

Dlaczego w ogóle wyjechała pani studiować do Rosji? To były czasy pierestrojki. Znalazłam się w Moskwie kilka miesięcy po nieudanym puczu Janajewa, kiedy Rosjanie byli głodni wszystkiego: otwarcia na świat, zachodnich idei, demokracji. Spotkałam wolontariuszy, którzy mnie wciągnęli w pomoc charytatywną. Wynajmowaliśmy mieszkanie przy dworcu. Na Dubrowce widziałam Politkowską. Miałam pełną świadomość, co się dzieje, ale robiłam swoje – pracowałam z bezdomnymi dzieciakami. Żeby je wyciągnąć z piekła.

Co przyniosło wspomnianą nominację oscarową. Jak to wpłynęło na pani karierę? Gdybym wygrała, może byłabym w innym miejscu swojego życia. Jak się nie wygra, nikt nie czeka, nie dzwoni. Trzeba dużej odporności i samokrytycyzmu. Pokory.

Dobrze rozumiem: sama nominacja nie sprawia, że się otrzymuje lawinę propozycji? Może dlatego, że wszystko robię sama. Nikt za mną nie stoi. W Polsce studiowałam wcześniej aktorstwo. Wyrzucono mnie po pierwszym roku z warszawskiej PWST. Powiedzmy, że źle zdałam egzamin. Nie mogłam sobie potem znaleźć miejsca. Postanowiłam wyjechać do Stanów, potem do Australii, aż wylądowałam w Rosji.

Pogodziła się pani, że nie jest aktorką? Trudno mi się było z tym pogodzić, mimo że stoję po drugiej stronie kamery i wiem, jak niewdzięczny bywa zawód aktora.

Próbowała pani wrócić? Byłam uzależniona od grania. Chodząc samotnie po ulicach czy plaży, odgrywałam jakieś sceny. Żeby pójść dalej, musiałam to odciąć. Bolesne, ale tylko tak można się otworzyć na coś nowego.

Gdyby miała pani reżyserować film w Polsce, to o czym? Gdyby ktoś zaproponował mi scenariusz niekomercyjnej fabuły, chętnie bym to rozważyła. Dokumenty są wspaniałe, wielkie, ważne. Jednak chciałabym się zmierzyć z kinem mistycznym w stylu „Zbrodni i kary”.

ROZMAWIAŁ JANUSZ WRÓBLEWSKI


Hanna Polak (ur. 1967 r.) – polska reżyserka, producentka, operatorka. Nominowana do Oscara i Emmy (w dwóch kategoriach) za „Dzieci z Leningradzkiego”. Ukończyła Instytut Kinematografii Federacji Rosyjskiej (WGIK) na wydziale operatorskim. Za swoje działania charytatywne Polak została uhonorowana nagrodą Złote Serce i Kryształowym Zwierciadłem miesięcznika „Zwierciadło”. Od wielu lat działa na rzecz bezdomnych dzieci na całym świecie. Jej film „Anioły z Sindżaru” będzie miał premierę podczas Millennium Docs Against Gravity – festiwal rozpoczyna się 13 maja.

Polityka 20.2022 (3363) z dnia 10.05.2022; Kultura; s. 77 Oryginalny tytuł tekstu: “Promień w ciemności”


Prawie każda wojna zaczyna się od propagandy i dzielenia społeczeństw na nienawidzące się plemiona – mówi Hanna Polak, autorka „Aniołów z Sindżaru”, jednej z najbardziej oczekiwanych premier festiwalu Millennium Docs Against Gravity. JANUSZ WRÓBLEWSKI: – Po co nam kolejny film o ludobójstwie?..



Kiedy Rosjanie obalą Putina? Nie wiadomo. Ale po 24 lutego nie ma już odwrotu z tej drogi.

Rosja stanie się inna bez Putina, czy będzie jak schyłkowy ZSRR, gdzie Breżniewa zastąpił Andropow, Andropowa – Czernienko i dopiero po nich pojawił się Gorbaczow, aż wreszcie przyszedł Jelcyn? Jest parę scenariuszy. Putina może obalić jeden z generałów, chcący zostać nowym dyktatorem. Ale to się nie sprawdzi, bo Putin zbudował ten system dla siebie. Dawno pozbył się wszystkich, którzy go mogli zastąpić. Bardziej prawdopodobne jest przejęcie władzy przez juntę kilku generałów. To się szybko wyczerpie, bo wszyscy oni są bardzo niepopularni, a Rosję czekają ciężkie czasy. Pod wpływem niepokojów będą się więc nawzajem obwiniali i eliminowali, aż wszystko się rozpadnie. Trzeci scenariusz jest taki, że zgodnie z konstytucją władzę przejmie premier, czyli Michaił Miszustin, i żeby się dogadać z Zachodem, a jednocześnie zapobiec wielkim protestom, ogłosi nowe, bardziej wolne wybory.

Czyli liberalizacja? Która takim reżimom zwykle wymyka się spod kontroli. Widzieliśmy to podczas pierestrojki i podczas rewolucji francuskiej. Bo takie reżimy niemal zawsze zaczynają się zmieniać zbyt późno i robią to za wolno.

Wtedy pan wróci do Rosji? Może. W naukach społecznych wiemy, że takich zmian nie da się zaplanować. Ale jako były główny ekonomista EBOiR współtworzyłem zespół, z którym opracowaliśmy plan odbudowy Ukrainy po wojnie. To była propozycja nie do odrzucenia – podobnie jak kiedyś oferta Nawalnego. Myślę, że zanim wrócę do Rosji, razem z innymi ekonomistami zajmę się pomocą Ukrainie. To jest mój obowiązek jako ekonomisty, jako Europejczyka i jako obywatela Rosji.

ROZMAWIAŁ JACEK ŻAKOWSKI


Zapada się w izolację i biedę, spin dyktatura się kończy, zastępuje ją staromodna dyktatura strachu, która może się jakiś czas utrzymać, ale będzie tylko coraz biedniejsza, okrutna, izolowana.

