Polityczne wypociny i inne ściany tekstu
!wypocinypolityczne
help-circle
rss

  • WFA
  • 10 dni
cross-posted from: https://szmer.info/post/139572 > cross-posted from: https://szmer.info/post/139333 > > > Z cyklu: kapitalizm może się zawsze przystosować. Ostatnio jeden ekonomista cytowany w Forbesie odkrył że istnieje coś takiego jak własność albo współwłasność pracownicza, i od razu przytacza argument za tym, że może to być świetne narzędzie dla ratowania kapitalizmu, bo w końcu takie firmy, są efektywniejsze (!) od innych. Namawia właścicieli firm takich jak Walmart na przejście na ten model, bo, jak uzasadnia: > > > > *If Walmart employees had the same kind of ownership that Publix employees do, the Walton family would still be quite wealthy, but the employees at Walmart would be too. Rather than all that wealth—more than the GNP of most countries—going to one family, it would be shared more broadly, leading to stronger communities and more economically secure workforces. We might even see more of the kind of love for the company that Publix customers and employees are famous for.* > > > > https://www.forbes.com/sites/christophermarquis/2022/08/25/can-employee-ownership-save-capitalism/ > > > > Oczywiście to tylko rojenia jednego profesorka, chociaż Forbes co jakiś czas podrzuca takie treści, które sugerują, że fajnie byłoby zaadaptować jakieś narzędzia przypisywane klasycznie socjalistom i syndykalistom do rozwiązania problemu kapitalizmu. Na razie wątpliwe żeby to się stało, ale nie o to mi chodzi. > > > > Chodzi o to, że coś co jest wyróżnikiem (zwłaszcza) socjalizmu i jest zwykle prezentowane w kategoriach realnych alternatyw dla kapitalizmu (bo wywiedzione z marksowskiej koncepcji społecznej własności środków produkcji która jest niby sprzeczna z własnością prywatną), wcale nie musi nim być.  I fakt, że kapitalistyczne profesorki dochodzą do takich a nie innych wniosków, mówi nam dwie rzeczy: > > > > 1. Kapitalizm jest w stanie przejąć nie tylko każdą narrację, ale również potencjalnie każdy model ekonomiczny, nawet pozornie z nim sprzeczny. To elastyczność, którego żaden z systemów dotąd nie miał.  Gdy własność pracownicza upowszechni się w kapitalizmie, będzie ona oczywiście pozbawiona tego demokratycznego elementu o który walczyli syndykaliści, pozostawi też wyraźną hierarchię zarządzania w taki czy inny sposób, ale przy cwanej implementacji pozostawi pracowników o wiele bardziej zadowolonymi ze swojej pozycji, a więc jeszcze mniej chętnymi do zrzeszania się w związki i walkę o swoje prawa. Dostaną potencjalnie i tak więcej, niż by się spodziewali. > > > > 2. Być może własność pracownicza środków produkcji nigdy nie była tak naprawdę realną alternatywą wobec tego, co robi z nami cywilizacja przemysłowa. I nie mówię tego jako jakiś anprym, ale jako ktoś kto jest dość przerażony tym, w jakim stopniu uzależniliśmy się od tzw cywilizacyjnego rozwoju, razem z jego negatywnymi skutkami. Engels chciał przekonać ludzi, że wraz z przejściem do socjalizmu niechybnie wzrosną siły produkcyjne człowieka. Kapitalizm wytrącił mu ten argument z ręki, bo sam sprawił, że owe możliwości zwielokrotniły się od połowy XIX wieku. I chociaż twardogłowi socjaliści sarkają, że biedy to wciąż nie skasowało, to twarde dane mówią jasno, że ludzie w dowolnym regionie świata są dziś średnio bogatsi niż sto lat temu. Tak, rosną nierówności, ale głównie dlatego, że bogaci są naprawdę obrzydlwiie bogaci. Misja cywilizacyjna socjalizmu i socjalizmu wolnościowego, czyli podniesienie poziomu produkcji i wyciągnięcie światowych mas z biedy, dokonuje się tak czy owak. Jeśli wprowadzimy własność pracowniczą, na mocno wytartych czerwonych i sztandarach nie zostanie już zbyt wiele. Ankomy i ansyndy dalej będą walczyć o obalenie państwa, ale w sumie to tyle. > > > > 3. Czy w dzisiejszych czasach potrzebujemy jeszcze "wzrostu sił wytwórczych", wzrostu produkcji? Kiedy tak postawić pytanie, większość odpowie pewnie że nie, a jednak czerwone i czarno-czerwone doktryny wciąż tkwią w dawnych ramach analizy zjawisk. Produkujemy przecież dość, problemem są raczej szybko psujące się urządzenia i oczywiście wciąż słaba dystrybucja zysków i środków tak, by zaradzić globalnym problemom. Produkujemy sumarycznie zbyt dużo, konsumujemy na potęgę (zwłaszcza biedne dotąd regiony które, prawem elementarnej psychologii, będą sobie jeszcze długo odbijać lata niedostatku – widzicie to przecież w Polsce, to co dopiero w Tunezji czy Mongolii). Nawet jeśli przyjąć klasyczny zestaw cnót socjalizmu i tych anarchistów którym do niego blisko, trudno nam uzasadnić konieczność produkowania jeszcze więcej. A to na tym, tak serio, opierała się stara doktryna Engelsa (Marks był bardziej fuckworkowy, dlatego jego osobiste spojrzenie na tę kwestię wymazuje się z czerwonej historii). W modelu własności pracowniczej – czy to pod kapitalizmem czy to pod socjalizmem – wciąż musimy produkować więcej niż w zeszłym roku, wciąż uczestniczymy w jakiś sposób w mechanizmach konkurencji i niezależnie od rodzaju dystrybucji (rynek czy centralne planowanie), produkcja bywa celem samym w sobie. Niezależnie czy idzie o "większy zarobek", czy o "zaspokojenie potrzeb", wszystko wciąż musi rosnąć. Kapitalizm musi rozbudowywać fabrykę, bo dzięki temu robotnicy zarabiają, co przeklada się na większą konsumpcję i zapotrzebowanie na ich własną pracę, ale przecież de facto socjalizm działa podobnie. Centralne planowanie również chce przychylić nieba konsumentowi i robotnikowi zarazem, chce nie tylko zaspokoić potrzeby, ale również zagwarantować pracę, poczucie sensu, dealienację. Nie myśli o granicach wzrostu, nawet za cenę marnowania zasobów i zanieczyszczania środowiska. Ankom i ansynd zakładają milcząco, że skomplikowane powiązania ekonomiczne "jakoś się rozwiążą" na drodze dobrowolnych umów, że rozmaite zakłady produkujące rozmaite rzeczy jakoś się tam dogadają dla dobra wszystkich, a najważniejsze jest raczej to, by były demokratyczne i zdehierarchizowane. Każdy z tych modeli tak naprawdę kończy się rynkiem, jakąś konieczną miarą standardów wymiany rzeczy i usług. W wysoko cywilizowanym społeczeństwie jak nasze autakria nie jest możliwa bez odrzucenia pewnych dobrodziejstw tej cywilizacji, c'nie. > > > > 4. Anarchizm powinien więc jeszcze bardziej dystansować się od wysokocywilizacyjnych koncepcji jeśli chce pozostać alternatywą. W anarchizmie chodzi o wolność, zniesienie hierarchii i możliwość renegocjacji każdej normy i każdego dogmatu, nie o rozwiązanie wszystkich wielkich problemów świata i uczynienie z nas wszystkich służebników Sprawy. Anarchizm to dla mnie odzyskiwanie życia w takim stopniu, w jakim warunki na to pozwalają. W przeciwieństwie do koncepcji engelsowskich, które są materialistyczne, anarchizm jest imho "ideologiczny", bo nie zakłada ślepo, że byt społeczny kreuje świadomość społeczną i nigdy odwrotnie. Anarchistą jest się imho dlatego, że wierzy się w pewne wartości i wierzy się że ludzie w dużej mierze też kierują się wartościami, nie tylko atawizmem posiadania i zabezpieczania swojego bytu. Że relacja pomiędzy "bazą" a "nadbudową" nie jest de facto dialektyczna, tylko moniczna, że ten podział jest czysto abstrakcyjny, nawet jeśli czasem przydatny do mędrkowania i analiz. Że człowiek jest istotą wielowymiarową i wyznacznik dobrego życia nie jest taki sam dla każdego. > > > > Więc sorry, ale nie chce mi się umierać na ołtarzach własności pracowniczej ani tym podobnych dogmatów, bo one nie są według mnie tożsame z tym, o co walczę. > > > > > > PS. Jebać pracę.

