• 71 Posts
  • 31 Comments
Joined 10M ago
cake
Cake day: mar 26, 2021

help-circle
rss

Myślę, że jak tylko zauważę zwiększony ruch to przestanę wrzucać. O ile wcześniej nie dostanę kolejnej nagany od ciebie, mode lub reszty społeczności :)


Podjąłem decyzję o wrzucaniu tutaj bo był niemal zerowy ruch i pomyślałem, że ruch może dobrze zrobić tej społeczności. Ale jeszcze to przemyślę w takim razie.










cross-posted from: https://szmer.info/post/14308

2
image


Najbardziej zagubieni w tym gąszczu klimatycznych programów są dziś konsumenci. – Trudno im ocenić, jaka jest wartość obietnic poszczególnych firm, a jeszcze trudniej przewidzieć, czy są w ogóle realne. Często mamy do czynienia z ogólnymi deklaracjami, których horyzont sięga np. półwiecza – ocenia dr Christopher Greig z Centrum Andlinger na rzecz Energii i Środowiska Uniwersytetu Princeton. – Brakuje konkretnego opisu etapów i metod dojścia do celu. Prawda jest taka, że osiągnięcie neutralności klimatycznej dla wielu branż będzie gigantycznym wyzwaniem. Jeśli firmy nie mają dzisiaj jeszcze precyzyjnych planów, to żaden wstyd. Lepiej się do tego przyznać, niż udawać, że znalazło się cudowne rozwiązanie.

Hasło neutralności klimatycznej stało się dzisiaj tak popularne, że niektóre firmy, zwłaszcza bogate koncerny technologiczne, idą o krok dalej, żeby się wyróżnić. Google przekonuje, że neutralny klimatycznie jest już od 2007 r., a w 2030 r. będzie „wolny od węgla”, czyli że z jego powodu nie dojdzie do jakichkolwiek emisji dwutlenku węgla. Z kolei Microsoft informuje, że pod koniec dekady stanie się „węglowo negatywny”, co oznacza, że chce usuwać z atmosfery (w praktyce płacić także za innych trucicieli) więcej dwutlenku węgla, niż go wyemituje. Co więcej, składa jeszcze inne zobowiązanie. Przekonuje, że do 2050 r. odkupi wszystkie dotychczasowe grzechy własne i zadba o zrekompensowanie wszelkich emisji dwutlenku węgla, jakie spowodował od swojego powstania w 1975 r.

Rosnąca aktywność największych koncernów – realna lub medialna – zmusza innych do naśladownictwa. Taką presję odczuwa obecnie m.in. cała sfera światowych finansów. W efekcie coraz mniej banków jest gotowych współfinansować brudne przemysły i brudne technologie, skoro kupujący akcje też je omijają. – Na menedżerów zarządzających funduszami inwestycyjnymi wywierana jest coraz większa presja, by konstruowali je wyłącznie z firm przyjaznych środowisku. To tzw. fundusze zrównoważone. Żeby się w nich znaleźć, wystarczy często mieć tylko program dążenia do neutralności klimatycznej. A to z kolei oznacza, że jeszcze więcej firm składa takie deklaracje, by ich nie wyłączono z portfolio funduszy inwestycyjnych – opisuje Christopher Greig z Uniwersytetu Princeton.

Inwestorzy, a nawet troszczący się o środowisko zwykli konsumenci, też mają kłopot, jedni z wyborem akcji, a drudzy towarów. Niestety, nie ma jednego uniwersalnego certyfikatu, za pomocą którego można by zweryfikować klimatyczne obietnice.

Jest jednak w miarę proste wyjście. – Najlepiej poszukać odpowiedzi na pytanie, czy deklarowane przez firmę zmiany dotyczą jej podstawowej działalności? Jeśli na przykład producent wody mineralnej zamierza posadzić młodnik czy dokładać się do ochrony czyjegoś lasu, to wiele w praktyce nie zdziała. Jeśli natomiast okaże się, że właśnie wymienił surowiec potrzebny do produkcji butelek, a cały plastik pochodzi teraz z recyklingu, to już zupełnie inna sprawa. Ma to konkretny efekt dla środowiska, bo przecież do produkcji nowego plastiku potrzeba ropy. Teraz będzie jej potrzeba mniej, bo producent wody wykorzysta ten stary – mówi Marek Józefiak.