Dla Rosji to kolejna nieudana próba modernizacji. Iwan Groźny, Piotr Wielki, Mikołaj II, Lenin, Gorbaczow, Putin – każdy na swój sposób próbował dogonić Zachód. Część z nich już-już witała się z gąską, i wtedy wybuchał kryzys, który wszystko niszczył. Pan jest Osetyńczykiem, a nie Rosjaninem, ale zna pan Rosję na wylot. Co z nią jest nie tak? Nic. Po prostu wciąż ma ustrój, który hamuje jej rozwój. Wzrost gospodarczy wynika z inwestycji i wolnej przedsiębiorczości. Rosja miała okresy wielkich inwestycji, ale to były inwestycje państwowe albo mocno kontrolowane przez państwo. Wolność, także gospodarcza, zawsze była ograniczona albo jej wcale nie było. Ochrona własności i spójności społecznej, rządy prawa, konkurencja zbudowały potęgę Zachodu – a w Rosji zawsze ich brakuje. Od caratu po Putina rządziły skorumpowane, niekompetentne reżimy duszące innowacje i inicjatywę. Rezultat nie może nikogo dziwić.

Klątwa wiecznej tyranii? To samo mówiono o wielu innych krajach, zanim się zdemokratyzowały.

Niektóre – jak Turcja, Węgry, Polska – na krótko. Południowa Korea zawsze była dyktaturą, zanim stała się demokracją. Szwecja też. I Niemcy. Na świecie jest dużo więcej demokracji niż 200 lat temu, 100 lat temu, 50 lat temu. Jak trochę pożyjemy, zobaczymy demokratyczną Rosję. Jestem tego pewien.

To jest dobra wiadomość dla Rosji i zła dla Putina. Z pewnością.

Zatem, pana zdaniem, Putin jest w tragicznej sytuacji. Nie może utrzymać popularności bez wzrostu gospodarczego, a gospodarka Rosji nie będzie mogła rosnąć, dopóki będą trwały autorytarne putinowskie rządy. Dokładnie. Rozeszły się interesy Putina i Rosjan. On dąży do maksymalizacji swojej osobistej władzy. Rosjanie chcą lepiej żyć. Przez pierwsze 10 lat rządów Putina te cele były zbieżne, bo eksport surowców wystarczał, by ograniczać biedę. Putin był wtedy naprawdę popularny. Potem korupcja, cenzura, tuczenie oligarchów i ich otoczenia kosztem pozostałych Rosjan zatrzymały wzrost. Im mocniejszy był Putin, tym słabsza była rosyjska gospodarka. Wojna ten proces zradykalizowała. Wszyscy widzimy, jak Putin niszczy Ukrainę bombami i rakietami. Ale w mediach nie widać, jak bardzo niszczy Rosję. Setki tysięcy młodych rosyjskich profesjonalistów uciekło już za granicę. Rosyjska gospodarka jest izolowana i coraz bardziej niszczona przez zerwanie powiązań ze światem.

Nie z całym światem. Ze światem rozwiniętym. Putin wzmacnia relacje z niektórymi mniej rozwiniętymi krajami. To może robić wrażenie w ONZ, bo podczas głosowań widać, że nie jest całkiem sam. Ale rozwoju to Rosji nie przyniesie. Co Rosja może im sprzedać? Surowce, broń, bardzo proste produkty. One mogą jej zaoferować to samo. Przez jakiś czas to wystarczy, by Rosja się nie cofała cywilizacyjnie. Ale rozwoju nie da. A Zachód będzie szedł do przodu.

Powtórka z późnego ZSRR? Mniej więcej. Ale zerwanie powiązań z Zachodem już powoduje największą recesję od początku lat 90. Po 23 latach niepodzielnego rządzenia Putin doprowadził Rosję do sytuacji, w jakiej przejmował władzę i za wyjście z której zyskał popularność. Przez lata można było wierzyć, że to, co dla Putina dobre, jest też dobre dla Rosji. Atak na Ukrainę zakończył ten etap. Co dobre dla Putina, stało się złe dla Rosji.

Czy Putin to rozumie? Rozumie. Ale jest pytanie, co widzi, patrząc w lustro i jak to sobie tłumaczy.

I? Mówi sobie, że są sprawy ważniejsze niż PKB. Powtarza, że Rosja jest dumnym krajem, że ważniejszy jest jej imperialny duch, że Rosjanie muszą oprzeć się Zachodowi, bo taka jest ich historyczna misja. Oczywiście wie, jak dużo Rosję kosztuje jego władza i wojna. Ale uważa, że warto tę cenę zapłacić i w ostatecznym rachunku Rosja na tym zyska. Bo jedyną alternatywą, jaką potrafi sobie wyobrazić, jest triumf amerykańskiego imperializmu, eksploatowanie rosyjskich bogactw przez Zachód i zacieśnienie natowskiego pierścienia wokół Rosji. Jeśli coś naprawdę go teraz przeraża, to perspektywa szybkiego przystąpienia Finlandii i Szwecji do NATO. Nawet jeżeli ma jakieś taktyczne sukcesy w Ukrainie, strategicznie skutki wojny są dokładnie przeciwne do jego intencji. Ukraina konsoliduje się przeciw Rosji. NATO się przybliża i mocniej integruje. Zachód porzuca rosyjskie surowce. Rosja się kompromituje i gospodarczo degeneruje. Druga armia świata trzeci miesiąc gnije w ukraińskim błocie, nie radząc sobie z oporem wielokrotnie mniejszej Ukrainy.

Ta wojna jest tragedią Ukrainy, niszczy Rosję, szkodzi całemu światu, bo przez nią rosną ceny energii i żywności. Ale jest też optymistyczna iskierka mająca istotne znaczenie. Przez dwie dekady świat był pod rosnącym wrażeniem sukcesów spin dyktatur, które opisał pan w książce z Danielem Treismanem. Czy skutki i limity największej spin dyktatury uwalniają nas od złudzenia, że spin dyktatorzy są alternatywą, która zastąpi przestarzałą zachodnią demokrację rynkową? Taka jest pointa książki. Spin dyktatury są tak samo ślepą uliczką, jak wcześniejsze dyktatury strachu, komunizm czy faszyzm. Na początku mogą robić wrażenie systemów efektywnych. Przez jakiś czas bywają nawet prawdziwie efektywne. Ale nieuchronnie dążą do samozniszczenia, bo wyczerpują zasoby. Żeby się rozwijać, potrzebują ludzi wykształconych, a ludzie wykształceni buntują się albo emigrują do wolnego świata. Im społeczeństwo jest bardziej rozwinięte, tym większa jest cena kontrolowania go. Wreszcie koszty stają się większe niż korzyści. To jest nieusuwalna wewnętrzna sprzeczność każdej dyktatury, co najlepiej widać na Kubie i w Wenezueli.