https://pastebin.com/RD4rj0zN

https://pastebin.com/ESmC6Z03

PiS stworzył klasę niepracujących, którzy wiernie na nich głosują? To toksyczny mit
Obiegowy pogląd mówi, że za rządów PiS wiele osób przestało pracować, bo mogą żyć z "socjalu". Ta grupa głosuje potem na PiS z wdzięczności. Z tą tezą jest kilka problemów, ale jeden jest główny: dane kompletnie jej nie potwierdzają

https://oko.press/visegrad24-zwolennicy-trumpa-tajemnice-konta/?
Popularne na Twitterze konto Visegrad24, na którego newsy powołują się często polscy dziennikarze (oraz niektórzy zagraniczni), oficjalnie tworzy anonimowa „grupa konserwatywnych przyjaciół”, pracujących w mediach w Polsce i ceniących format Grupy Wyszehradzkiej. Ustaliliśmy, kto należy do tej grupy.


  • @borys
  • 2 miesiące
Bezcelowość ruchu anarchistycznego, kilka słów o anarchii dla anrchii
Zanim zaczniemy, chciałem podkreslić że to nie jest callout na żadną konkretną organizację, jesli jakas dyskusja wybuchnie proszę nie atakowac innych grup Przez ostatnie dwa lata, szerokopojęty "ruch" miał więcej sukcesów niż w sumie pozostały 8 podczas których byłem aktywnym aktywistą. Przez długi czas zastanawiałem się czemu tak sie stało. Koniec końców, z pełnym szacunkiem do nich bo generalnei robią dużo więcej niż ja teraz nie jest to żadne oskarżenie, młodsze pokolenie nie jest jakoś mega aktywniejsze niż moje i starsze odemnie, które nadal mocno działa. To co zauważyłem, to że najskuteczniejsze inicjatywy ostatnich kilku lat, tutaj mam na myśli Widzialną rękę, obóz dla puszczy/wilczyce, food not bombs łódź (i inne, ci byli najgłośneijsi po prostu) czy inicjatywa na granicy nie miały profilu generalnego. Każda z tych "organizacji" powstała aby wyoknac bardzo konkretny i osiągalny cel, zazwyczaj wyłożyła dość szybko w jaki sposób to zrobić, i zaczęła go realizować. Mimo tego że grupy o profilu generalnym tam skutecznie i intensywnie pomagały, to nie doszukasz się projektu typu "robimy anarchię". Konsekwencje tego są bardzo wyraźnie, wszystkie wymienione, oprócz food not bombs łódź, to aktualnie incjatywy między narodowe, będące w stanie ratować setki istnień, bądź chronić całe tereny zielone. Wszystkei te inicjatywy są w świadomości społecznej i prawdopodobnei tam zostaną oraz prawie wszystkei te inicjatywy są pozytywnie odbeirane przez ogół Powdów takich może być wiele, ale to dlaczego nie rozpadły się, kiedy przeciętna grupa FA czy ZSP w przeciągu roku jest po trzech podziałach i dwóch kłutniach, to to że wiedza co chcą robić i jak do tego dojść. Nie rozmywają się w ideologicznych dyskurasach, pytaniach czy lewakowi wolno, bo jest robota do wykonania. Lewakowi wolno bo prowadzone jest przez lewaków w lewacki sposób. Ruch anarchistyczny i wolnościowy w polsce jest jednym z prężniej działących w europie. Patrząc na jego populację to odpierdala wręcz mityczną robotą. Jednoczesnie nie jesteśmy w stanie częstą ściągnąć więcej niż 3k ludzi na ogólnopolską manifestację. Organizację pojawiają sie, umierają i odradzają się bez ciągłości. Połowa działaczy ma ponad 1000 lat. Jeśli stan taki będzie się kontywnować to za naszego życia ten ruch zdechnie śmiercią głodową. Organizacja muszą stawiać sobie realne do wykonania cele i do nich dazyć