Od operatorów logistycznych powinniśmy oczekiwać jak najszybszej wymiany samochodów spalinowych na elektryczne pojazdy dostawcze, a nie malowania automatów z paczkami na zielono czy obsadzania ich krzaczkami. Zaś linie lotnicze rozliczać nie z kupowania mniej czy bardziej autentycznych certyfikatów, tylko z likwidowania najkrótszych połączeń, gdzie bezrefleksyjnie konkurują z dużo mniej szkodliwą dla środowiska koleją. W Polsce przykładem takiej absurdalnej trasy jest trwający 45 minut lot między Warszawą a Lublinem.

Jeśli bowiem wszystkim tak zależy na ograniczaniu emisji dwutlenku węgla i budowie systemów kompensacji, to czemu stoimy na progu klimatycznej katastrofy, a stężenie CO² w atmosferze co roku rośnie? Wyjaśnienie jest jedno. Zmiany zachodzą za wolno, a my jako konsumenci mamy w tym swój udział. Naiwnie wierzymy, że wystarczy dopłacić do biletu lotniczego czy litra benzyny albo wybrać „zielony prąd”, żeby mieć udział w ratowaniu planety. Tymczasem tylko radykalne zmiany nawyków konsumpcyjnych i stylu życia pozwoliłyby powstrzymać globalne ocieplenie. Inaczej będziemy się jedynie znieczulać. Dokładnie tak jak pijąc „neutralną klimatycznie” wódkę.

Polityka 1/2.2022 (3345) z dnia 28.12.2021; Rynek; s. 61


CEZARY KOWANDA

RYNEK

Ekościemy: jak firmy łapią klientów na ekologię

8 STYCZNIA 2022

Producenci odkryli najlepsze hasło reklamowe czasów globalnego ocieplenia: informują, że oni też walczą z kryzysem klimatycznym. Jedni robią to naprawdę, inni na niby i trudno się zorientować, kto ściemnia, a kto nie.

Amerykańska firma Air Company oferuje wódkę, która ma pomagać nie tylko w znieczulaniu pijących, ale też w walce z ociepleniem. W jaki sposób? Do produkcji alkoholu wykorzystywany jest dwutlenek węgla wychwytywany z powietrza, a następnie łączony z wodorem powstającym w procesie elektrolizy. Tą właśnie drogą firma uzyskuje etanol, który po zmieszaniu z wodą daje standardową wódkę o 40-proc. stężeniu alkoholu. Air Company przekonuje, że to oferta dla wszystkich, którzy chcą pić, ale z czystym sumieniem. Firma ma w swojej ofercie również środki do dezynfekcji rąk, a nawet perfumy wytwarzane w sposób podobno neutralny klimatycznie.

Hasło „neutralności klimatycznej” to dziś slogan reklamowy najchętniej używany przez firmy z niemal wszystkich branż. Koncerny prześcigają się w obietnicach składanych klientom. Jedne już ogłosiły, że są neutralne klimatycznie, inne obiecują, że stanie się to za kilka, najdalej kilkanaście lat. To hasło wyjątkowo nośne, gdy świat stara się zmniejszyć emisję dwutlenku węgla, a przynajmniej coraz częściej i głośniej o tym mówi.

Mamy czas tylko do 2030 r., żeby ograniczyć do 1,5 st. C szybko postępujący wzrost średniej temperatury na Ziemi. Jeśli się to nie uda, ludzkości grozi klimatyczna katastrofa, a coraz częstsze dziś fale upałów i inne gwałtowne zjawiska klimatyczne okażą się tylko mało istotnym preludium. Nic więc dziwnego, że biznes próbuje pokazać, jak bardzo przejmuje się przyszłością planety i jej mieszkańców. Firmy chcą przecież dalej zarabiać na sprzedaży swoich produktów i usług. Niepokoi ich stopniowa radykalizacja postaw klientów, którzy coraz częściej zaczynają się zastanawiać, w jaki sposób ich konsumenckie decyzje wpływają na losy świata. A co dokładnie ma oznaczać ta „neutralność klimatyczna”?