Idąc tą drogą, upadł blok sowiecki, a wcześniej frankistowska Hiszpania i salazarowska Portugalia. Teraz tą drogą idą wszystkie postsowieckie spin dyktatury, na czele z putinowską Rosją.

Turcja też. Turcja to dziwny przypadek. Erdoğan łączy spin z terrorem i pozorami demokratycznej wolności. Więzi tysiące profesorów, sędziów, opozycjonistów. Kontroluje i represjonuje media. Ale – inaczej niż Putin – przegrał ostatnio wybory w pięciu największych miastach. Turecka opozycja nie została zapędzona do niszy. To jest przypadek graniczny. Skutek jest podobny jak w Rosji – pogłębiający się kryzys gospodarczy, nieusuwalne napięcie maskowane prężeniem muskułów i wciąż silne poparcie dla władzy. Ale warto patrzeć na Armenię, której dyktator w 2018 r. próbował wprowadzić pozorną demokratyzację i musiał odejść pod wpływem masowych protestów, kiedy po wygranych przez jego partię wyborach mianował się premierem, choć wcześniej obiecał, że przejdzie na emeryturę. Demokratyzacja Armenii pokazuje, jak może wyglądać dobry kres spin dyktatur.

Kazachstan jest na tej drodze. Nie jest jeszcze demokracją, ale wszedł na drogę, którą może pójść Turcja i także Rosja po wojnie.

Antony Blinken mówi, że Rosja jej nie wygra. Co to by miało oznaczać? Spin dyktator nie może przegrywać. Musi wciąż snuć opowieść o swoich sukcesach. Każdą porażkę przedstawia jako zwycięstwo. Ale są granice odwracania kota ogonem. Putin nie może powiedzieć Rosjanom, że wojna nic nie dała i skończyła się powrotem do granic z 24 lutego. Musi chociaż trochę ziemi przyłączyć do Rosji.

Donbas? Przynajmniej część Donbasu, a może Naddniestrze. Wtedy powie: zdobyliśmy nowe ziemie, obroniliśmy naszych braci w Donbasie, zdobyliśmy Chersoń, więc mamy wodę dla Krymu, zniszczyliśmy infrastrukturę faszystom i odepchnęliśmy NATO – czyli znowu sukces!

Rosjanie to kupią? Może nawet większość. Ale to nie będzie koniec. Zachód uzna to za brutalne złamanie prawa międzynarodowego i utrzyma sankcje, a putinowska Rosja stanie się klasyczną dyktaturą strachu. Bo kogo obchodzi Chersoń, kiedy płace spadają, ceny rosną, w sklepach pusto, nie ma mowy o zagranicznych wakacjach, nawet sportowcy nie ruszają się z kraju. Z miesiąca na miesiąc Chersoń będzie się stawał mniej ważny, a pustoszejące lodówki będą coraz ważniejsze.

To będzie koniec „nieliberalnej demokracji” jako kuszącej alternatywy dla demokratycznego kapitalizmu? Definitywny koniec. Spin dyktatury się skończą, jak skończył się sowiecki komunizm.

Dobry car rozdający prezenty stanie się okrutnym carem rozdającym ciosy. Miejsce spin doktorów zajmą szpicle i policjanci z pałkami. I co? Obaj wyrośliśmy w podobnym systemie. On nie może trwać wiecznie. W XXI w. jest znacznie mniej trwały niż w XX w. Wtedy jedynym źródłem niezależnej wiedzy było zachodnie radio. Teraz są media internetowe i VPN. YouTube wciąż działa w Rosji legalnie. Bo po zablokowaniu Instagrama ludzie masowo włączyli VPN i zakaz jest nieskuteczny. Nie mówię, że łatwo będzie dotrzeć do większości Rosjan, ale będzie nieporównanie łatwiej niż 30 czy 50 lat temu.

Czy Putin – jak Pinochet, Honecker, Jaruzelski – gotów będzie w takiej sytuacji ustąpić? Nie. Już jest oskarżony o zbrodnie wojenne i jego otoczenie także. Nikt nie ustępuje, żeby iść do więzienia. Ale ludzie mu bliscy mogą go aresztować. Chociaż to wydaje się nieprawdopodobne, jak każdy pałacowy przewrót, dopóki się nie zdarzy. Może dojść do masowych protestów, których policja nie będzie już chciała tłumić. To też dziś wygląda nierealnie, ale podobnie było podczas ukraińskiego Majdanu i bardzo wielu innych rewolucji. Tak przecież obalono słynny mur berliński. Ceauşescu też nie zamierzał ustąpić, a Rumuni obalili jego reżim w trzy dni.


Sergei Guriev, profesor ekonomii, były doradca prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa i były główny ekonomista EBOiR, o tym, co może czekać Putina i Rosję pod jego dyktatorskimi rządami. JACEK ŻAKOWSKI: – Czy 9 lat po ucieczce z Rosji potrafi pan jeszcze zrozumieć Putina?..



Proszę zapiąć pasy przy fotelach i kanapach. Będziemy oglądać rosyjską telewizję. W tych dniach rosyjskie media mają niełatwe zadanie. Wykazać, że Rosja nie atakuje Ukrainy, tylko się przed nią broni. A choć nie atakuje, jej wojska posuwają się naprzód. Rosyjscy żołnierze niszczą wyłącznie cele wojs…



Awantura o kasę w Konfederacji. Jedna decyzja wywróciła obecny układ sił do góry nogami Odejścia posłów z partii KORWiN i powstanie nowej formacji, doprowadziło do zmian w podziale milionów z budżetu państwa, na czym straciło środowisko Janusza Korwin-Mikkego. …


Los sprzyja Trumpowi. Najpierw Twitter, potem Biały Dom?