Wielgosz baza
O uległości wobec putina 2.0 ( że tak określę erdogana) [ z FB Przemysława Wielgosza ] Od kilku lat można odnieść wrażenie, że organizacje uważające się za reprezentacje szeroko rozumianego Zachodu i jego rzekomo wyjątkowych wartości uwielbiają zawierać układy z tureckim dyktatorem. Ciekawe przy tym, że kiedy Erdogan aspirował do UE, stawiając (szczerze lub nie) na demokrację, wolne media i pokój z Kurdami, Unia pozostała niewzruszona, odkąd zaś zaostrzył kurs wobec pierwszej i drugich paktujemy z nim coraz owocniej. W 2015 r. Erdogan przyjął rolę „naszego łajdaka” mającego zatrzymać uchodźców uciekających z rozdzieranych wojnami Syrii, Iraku, Afganistanu, Jemenu. Przyjął też miliardy na sfinansowanie brudnej roboty, którą mu zleciliśmy. Mniej więcej od roku 2016 uchodźczy szlak bałkański praktycznie nie działa, Unia jest zadowolona i nie przeszkadza jej, że ceną tego zadowolenia jest co roku śmierć kilku tysięcy osób w wodach Morza Śródziemnego. Dziś, w imię przyjęcia Szwecji i Finlandii do NATO Erdogan dostaje na pożarcie Kurdów, których ruch niepodległościowy korzystał z oparcia w obydwu skandynawskich krajach. Mało kogo przejęła ta transakcja. A przecież jest w niej coś delikatnie mówiąc niepokojącego. Akces Sztokholmu i Helsinek do NATO motywowany jest koniecznością stawienia czoła agresywnemu i niedemokratycznemu mocarstwu. Wydawałoby się zatem, że dealowanie w takiej sprawie z innym agresywnym i niedemokratycznym mocarstwem powinno być problemem. Choćby dla komentatorów krytycznych wobec agresywnych i niedemokratycznych mocarstw – co od 24 lutego oznacza niemal wszystkich przedstawicieli tego gatunku w naszym kraju. Tymczasem – poza głosami Konstantego Geberta i Jacka Żakowskiego – całą sprawę przykrywa taktowne przemilczenie. Oczywiście nie zaskakuje to, że uleganie dyktatorom nie jest problemem dla wielkich krytyków ulegania dyktatorom w rodzaju Mateusza Morawieckiego czy Donalda Tuska. Gorsze wrażanie robi milczenie części środowisk lewicowo-liberalnych, które po 24 lutego mocno zaangażowały się w działania solidarnościowe z Ukrainą. Tymczasem właśnie solidarność z krajami, które padły ofiarą agresji neokolonialnej powinna być okolicznością wyostrzającą krytycyzm wobec sytuacji takich jak NATO-wski deal z Erdoganem. Bądź co bądź chodzi w nim nie tylko o przymknięcie oczu na turecką agresję przeciw Kurdom i odmawianie im nie tylko prawa do samostanowienia, ale po prostu do istnienia. Chodzi najzwyczajniej o współudział w niej. Bo jak inaczej nazwać zakaz działalności organizacji i mediów kurdyjskich i zamykanie drzwi przed uchodźcami politycznymi, którym w Turcji grożą tortury lub śmierć? Tego rodzaju umowy odbierają krajom zachodnim wiarygodność nie tylko w oczach Kurdów, czy tureckich demokratów gnijących w więzieniach Erdogana, ale mogą też niepokoić Ukraińców, którzy przecież dostali mocny sygnał mówiący, że Zachodowi nie chodzi o prawo do samostanowienia i demokrację, ale o wzmocnienie strategiczne w swojej rywalizacji z Moskwą. Dziś wymogi tej rywalizacji zbiegły się z potrzebami i aspiracjami Ukrainy. Ten szczęśliwy, w nieszczęściu, zbieg okoliczności Ukraina stara się maksymalnie wykorzystać. I należy jej w tym pomagać wszelkimi dostępnymi środkami. Problem w tym, że sprzedanie Kurdów ankarskiej dyktaturze, oznacza, że w przyszłości ten sam los może spotkać inne społeczeństwa, także Ukraińców. Bądź co bądź zaledwie kilka lat temu – podczas bitwy o Kobane i późniejszej ofensywy na Rakkę – kurdyjscy partyzanci byli wspierani przez armię amerykańską i lotnictwo krajów NATO w walce z Państwem Islamskim (z którym Turcja walczyć się nie kwapiła, a po cichu raczej je wspierała). Skoro dziś stali się ofiarą na