Walka o poprawę wizerunku

Prawdziwa „neutralność klimatyczna” oznacza po prostu brak emisji dwutlenku węgla do atmosfery. I kropka. Jednak dzisiaj wiele branż, z budownictwem, lotnictwem czy rolnictwem na czele, wciąż nie dysponuje odpowiednimi technologiami albo koszty ich wdrożeń są absurdalnie wysokie. Mówią więc o neutralności, która ma polegać na tym, że producent co prawda nadal emituje określone (i często duże) ilości dwutlenku węgla, ale równocześnie dzięki różnym inicjatywom, niekoniecznie związanym z samym procesem produkcji, ta sama ilość CO² jest wychwytywana z powietrza. Tu pierwsza wątpliwość. Jak w ogóle zmierzyć, za ile dwutlenku węgla trafiającego do atmosfery jest się odpowiedzialnym? Istnieje co najmniej kilka definicji.

Wedle najwęższej liczy się tylko emisja spowodowana bezpośrednio przez firmę podczas procesów produkcyjnych. W przypadku pośredniej wlicza się też m.in. energię elektryczną zużywaną przez przedsiębiorstwo, gdy pochodzi ona ze spalania węgla, ropy czy gazu. Najpełniejsza definicja obejmuje również skutki sprzedaży, użytkowania i recyklingu towarów, które firma wprowadza na rynek. To podejście niekorzystne dla koncernów paliwowych, bo powinny one brać pod uwagę także emisję dwutlenku węgla, jaka powstanie przy spalaniu benzyny czy oleju napędowego.

Jednak to właśnie koncerny energetyczne i paliwowe w swych reklamach szczególnie chętnie odwołują się do mitycznej – ciągle przyszłej – neutralności. Ta strategia marketingowa jest dobrze przemyślana. Producenci paliw i brudnej energii chcą zrzucić z siebie odium największych trucicieli i przekonać opinię publiczną, że oni też są świadomi zagrożeń dla planety. Problem w tym, że przy tej okazji najczęściej uprawiają greenwashing, czyli „zielone mydlenie oczu” lub – jak kto woli – „ekościemę”. Mamy z nią do czynienia, gdy firma przekonuje, że chroni środowisko, a w rzeczywistości jej produkty czy usługi są nadal szkodliwe.

Ekościema na dobre pojawiła się w latach 80. XX w. i przybierała już bardzo różne formy. Chętnie stosowały ją na przykład koncerny atomowe, zachwalając czystą, bezpieczną energię, a przemilczając problem odpadów z elektrowni jądrowych czy niebezpieczeństwo dramatycznych katastrof (jak w Czarnobylu, a potem w japońskiej Fukuszimie). Z kolei największe firmy spożywcze od dawna podkreślają, że często używany składnik ich produktów, czyli olej palmowy, pochodzi z „certyfikowanych upraw”. Zamiast zmienić receptury, wolą dalej przyczyniać się do procederu wypalania lasów tropikalnych i przekształcania coraz to nowych terenów w monokulturowe gaje palmowe. Tak jest taniej i łatwiej.

Za to producenci samochodów uwielbiają w reklamach pokazywać rzekomo przyjazne dla planety pojazdy elektryczne, a pomijają choćby ten fakt, że do produkcji baterii elektrycznych potrzeba wielu rzadko występujących surowców, których wydobycie niszczy środowisko.