Elon Musk zapowiedział, że po zakupie Twittera uchyli zakaz używania tej społecznościowej platformy przez byłego prezydenta. A to nie koniec dobrych wiadomości dla Donalda Trumpa. Los sprzyja ostatnio Donaldowi Trumpowi. Zakup Twittera przez Elona Muska zwiększy siłę przebicia byłego prezydenta. A w…


Następna w kolejce do raju Putina? Mołdawia ma się czego obawiać …


Kinda. Choć, o ile libkowi dziennikarze po prostu uprawiają od kilku lat myślenie życzeniowe, bo są oderwani od rzeczywistości, tutaj jest gość, który był u władzy + sytuacja, w której Rosja się znajduje, również nie jest zaciekawa.


Putin ukradł Rosjanom Dzień Zwycięstwa i uczynił z niego narzędzie propagandy - uważa Michaił Kasjanow, pierwszy premier za prezydentury Władimira Putina. …


Zbezcześćmy miejsce pamięci i pochówku żołnierzy walczących z nazistami, bo PuTlEr ZuY! …

1

4

A jeśli nawet scenariusz kontrolowanej sukcesji uda się zrealizować, to stary lider i tak będzie robił swoje, czyli przyciągał uwagę i kalał wizerunek formacji.

I faktycznie – jak tylko Salon24 pierwszy nagłośnił szykowany scenariusz – Korwin publicznie dał do zrozumienia, że ani myśli ustępować. W otoczeniu Mentzena sygnał jest na razie bagatelizowany. Słychać, że Korwin nie ma wyjścia, bo jeśli sam nie odejdzie, to po prostu przegra rywalizację zjazdową. Trzeba więc po prostu przeczekać najbliższe miesiące, ostatni raz dać się „królowi” wyszumieć, a potem budować formację na zupełnie nowych zasadach. A stygmatem przyjaciół Putina na zapas się nie martwić, nawet jeśli nie da się ukryć, iż przylega on coraz ściślej. Ostatnio za sprawą wyrzucenia z partii łódzkiego działacza Tomasza Grabarczyka, któremu Korwin uprzejmie wyjaśnił, że to kara za nazwanie Putina zbrodniarzem. Tyle że treść wyroku sądu partyjnego jest rozwodniona, a za kulisami słychać, że to po prostu czyszczenie szeregów po zdradzie „trzech węży” (czyli Dziambora et consortes).

Sam Mentzen ani się nie odcina, ani też nie popiera wystąpień Korwina. Chociaż przebieg ubiegłotygodniowego spotkania w Warszawie pokazał, że środowisko ma z tym problem. Szczególnie pytania z sali zdradzały dezorientację. Czy Mentzen otrzymał propozycję dołączenia do nowej formacji? „Byłoby zaproszone, gdybym został zaproszony do partii, która powstaje przeciwko mnie”. Czy ma pomysł na ucywilizowanie Korwin-Mikkego i Brauna? „To może pomówmy o sprawach realnych. Inflację można zdusić, jeżeli…”. Czy zastąpi Korwina? „Członkowie partii zdecydują”. Czy będzie się starał? „Kiedyś na pewno”. A co z Ukrainą? „Należy jej pomóc, gdyż walczy z naszym przeciwnikiem Rosją. Każdy zniszczony teraz ruski czołg już nie będzie mógł wjechać do Polski. Trzeba więc wysyłać broń, żywność, udzielać wsparcia. Ale tak, aby bezpośrednio się do tej wojny nie włączyć”.

Slalom narodowy Swój kłopot z Putinem mają też narodowcy z Konfederacji. Bo nawet jeśli Korwin z Braunem wywodzą się z innych środowisk, to ich wybryki obciążają przecież całą formację. A sam Ruch Narodowy też nie jest święty, bo od lat podgrzewał przecież emocje antyukraińskie, krzyczał o Wołyniu, współpracował z drapieżnymi środowiskami kresowymi, a na Marszach Niepodległości podejmował przedstawicieli proputinowskiej i nierzadko jawnie faszystowskiej prawicy z innych krajów. Chociaż akurat główny organizator marszu Robert Bąkiewicz chwilę po wybuchu wojny oddał tamten uniform do prania. Jako koncesjonowany narodowiec, od jakiegoś czasu zasilany przez obóz rządzący milionowymi dotacjami, w kontrolowanych przez siebie Mediach Narodowych opowiada teraz o bohaterskim oporze ukraińskich braci chrześcijan przeciwko bezbożnej azjatyckiej hordzie. Przy okazji bezpardonowo atakując niedawnych kolegów z Konfederacji za sprzyjanie Putinowi wbrew polskiej racji stanu.

To oczywiście element pisowskiego planu eliminowania prawicowej konkurencji. Tyle że Bąkiewicz podobno przestaje być dla Konfederacji problemem, bo odkąd skumał się z władzą, jego autorytet w środowiskach twardej prawicy właściwie upadł. Natomiast sami liderzy Ruchu Narodowego z Bosakiem poważnie traktują rosyjskie zagrożenie, a do tego mają świadomość jednoznaczności społecznego nastroju w sprawie wojny. Wystąpienie przeciwko niemu to prosta droga do izolacji i marginalizacji. Problem w tym, że wtopić się w główny nurt też nie jest prosto.

To w pewnym stopniu negatyw dylematu korwinistów. Ci ostatni mają proputinowskiego lidera i raczej proukraińsko nastawiony, a już na pewno przerażony wojną elektorat. To z kolei postawa dosyć bliska liderom Ruchu Narodowego, którzy jednak muszą się liczyć ze swoimi unikatowymi sympatykami – wytresowanymi w nienawiści do Ukrainy, którą widzą w sumie podobnie jak Kreml. Kiedy więc narodowcom z Konfederacji zdarzyło się niedawno wezwać do forsowniejszych sankcji przeciwko Rosji, usłyszeli od swoich, że nie rozumieją polskich interesów i powinni zmienić nazwę na Ruch Narodowy Ukrainy. Oczywiście takich ultrasów jest w Polsce garstka, nawet w elektoracie Konfederacji stanowią niewielki ułamek. Siła flanki narodowej zawsze opierała się przede wszystkim na organizacyjnej sprawności. Mimo wszystko trudno teraz tak całkiem zignorować oczekiwania rdzeniowego sympatyka, chociaż jeszcze ryzykowniej byłoby podążyć za jego poglądami.