ołtarzu zwiększenia potencjału NATO, to można sobie teoretycznie wyobrazić podobny scenariusz w przypadku Ukrainy. Taka ewentualność może wydaje się nieprawdopodobna, ale przemawia za nią więcej okoliczności niż tylko umowa z Erdoganem. Oto w jej cieniu rząd hiszpański - goszczący szczyt NATO na którym zawarto tę umowę - postanowił zrobić coś podobnego w relacjach z Marokiem (czy trzeba dodawać, że jest ono państwem niedemokratycznym?). W zamian za dalsze pełnienie roli antymigracyjnego żandarma Europy Rabat uzyskał od Madrytu uznanie dla aneksji Sahary Zachodniej. Okupowany i kolonizowany przez Maroko od lat 70. kraj nie może już liczyć, że z retoryki praw człowieka, którą słyszymy z Madrytu wyniknie jakiekolwiek wsparcie dla aspiracji jego mieszkańców i mieszkanek. To samo dotyczy kilkudziesięciu uchodźców z krajów Afryki Subsaharyskiej, których policja hiszpańska zamordowała 25 czerwca pod przygranicznym murem w Melilli – kolonialnej enklawie Madrytu w Afryce Północnej. Dla tych, którzy przeżyli masakrę sztama Hiszpanii i Maroka oznacza, że na swej drodze do lepszego i bezpieczniejszego świata mogą się spodziewać jeszcze bardziej ekstremalnej przemocy. Nasi narodzeni po 24 lutego antyimperialiści zdają się nie przejmować takimi sprawami jak poświęcanie prawa do samostanowienia Sahary i Kurdystanu, o prawie do życia i ochrony dla uchodźców nie wspominając. Być może mogłoby to im zaburzyć czarno-biały obraz rzeczywistości z jednym imperium i resztą świata (w której zdarzają się odszczepieńcy i agenci imperium). Co jednak stanie się jeśli także aspiracje Ukrainy trzeba będzie porzucić w imię natowskiej geopolityki? To oczywiście pytanie retoryczne. Retoryczna nie jest jednak kwestia podwójnych standardów i własnych grzechów krajów zachodnich. Krytyka imperializmu rosyjskiego przy jednoczesnym nabieraniu wody w usta w obliczu oczywistych przejawów imperializmu krajów UE nie stanowi wyrazu solidarności z Ukrainą. Dla konserwatywnych realistów, miłośników geopolityki i sierot po stalinizmie istnieją hierarchie spraw. O tym czy cierpienia i walka jakiegoś kraju zasługuje na współczucie i wsparcie decyduje jego położenie strategiczne, stosunek do imperialnych rywali, zasoby surowcowe, mniejsze zło, a w ostateczności kolor włosów, oczu oraz skóry cierpiących i walczących. Jeśli jednak odrzucamy wizję świata podzielonego na neokolonialne strefy wpływów takie hierarchie są nie do zaakceptowania. Czy oznacza to, że trzeba wypchnąć państwa skandynawskie na pożarcie Putinowi? Oczywiście, że nie. Wszak wielu z polityków, którzy dziś w imię słusznej sprawy ugłaskują Erdogana od dawna potępiało politykę ugłaskiwania dyktatorów. Dziś mają oni luksus wywierania presji, targowania się, negocjowania. Mogliby z niego w większym stopniu skorzystać. Takiego luksusu oczywiście nie ma Ukraina. Dlatego też fakt, że Kijów kupuje broń tam gdzie może to robić nie powinien nas dziwić, ani tym bardziej oburzać. Historia ruchów antykolonialnych pełna jest takich koniecznych kompromisów. Walka przeciw imperialnej agresji przy pomocy broni kupionej w innym imperium nie przestaje być ani słuszna, ani antyimperialna. Co najwyżej manifestuje się w niej tragizm dążeń do dekolonizacji w coraz bardziej neokolonialnym świecie. W swoich działaniach Ukraińcy są podobni do Wietnamczyków, którzy w latach 50., 60. i 70. walczyli bronią z Chin przeciw agresji Francji i USA, czy Palestyńczyków broniących dziś Strefy Gazy irańskimi rakietami przed ofensywami armii izraelskiej. My jednak jesteśmy w innej sytuacji. I dotyczy to nie tylko rządów państw NATO, czy UE, ale także ich społeczeństw. Stać nas na wsparcie walki Ukrainy z rosyjskim agresorem bez tuczenia innego agresora.
1


  • @borys
  • 5 miesięcy
Faktycznie zielony świat, czyli kilka słów o tym jak lewica podchodzi do problemu zielonej transformacji
Ochrona środowiska to trochę mój konik, tak naprawdę jako taka "zielona" (nie mam tutaj na myśli zielonej w rozumieniu partii zielonej ani socdemów) lewica była jednym z głównych nurtów kształtujących mój rozwój ideologiczny, który siłą rzeczy, przynajmniej chilowo, osiadł przy bookchiniźmie. Jednym z poważnych problemów które widzę w dyskusji skrajnej lewicy jest brak racjonalnego podejścia w tym jak miałby wyglądać świat po zielonej rewolucji. Zazwyczaj mamy jakieś niejasne przekonanie o tym że będzie jakiś cottagecore. Wszyscy będą mieli swoje chatki z panelami słonecznymi, w zagrodzie koza, ogródek i pole, a cały świat będzie wegański i car free. Jak bardzo przekonuje mnie taka wizja, tak bardzo jest ona niemożliwa i po prostu pod wieloma względami dziecinna. Jeśli faktycznie chcemy walczyć to musimy mieć coś do zaproponowania ludziome. Namacalne rozwiązania i przekształcenia. W innym wypadku pozostają nam wyłącznie histeryczne akcje w stylu extinction rebelion, które jedynie wkurwiają przeciętnego człowieka mającego już wystarczająco na głowie, a samemu celowi w najlepszym wypadku nie pomagają. Tak samo jak zostały wypracowane i zaproponowane metody mogące rozwiązać problemy siatek dostawczych i linni produkcji w świecie horyzontalnym, i na skutek tych rozmów niektóre co bardziej utopijne wizje radykalnej lewicy zostały odrzucone, tak samo należy pracować nad sugestiami tego do czego powinniśmy dążyć w ramach w pełni "zielonego" świata. Jak połączyć produkcję żywności z odpowiedzlanym zarządzaniem przestrzenią, w jaki sposób pozyskiwać drewno i tworzyć lasy nie będące koszmarem wyrywającym z snu przeciętnego ekologa leśnego w środku nocy, jak pozyskiwać i zarządzać zasobami naturalnymi (których notabene jest coraz mniej i mniej, a nadal nie mówi się o np. bioługowaniu odpadów na szeroką stalę, cyny zostało nam jakieś 20 lat moi drodzy). To są rzeczy które powinny być na naszych sztandarach