Bosak z kolegami najczęściej więc lawirują. Twierdzą, że uchodźców należy oczywiście przyjmować, ale nie przesadzać z kosztownymi przywilejami. Dobrze, że Polska oddała walczącemu sąsiadowi nasze czołgi, chociaż źle, że nie zaczekano, aż Amerykanie przekażą nam ekwiwalent. Po wojnie oczywiście trzeba będzie wesprzeć odbudowę Ukrainy, ale ostrożnie z tamtejszą oligarchią. Zza każdego „tak, ale…” wyziera oczekiwanie, że czas proukraińskiej jedności wreszcie dobiegnie końca, a wojenna diaspora wywoła pierwsze poważne napięcia. Wtedy pojawi się narracyjne paliwo do zaatakowania PiS i zaistnienia. Tyle że niczego takiego dziś nie widać, solidarność Polaków z bohaterskim sąsiadem trzyma się mocno.

Konfederacja ma więc spory problem, co widać w sondażach. Jeszcze niedawno bliżej jej było do poziomu dwucyfrowego, a teraz raczej powinna myśleć o tym, jak sforsować próg wyborczy. W czasie pandemii miała swój koronny temat – była monopolistką sprzeciwu wobec zamykania gospodarki, maseczek, szczepień. Dzisiaj trudno jej się wbić do głównej narracji, bo wszyscy żyją wojną, co do której konfederaci sami nie potrafią się dogadać. Podobnie zresztą jak zwolennicy poszczególnych nurtów w elektoracie. Stąd wielogłos i konflikty.

Nie pierwszy raz daje też o sobie znać niedopasowanie konfederackiej konstrukcji. Początkowo był to alians trzech środowisk, które traktowały współpracę czysto pragmatycznie, niezbyt sobie ufając i bardziej skupiając się na pilnowaniu swoich wpływów niż rozwijaniu tożsamości szerokiej formacji. Po niedawnym rozłamie doszedł kolejny partner, który też ma coś do powiedzenia, a zarazem tkwi w ostrym zwarciu ze swoimi dawnymi kolegami. Konfederacją rządzi 12-osobowa Rada Liderów, w której KORWiN i Ruch Narodowy mają teraz po cztery głosy, a Korona Brauna i nowe środowisko „wolnościowe” – po dwa. A to oznacza, że bieżącą politykę będzie teraz kształtować jeszcze trudniej niż przed podziałem. Do tej pory wydawało się, że prawdziwy test wytrzymałości tej formuły będzie miał miejsce dopiero po wyborach. Ewentualne wejście w koalicję z PiS bądź mainstreamową opozycją to przecież nielichy dylemat dla formacji, która od głównego podziału stara się trzymać jak najdalej. Tylko czy Konfederacja w ogóle dotrwa do tego momentu?

Polityka 19.2022 (3362) z dnia 03.05.2022; Polityka; s. 20 Oryginalny tytuł tekstu: “Zawinięci w onucę” Rafał Kalukin


marsjańskiej kolonii nie będzie żadnej władzy.

Do tego stopnia sprzeciwia się ingerencji rządu w gospodarkę, że gdy prezydent Joe Biden w ramach popandemicznej odbudowy zaproponował ulgi podatkowe dla kupujących auta elektryczne, Musk skomentował, że to „niepotrzebne rozdawnictwo” dla branży (przypomnijmy – jego własnej). Przy innej okazji napisał: „Nie ma sensu odbieranie zadania alokacji kapitału ludziom, którzy się na tym znają [biznesmenom], i przyznawanie go tym, którzy nie mają o tym pojęcia”. Czyli rządowi. I że „rząd to nic innego, tylko największa z korporacji, tyle że z monopolem na przemoc”.

Ale za chwilę stroboskop może błysnąć zupełnie innym światłem. Musk przyznał niedawno, że jest wielkim fanem dochodu podstawowego, bo jego zdaniem wkrótce miliony ludzi stracą pracę z powodu automatyzacji i sztucznej inteligencji. Ta ostatnia jest zresztą dla niego „największym zagrożeniem dla przetrwania rasy ludzkiej”.

Przez ten światopoglądowy stroboskop Muska od jakiegoś czasu próbuje przebrnąć Jill Lepore, znana profesorka historii z Harvardu, m.in. autorka wydanej w Polsce książki „My, naród”. Od lat zajmuje się nieformalną władzą w amerykańskiej polityce i doszła do przekonania, że dawno nikt nie zebrał jej tyle w swoich rękach, co Musk. Jej zdaniem wielu Amerykanów już dziś uważa go za przyszłego prezydenta USA – za kogoś, komu powierzyliby swoją przyszłość. No właśnie, czyli kogo?

Lepore twierdzi, że Musk jest wyznawcą specyficznej odmiany technokapitalizmu, którą sama nazywa muskizmem. Wiele jego pomysłów pochodzi wprost z literatury science fiction, stąd obok rakiet i samochodów Musk sprzedaje również wizje przyszłości. A to dlatego, że nie chce czekać na przyszłość, którą całej ludzkości zorganizują rządy. Sam chce ją zorganizować – przy pomocy hierarchicznych, sterowanych odgórnie korporacji nastawionych na zysk. Jest więc arcytechnokratą, któremu wydaje się, że dzięki zaawansowanej inżynierii jest w stanie zaprowadzić lepszy porządek świata.

Przykładem takiego myślenia jest Hyperloop, projekt zupełnie nowego systemu transportu publicznego, opartego – w uproszczeniu – na kapsułach z ludźmi mknących w tubach o obniżonym ciśnieniu. Projekt ten, jakby żywcem przerysowany ze starych kreskówek s.f., od momentu ogłoszenia dekadę temu w zasadzie stoi w miejscu. A Musk z premedytacją nie dopuszcza do niego tradycyjnych ekspertów od transportu, którzy w większości uważają, że generalnie wymyślił niewydajne autobusy.

Lepore twierdzi, że cała ta stroboskopowa wizja nowego świata według Muska jest bardzo feudalna w swojej strukturze. „Są w niej lordowie i my, czyli cała reszta motłochu. Nasz los jest w ich rękach, ponieważ oni wiedzą najlepiej – mówiła dla BBC. – Założenie, że Elon Musk ma decydować o pozaziemskiej przyszłości ludzkości, wydaje się radykalnie regresywne społecznie”. Lepore przypomniała, jak burzliwą debatę odbyli Amerykanie przed pierwszym lotem w kosmos – czy to ma sens, czy nie ma lepszych sposobów na wydawanie publicznych pieniędzy? A dziś?