  • @borys
  • 7 miesięcy
Ostateczne rozwizanie problemu lewicy, czyli lewica a Ukraina
Reakcja zachodniej lewicy na wojnę w Ukrainie pokazuje bardzo niepokojący trend. Duża część komentujący, osób często świetnie wyedukowanych i bardzo zdolnych których komentarze i przewidywania często się sprawdzały, wydaje się robić wsyzstko żeby przypadkiem nie skrytykować rosji. Są pernamentnie zamknięci w trybie myślenia "NATO zawsze robi źle, trzeba być przynajmniej neutralnie a najlepiej pozytywnie nastawionym do wszystkich rzeczy którym NATO jest przeciwne". Pokazuje to że ignorowanie przewinien lenina na początku XX wieku nie było pojedyńczym błędem, było strategią mającą na celu promowanie wszystkiego co jest nastawiona nawet w najmniejszym stopniu krytycznie do kapitalizmu, nawet jeśli jest to trochę inny kapitalizm. Aktualnie jednym z wiądących teorii jest to że Ukraina powinna jak najszybciej się poddać żeby nie przedłużać cierpienia zwykłych obywateli. Generalnie streszczenie wszystkich głupot wygadywanych przez angielskich i amerykańskich można posłuchać w najnowszym odcinku the dig, generalnie wspaniałego podcastu, ale tym razem tak żenującego że chyba trzeba by nagrać odcinek trzy razy dłuższy żeby przedstawić wszystkie przekłamania i idiotyzmy w nim zawarte. Dążąć do meritum w mojej opinni nie należy liczyć na zachodnią lewicę w rozwoju tego nurtu myśli politycznej. Ewidentnie brak doświadczenia życia w zagrożeniu przez działania imperium nie będącego USA zrobiło im z mózgów jajecznicę. Zamiast tego należy się zwracać w kierunku europy wschodneij i bliskiego wschodu aby tworzyć egalitarne nurty bazujące na jak najbardziej płaskich i inkluzywnych strukturach społecznych, które będą faktycznie antyautorytarne i antyimperialistyczne, ale jednocześnie nie zaślepione dziesięcioleciami braku aktywności oraz zaczytywaniem się dzieł dziadów z brodą w bibliotekach uniwersytetów. Pragmatyzm, choć pragmatyzm będący w zgodzie z fundamentalnymi założeniami ideologicznymi, musi być częścią naszego ruchu. Jeśli mamy się rozwijać i walczyć o swoje, a bardziej dokładnei walczyć o dobra wszystkich, to musimy być w miare plastyczni