Aplikacja „Polityki” – cały świat w jednym miejscu. Ciesz się bogactwem treści i wygodą czytania. POBIERZ Spróbujmy jednak na koniec odwrócić tę opowieść i oddać Muskowi choć część sprawiedliwości. Bez wątpienia jest wybitnym przedsiębiorcą. Jedna z jego firm – SpaceX – już jakiś czas temu przeskoczyła technologicznie NASA, druga – Tesla – mniej więcej w tym samym czasie stała się najwyżej wycenianym producentem aut na świecie. Ona jest też najlepszym przykładem jego geniuszu.

Wartość giełdowa tego w sumie niewielkiego producenta aut jest fundamentem bogactwa Muska. Ale nie jest pochodną księgowych liczb, jakie generuje Tesla. Jej rynkowa wycena (zbliża się do biliona dolarów) to przede wszystkim wynik optymizmu, jaki otacza tę firmę i jej produkt – supernowoczesne samochody elektryczne, które prędzej czy później (prawdopodobnie) wypchną z rynku pojazdy spalinowe.

Gdy w 2004 r. Musk przejął Teslę, cała strategia marketingowa firmy wisiała na nim. Zamiast tradycyjnych reklam w mediach, których Tesla do dziś unika, sprzedaż produktu oparto na promocji Muska. Trzeba go było „opakować” – tak jak to się robi choćby z kandydatami w kampanii prezydenckiej – i opowiedzieć spójną historię urodzonego zwycięzcy.

W ten sposób Musk stał się „mesjaszem przyszłości”, jak nazwał go w zeszłym roku tygodnik „Time”, mistrzem świata w przekonywaniu ludzi, że jego produkty zrewolucjonizują to, jak pracujemy, połączą nas wszystkich na wielu poziomach, sprawią, że świat stanie się lepszy, i ostatecznie uratują ludzkość. Dlatego również teraz, kupując Twittera, Musk twierdzi, że ratuje cywilizację.

Ale Twitter to jednak coś innego. W PayPalu, pierwszym wielkim projekcie Muska, chodziło o pieniądze. W Tesli – o samochody. W SpaceX – o rakiety. Ale w przypadku Twittera chodzi o ludzi. We wszystkich wcześniejszych projektach przedmiot zainteresowania bardziej lub mniej reagował na inżynieryjny i menedżerski geniusz Muska. Z ludźmi może nie pójść tak łatwo – niektórzy z nich potrafią jeszcze wylogować się z Twittera o 4.20 i zapalić marihuanę.

Polityka 19.2022 (3362) z dnia 03.05.2022; Świat; s. 46 Oryginalny tytuł tekstu: “Musk przyszłości”

Łukasz Wójcik


Wiara w demokrację przedstawicielską jest naiwna, ale mam nadzieję na powrót Luli w tegorocznych wyborach.


donosiła, że po odmowie USA Bolsonaro usiłował kupić w Rosji podwodny okręt atomowy. Inne spekulacje krążyły wokół październikowych wyborów prezydenckich w Brazylii: Bolsonaro, któremu towarzyszyli dwaj spece od propagandy (w tym jeden z synów), miał się radzić Putina, jak za pomocą farm trolli, fake newsów i podobnych technik zniszczyć rywala.

Edukacja jako wróg Jeszcze dekadę temu Brazylia uchodziła za wzór kraju, który powoli przezwycięża odłożone w czasie skutki kolonializmu, niewolnictwa, nierówności, biedę, głód. Dziś, jak mówi większość moich rozmówców, kraj cofnął się o dwie dekady, a panującej tu atmosfery nie da się znieść. – W dzisiejszej Brazylii nie mogłabym studiować medycyny i zostać lekarką – mówi Suzane Pereira, która jest młodą czarnoskórą kobietą z biednej rodziny w interiorze. W dostaniu się na medycynę pomogły jej programy wyrównawcze wprowadzone za rządów Luli da Silvy (2003–10).

Studia nie były sielanką – biali koledzy i koleżanki, także profesorowie nieustająco dawali jej do zrozumienia, że jest nie na swoim miejscu. Dziś jednak nie miałaby nawet szansy zawalczyć o siebie, bo jedne programy wyrównawcze zlikwidowano, innym obcięto fundusze, jeszcze inne są martwą literą prawo. W ogóle pieniądze na jakąkolwiek edukację to – w pojęciu Bolsonaro – finansowanie wroga. – On uważa, że edukacja jako taka jest jego wrogiem – mówi profesorka uniwersytetu w Kurytybie Regina Przybycień. – Dla niego finansowanie uniwersytetów to finansowanie „ideologii gender”. Zwykłe szkoły to też wróg, bo rzekomo „naucza się tam homoseksualizmu”. Bolsonaro rozsiewał kłamstwa, że w żłobkach dystrybuuje się smoczki w kształcie penisa – w ramach walki z homofobią. Jak to możliwe, że on ma nadal 25 proc. poparcia? Co za ludzie wierzą w te bzdury?

Spotkałem kilku takich (taksówkarze, drobni sprzedawcy, restauratorzy), widziałem próbę fizycznej napaści zwolennika Bolsonaro na jego krytyka. Ale dłużej porozmawiałem z 62-letnim agronomem z interioru Breno Villasem-Boasem. Streszczam jego poglądy: Bolsonaro miał we wszystkim rację. Czas pokazał, że oskarżanie go o postawę antynaukową nie ma podstaw. Wyśmiewano, że promował używanie chlorochiny w walce z covidem, a przecież w Afryce jej się używa [w leczeniu malarii] i tam mniej ludzi zmarło na covid. Mówił, że nie wolno z powodu covidu zamykać gospodarki, i miał rację. Widzimy, co się teraz dzieje…

I dalej: niszczenie Amazonii? Nic podobnego, to zagraniczni aktywiści z organizacji pozarządowych finansowani przez obce rządy uprawiali kontrabandę drewna i minerałów – Bolsonaro ich zdemaskował. Były pomysły internacjonalizacji Amazonii, lecz dzięki Rosji zostały zablokowane. Ponadto – dalej streszczam – Bolsonaro to praktykujący chrześcijanin, nie pozwolił na szerzenie w szkołach ideologii gender. Nigdy nie był skorumpowany. To najlepszy prezydent, jakiego miała Brazylia.

Breno Villas-Boas, inaczej niż paramilitarni, którzy strzelają do obrońców Amazonii, jest łagodnym i poczciwym człowiekiem. Nie podnosi głosu, nie rzuca kalumnii na rywali swojego idola. Ma dużo wiary, trudno wpaść mu w słowo. Nie dopuszcza myśli, że sprawy mogą wyglądać inaczej, niż sądzi. Mówi do mnie tonem, jakim przemawia się do kogoś z zaufanego kręgu, kogoś wtajemniczonego.

Brazylia wkroczyła w rok wyborczy i „będzie to najokropniejsza kampania wyborcza na świecie” – tak mówi kilkoro moich rozmówców, którzy mają dość rządów Bolsonaro. Będą kłamstwa, fake newsy, napaści, szykany. Albo i coś gorszego.

Szykany już są: pod koniec marca na festiwalu muzycznym w São Paulo piosenkarz Pabllo Vittar, przebrany za drag queen, rozwinął wielki portret Luli da Silvy, głównego rywala Bolsonaro w wyborach. Państwowa komisja wyborcza natychmiast zakazała kampanii w czasie imprez kulturalnych. Ale efekt był zgoła przeciwny. W innych miastach na innych imprezach gwiazdy estrady wymachiwały hasłami „Precz z Bolsonaro” lub wspierającymi Lulę.

Największym jednak znakiem dekadencji, degrengolady i prawdziwego mroku, w jakim pogrąża się Brazylia, jest to, że w niemal każdej rozmowie pojawia się wątek zamachu na życie Luli. Dwa miesiące temu dwóch byłych sędziów Sądu Najwyższego wyznało publicznie, że życie kandydata lewicy jest w niebezpieczeństwie. Dobrze poinformowany dziennikarz powiedział mi, że otoczenie Luli już w zeszłym roku dostało sygnał (prawdopodobnie z kręgu tajnych służb), żeby wzmocnić ochronę eksprezydenta – przyszłego kandydata.

Same rozważania, zarówno te w przestrzeni publicznej, jak i te w prywatnych rozmowach, o możliwym zamordowaniu Luli są wystarczającym dowodem na chorobę, jaka toczy dziś Brazylię. Mocniejsze byłoby tylko to, gdyby czarne proroctwo rzeczywiście się spełniło.

ARTUR DOMOSŁAWSKI Z SÃO PAULO, RIO DE JANEIRO I KURYTYBY

Polityka 17.2022 (3360) z dnia 19.04.2022; Świat; s. 51 Oryginalny tytuł tekstu: “Kraj w mroku”


Niemcy, muzułmanie przestaną przeszkadzać. Neonacjonalizm nie rozwiązuje problemów tworzonych przez neoliberalizm – nierówności, kryzysu klimatycznego, konfliktów międzynarodowych. Radykalizuje je i tworzy kolejne. Ale jest popularny, bo dużo trudniej jest w warunkach globalizacji zbudować alternatywę realną i efektywną, czyli socjalistyczną, egalitarną, partycypacyjną.

Takiej alternatywnej demokratycznej ideologii nie ma. Ale jest możliwa. Wystarczy, jak my, zbadać i uświadomić ludziom, jakie progresywne podatki sprzyjały wzrostowi gospodarczemu i społecznej równości, kiedy demokracje miały się na Zachodzie najlepiej, czyli w powojennym ćwierćwieczu. To nie jest przypadek, że kiedy zaczęliśmy ciąć podatki na oślep, wzrost gospodarczy zwolnił, płace stanęły, a demokracja stała się zagrożona. Potrzebujemy, zwłaszcza w Europie, partycypacyjnego socjalizmu w polityce wewnętrznej i federalistycznego, a nie rynkowego, modelu integracji.

Sam pan mówi, że to jest skomplikowane, a rządzi Twitter i TikTok, gdzie tylko najprostsze treści przechodzą. Ale ludzie nigdy nie byli tak wykształceni! Neoliberalizm spycha nas do sytuacji sprzed 100 lat – z niskimi podatkami wymuszającymi likwidację publicznej służby zdrowia i edukacji, systemów emerytalnych, praw pracowniczych i lokatorskich. Ludzie już tego nie zaakceptują. Będą się buntowali, głosując na populistów. Na dłuższą metę nikt w Europie nie utrzyma się demokratycznie u władzy, likwidując zdobycze socjalne XX w.

W Polsce to się działo przez 20 lat. Pan wie o Polsce więcej, ale – z całym szacunkiem – pointą tego procesu nie jest wzorowa demokracja. Warto pytać, jak to jest powiązane. Chociaż jest w tym też wina Zachodu, który was egoistycznie traktował, narzucając twardą konkurencję i czerpiąc z niej zyski. Dobrze, że mieliście dużo zachodnich inwestycji, ale źle, że to się nie łączyło z kontrolą podziału korzyści: płac, sprawiedliwych podatków, warunków zatrudnienia. Gdy takiej kontroli nie ma, silniejsi wykorzystują słabszych, co zawsze zapowiada kłopoty. Trzeba pozwolić rynkowi swobodnie generować korzyści, bo w tym jest najlepszy, ale korzyści muszą być politycznie kontrolowane i transferowane. A Europa Wschodnia dostała europejski rynek bez europejskich transferów i europejskiego państwa socjalnego, które stabilizuje stare demokracje. I skutek widać.

Co trzeba zrobić, żeby wspierać inwestycje i wzrost, nie szkodząc demokracji i zmniejszając napięcia społeczne? Potrzebujemy europejskich podatków federalnych, żeby unijne rządy przestały ciąć podatki. To powinno dotyczyć firm ponadnarodowych. Lokalny biznes może być opodatkowany lokalnie. W USA doskonale widać, że wspólny rynek wymaga wspólnego systemu podatkowego. Inaczej rządy konkurują, obniżając stawki, państwa słabną, maleją wydatki publiczne, gospodarka zwalnia, bo brak jej infrastruktury i rosną napięcia społeczne. Kiedy Ameryka szybko się rozwijała i była najpotężniejsza, federalny podatek korporacyjny [nasz CIT] wynosił 35 proc. Do tego dochodził podatek stanowy od 5 do 15 proc. Dopiero Trump to zasadniczo zmienił. A w Unii jedne państwa miały 20 czy 15 proc., a inne 5 lub 0. To Europa zaczęła dumping podatkowy i Europa powinna go przerwać.