  • @borys
  • 10 miesięcy
Polska jako dość skutezczne zaprzeczenie marksizmu-leninizmu
Nie ukrywam mojego stosunku do MLmów. Uważam że to autorytarna ideologia chowająca się za chasłami lewicy wolnościowej. W mojej opinni jej głównym zadaniem nie jest wyzwolenie klasy pracującej a doprowadzeniem do władzy osób które "wiedzą lepiej" jak pomóc uciskanym ludom, innymi słowy tworząc nową burżuazję. Jednak mam też powiedzenie że nawet największy debil ma rację w choć jednej sprawie więc trzeba słuchać krytyki żeby się rozwijać. Dzisiaj uważam że to podejście w wypadku MLmów jest błędne. Główną krytyką Leninistów wobec ruchów wolnościowych jest to że ich brak struktury powoduje iż dowlne przedsięwzięcie stanie się albo zbyt chaotyczne albo po prostu bezskuteczne, prowadząc do porażki. Dowodem na to zazwyczaj miał być "sukces" rewolucji bolszewickiej a upadek rewolucji Hiszpańskiej i Ukraińskiej. W mojej opinni to co się dzieje aktualnie w polsce jest dość jednoznaczynym zaprzeczeniem tej teorii. Pierwszym, i w zasadzie największym dowodem na to jest fenomen widzialnej ręki. Grupa która powstała spontanicznie, w pełni oddolnie (choć nie bez ogromnej pracy ludzi w nią zaangażowanych którym chwała za to) wytworzyła międzynarodowy ruch noszący pomoc na zasadzie "ktoś się zgłasza, ktoś odpowiada". Decyzje są tam podejmowane lokalnie, bazując na zawszczasu ustalonych zasadach, ale nie wymagając żadnej głównej "centrali". Ruch ten nie ma również żadnych "oficjalnych" ram politycznych poza pomocą wzajemną. Nie ma jej partyjnego, czy "vanguardowego" odpowiednika. Żadna wcześniej istniejąca, hierarchiczna organizacja czegoś podobnego, nawet na zbliżoną skalę, nie stworzyła. Częściowo powiązanym z tym jest ruch Food not bombs w łodzi (i nei tylko ale to najbaridzej kojarzona z inicjatyw aktyalnie), który bardzo szybko zareagował na potrzeby osób bezdomnych i w kryzysie ubustwa podczas pandemii. Znów, oddolna, choc tym razem już jednoznacznie upolityczniona, organizacja, wykonała na tyle roboty że nawet rząd miejski musiał im oddać cześć. Sytuacja na granicy bardzo podobna. Spontanicznie tworzone ruchy zaczęły się organizowac pomiędyz sobą i nieść pomoc na wielu frontach. Wiedzą co jest potrzebne, wiedzą jak skoordynować dostarczanie tego, wykonują robotę. Nie potrzebują centralnego komitetu podejmującego decyzji, potrzebują jedynie platformy komunikacyjnej i wysiłku. Na koniec można się przyjżeć obozowi dla puszczy. Znowu, spotaniczna inicjatywa, bazująca na organizacji oddolnej, z tego co się orientuje choć torchę bardziej scentralizowana, nadal wykorzystująca zasady demokracji bezpośredniej

  • ether
  • edit-2
    rok
Na obchody Dnia Nienawiści
Świadomość polityczna rzadko tak mi waży na duszy jak dziś. Celem władzy przemocowej jest osłabienie tkanki społecznej i zmodyfikowanie poglądów tak, by ludzie stali się posłuszną, plastyczną masą. Divide et impera. Nienawiść jest narzędziem polaryzacji, magiczną różdżką do utrzymywania porządku. Staram się o tym pamiętać, gdy idę na spacer i widzę osoby z przepaskami na ramionach symbolizującymi aparat ucisku, który w chwili obecnej jest odpowiedzialny za morderstwo dużej ilości cywili ...flashback z historii, kult śmierci. Trudno mi się ustrzec od nienawiści, odruch bezwarunkowy. Głęboki oddech. Zaglądam wgłąb i natykam się na strach. O ludzi na wschodzie, bo tłum który mam wokół chce, by im się stała krzywda. O przyjaciół, którzy przestają rozmawiać ze swoimi rodzinami. Polityczne machinacje są w stanie przesiąknąć i zniszczyć nawet najbardziej intymne więzi. Co zostanie? Boję się o to, co dalej może się wydarzyć. Myślę, że nie jesteśmy gotowi na obronę. Patrzę na ludzi wokół i ich winię za podpieranie tej psychozy, ich za to nienawidzę. Oni też się boją. Źle się czuję gdy widzę nawoływanie do nienawiści. Staram się by moje oczy nie widziały faszysty, tylko widziały obłąkanych, nieszczęśliwych, przerażonych i niebezpiecznych ludzi. To też człowiek odpowiedzialny za swoje decyzje. Dehumanizowanie go nie pomoże zwiększyć naszego bezpieczeństwa. Krok w bok, wracam na ścieżkę Życia. Bezsilność ustępuje, rodzi się siła walki.