Jak Unia wprowadzi duży CIT, to firmy przeniosą się do Rosji lub Chin. Myśli pan, że ktoś teraz przeniesie firmę do Rosji, Chin lub gdziekolwiek daleko? Po pandemii, a zwłaszcza po 24 lutego, nastroje są przeciwne. Firmy potrzebują infrastruktury, bezpieczeństwa prawnego i politycznego, pewnych dostaw, dobrych pracowników. Europa to najlepiej zapewnia. Ale by tak dalej było, potrzebuje pieniędzy na infrastrukturę, edukację, naukę, służbę zdrowia, obronę, emerytury. Teraz finansuje je, zadłużając się i nadmiernie opodatkowując pracę oraz mały biznes. Przeciążenie podatkowe płac sprawia, że Unia ma problem z tworzeniem miejsc pracy. Problemem jest obciążenie niskich i średnich płac. Zarabiający najlepiej powinni płacić więcej.

Trudno będzie wprowadzić europejskie podatki, gdy w większości państw rośnie nacjonalistyczny sentyment. Trzeba ludziom i politykom wyjaśnić, że europejski CIT dla wielkich firm, znacznie wyższy niż teraz, gdy państwa konkurują, oznacza niższy PIT dla większości i niski lokalny CIT dla miejscowych biznesów. To jest droga do utrzymania wzrostu, jakości życia i ładu demokratycznego. Jeżeli Unia nie zdoła tego zrobić, to padnie. Bo ludzie czują, że służy raczej silnym i uprzywilejowanym. Ilekroć przychodzi do głosowania w jej sprawie, zachodnie społeczeństwa są przeciw. Nie tylko brexit to pokazał, ale też referenda we Francji, Holandii, Irlandii. Nie da się bez końca balansować na skraju dezintegracji, bo wcześniej czy później będą kolejne katastrofy podobne do brexitu.

Le Pen, Kaczyński, Orbán i Salvini czekają na katastrofę, więc razem z neoliberałami nigdy się nie zgodzą na unijne podatki federalne. Politycy proeuropejscy mają w Unii przewagę. Jeżeli ich przekonamy, damy radę to zrobić. Teraz jest ten moment. Po pandemii i po 24 lutego jest zgoda, że musimy więcej wydawać na zdrowie, obronę, środowisko, energię i obsługę długów. Nie damy rady, jeżeli nie zlikwidujemy dumpingu podatkowego. Skoro pod presją pandemii zgodziliśmy się mieć wspólne długi, jest szansa, że pod presją wojny zgodzimy się na wspólne podatki.

Za sprawą inwazji Putina na Ukrainę Europa przeżywa kryzys egzystencjalny. To jest klasyczny moment konstytucyjny. Nie wolno go zmarnować.

ROZMAWIAŁ JACEK ŻAKOWSKI

W poniedziałek, 4 kwietnia trafiło do księgarń polskie wydanie drugiego dzieła Thomasa Piketty’ego „Kapitał i ideologia”. Jest to pasjonujący esej opisujący dzieje cywilizacji i ideologii, którymi uzasadniano istniejące zawsze nierówności.

Thomas Piketty (ur. 1971 r.), profesor w Paris School of Economics i dyrektor ds. badań École des Hautes Etudes en Sciences Sociales, stał się globalną ekonomiczną gwiazdą, gdy wiosną 2014 r. ukazało się w USA angielskie tłumaczenie jego książki „Kapitał w XXI w.” (wyd. pol. 2015). Drukarnie nie nadążały. By kupić „Kapitał” Piketty’ego, trzeba się było zapisywać w amerykańskich księgarniach na listę kolejkową i czekać parę tygodni. Barack Obama oświadczył publicznie, że jest niewyspany, bo czyta Piketty’ego po nocach i się nie może oderwać. A potem zaprosił go do Białego Domu na posiedzenie swojego zespołu doradców ekonomicznych.

Podstawowe odkrycie „Kapitału w XXI w.” było takie, że nierówności majątkowe historycznie rosną i stają się dysfunkcjonalne politycznie oraz ekonomicznie, bo dochód z kapitału rośnie szybciej niż z pracy. Ważniejsze było jednak to, że dzięki nowym historycznym źródłom z niemal całego świata Piketty ulokował nierówności w centrum globalnej debaty ekonomicznej, politycznej i historycznej.

Podstawowe, udokumentowane w „Kapitale i ideologii”, odkrycie Piketty’ego jest natomiast takie, że nierówność jest wprawdzie naturalna, ale rozmiar i formy nierówności „nie są ani ekonomiczne, ani technologiczne, lecz jedynie ideologiczne i polityczne”.

Piketty pokazuje, że równowaga sił, dzięki której konkretne nierówności istnieją, jest „przede wszystkim intelektualna i ideologiczna. (…) idee i ideologie liczą się w historii. Pozwalają nieustannie wyobrażać sobie i budować nowe światy i nowe społeczeństwa. (…) Przy takim samym stanie rozwoju gospodarki (…) zawsze istnieje wielość możliwych systemów ideologicznych, politycznych i nierównościowych”. Żaden z nich nie jest jednak wieczny i żadna zmiana nie jest bezkosztowa.

Piketty nie cierpi wywiadów. Tę rozmowę obiecał mi ponad dwa lata temu. Jako człowiek praktyczny i zabiegany uparł się jednak, że wywiadu dla polskiego tygodnika udzieli dopiero, gdy książka będzie w polskich księgarniach. Wreszcie nadszedł ten czas. Polskim wydawcą Thomasa Piketty’ego jest Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

Polityka 15.2022 (3358) z dnia 05.04.2022; Rozmowa Polityki; s. 30 Oryginalny tytuł tekstu: “O czym jest ta wojna”