John Holloway o kapitalizmie i polityce pytań. > Ważne jest, aby jasno powiedzieć, że nie wiemy – z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że tak się składa, iż jest to prawda. Nie wiemy, jak możemy położyć kres obecnej katastrofie. Mamy pomysły, ale tak naprawdę nie wiemy. > A po drugie dlatego, że polityka pytań bardzo różni się od polityki odpowiedzi. Jeśli znamy odpowiedzi, naszym obowiązkiem jest wyjaśnić je innym. To właśnie robi państwo, to właśnie robią partie postępowe. Jeśli mamy pytania, ale nie mamy odpowiedzi, to musimy je wspólnie przedyskutować, aby spróbować znaleźć drogę naprzód. „Preguntando caminamos”, jak mówią Zapatyści: pytając, idziemy.

**Uwagi o przemianach Europy w dobie wędrówki ludów, spisane w 2015 roku w Grecji i w 2021 roku w Polsce** > Wędrówka ludów stała się faktem. Co więcej, patrząc na historię krajów, z których ludzie migrują, widzimy, że ich ruina i wyniszczające je wojny są powiązane z katastrofą klimatyczną lub surowcową. Syria, Afryka Subsaharyjska, Afganistan, Meksyk – kiedyś kwitnące obszary, potem wyniszczone przez kolonialny rabunek zasobów i proxy wars, leżą zarazem w regionach, gdzie najszybciej warunki naturalne stają niszczące dla człowieka. Ale nawet w państwach tak bogatych, jak USA, zniszczenia poczynione przez huragany wywołały permanentne migracje, szczególnie wśród biedniejszych grup społecznych.
2


Święty Marksa i głębko konserwatyzm lewicy
Nosze się z napisanem tego tekstu od jakiegoś czasu, a że tutaj i mam do tego przesterzeń i nikt mi teog nie zabroni. Od dłuszego czasu jest poważnie zaniepokojny pewną forma konserwatyzmu obecnego w środowiskach lewicowych. Przez konserwatyzm mam na myśli opbsesyjne przywiązanie do ponad 100 letnich myślicieli i modeli walki. Choć ta tendencja jest dużo bardziej obecna w środowiskach Marksistowskich i Leninistycznych, co mi aż tak nie przeszkadza bo jednocześnie uważam że myśl Lenina powinna być aktywnie tępiona, ale to dyskusja na inny post, pojawia się również wśród wolnościowej lewicy. Często gdy rozmawiam o strategiach i metodologiach, obszarze który powinien się raczej cechować pragmatyzmem i korzystaniem z tego co działa, spotykam się z pewną wręcz deifikacją pomysłów i sugestii myślicieli z przed 100 lat (co ciekawe to są zawsze Ojcowie i Matki konkretnych ruchów, co jest troche załamujące bo aktualnie nawet konserwatywni tradycjonaliśmi odwołują się do bardziej aktualnych filozofów). Co gorsza ignrowoane jest to że te pomysły często nie wypalały albo funkcjonowały kiepsko gdy próbowano z nich korzystać. Nawet zasugerowanie że trzeba wyciągnąć z tego wnioski, i zmienić strategię tak żeby dostosować się do realiów traktowane jest jako bluźnierstwo i zbrodnia przeciwko czystości ideii. W mojej opinni to powoduje że spora część przynajmniej europejskiej lewicy stoi w miejscu i usiłuje otworzy zwykłym kluczem zamek elektryczny na kartę. Nie chodzi mi tutaj oczywiście o kompletne odrzucanie ideaów, założenie garniaka i startowanie w wyborach. Z drugiej strony jednak jeśli chcemy budować skuteczny i poprawnie działający ruch trzeba wyzbyć się z romantyzmu, zaakceptować że przeszłość nie powróci i postarać się dostować. W innym wypadku po prostu przegramy. Dlatego zachęcam do A. Czytania nowszych i bardziej aktualnych myślicieli, jaki i korzystania z wiedzy zebranej przez aktywistów i rewolucjonistów po 1980 roku a nie przed B. Czytania mniej teorii i C. Dokładana analiza tego co nie działa i dlaczego, oraz modyfikacja podejścia, nawet jeśli ta modyfikacja nie jest w 100% zgodna z ortodoksyjnymi pozycjami.

Polityczne wypociny i inne ściany tekstu
!wypocinypolityczne
    • 0 users online
    • 1 user / day
    • 1 user / week
    • 5 users / month
    • 10 users / 6 months
    • 20 subscribers
    • 23 Posts
    • 12 Comments
    • Modlog