Zielone mydlenie oczu wykorzystywane jest chętnie przez tych, którzy najbardziej przyczyniają się do kryzysu klimatycznego. Niedawno komitet etyki reklamowej w Holandii wezwał koncern Shell, by przestał promować się hasłem „neutralnej węglowo jazdy”. W Wielkiej Brytanii agencja nadzorująca rynek reklamy za mylący uznała spot Hyundaia, w którym producent zachwalał swój pojazd na energochłonne ogniwa wodorowe jako… oczyszczający powietrze. – W Polsce świetny przykład greenwashingu to reklamy państwowego koncernu energetycznego PGE, który prąd produkuje głównie z węgla. Firma deklaruje osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 r. Jednak nie zamierza zamykać elektrowni węglowych, tylko chce je sprzedać. W ten sposób przerzuci odpowiedzialność na innego właściciela, a pośrednio obywateli kupujących energię z brudnych źródeł – ocenia Marek Józefiak, rzecznik prasowy Greenpeace Polska.

W reklamach koncernów paliwowych, energetycznych czy motoryzacyjnych często można znaleźć idylliczne obrazki: stare i nowe wiatraki, bezgłośnie sunące auta czy zgrabnie wkomponowane w dachy budynków panele fotowoltaiczne mające się kojarzyć z obietnicą sielankowej przyszłości. W rzeczywistości firmy te wciąż zarabiają głównie na produkcji, przetwarzaniu i wykorzystywaniu paliw kopalnych, a odnawialne źródła energii czy alternatywne, syntetyczne paliwa są dla nich ciągle marginesem działalności. Jednak nieświadomy konsument może sądzić, że w rzeczywistości zielona rewolucja już się dokonała, elektrowni węglowych nie ma, a wszyscy używają zeroemisyjnych pojazdów.

Wiele firm wciąż emituje jednak gigantyczne ilości dwutlenku węgla, bo technologie alternatywne są dla nich zbyt kosztowne. Równocześnie przynajmniej część z nich stara się pośrednio zmniejszać jego stężenie w atmosferze i oczywiście nieustannie próbuje się tym chwalić. Dzisiaj to intratne pole działania dla szybko rozwijającego się tzw. biznesu kompensacji. Walcząc o poprawę wizerunku, najwięksi emitenci dwutlenku węgla kupują od wystawców zielone certyfikaty, z których wynika, ile CO² dzięki ich pieniądzom udało się zneutralizować. Zachęcają zresztą do tego samego swoich klientów.

W tych zawodach prym wiodą pasażerskie linie lotnicze, które zresztą są obiektem częstych ataków ze strony organizacji ekologicznych, jako jedni z liderów ekościemy. Podczas zakupu biletu proponują pasażerom stosunkowo niewielką dopłatę, dzięki której będzie można oczyścić sumienie. Ta kwota doliczona do ceny biletu pozwoli bowiem, jak przekonują przewoźnicy, zrekompensować planecie emisję dwutlenku węgla przypadającą na pasażera. I wówczas można lecieć na wakacje, nie martwiąc się o skutki dla środowiska.

Na co idą takie pieniądze? Najbardziej efektywną metodą byłoby wychwytywanie z powietrza CO² i magazynowanie go, najlepiej pod ziemią. Jednak takie operacje prowadzone są na razie na niewielką skalę, bo technologia budowy składowisk dwutlenku okazuje się wciąż bardzo kosztowna. Podstawą systemu kompensowania pozostają zatem lasy. Niektóre firmy lotnicze czy energetyczne współpracują z organizacjami sadzącymi drzewa. Przekazują im pieniądze, a w zamian otrzymują certyfikaty poświadczające, ile ton dwutlenku węgla dzięki temu znika z atmosfery. Jednak młode lasy potrzebują dużo czasu, aby osiągnąć skuteczność w pochłanianiu zanieczyszczeń. Poza tym na świecie trudno o nowe, znaczne obszary, które można przeznaczyć pod zalesianie.

Klimatyczne obietnice

Popularne jest zatem inne, mocno wątpliwe rozwiązanie. Emitenci dwutlenku węgla płacą fundacjom zajmującym się ochroną już istniejących lasów. Dzięki temu, jak przekonują, te „zielone płuca” mogą dalej pochłaniać dwutlenek węgla. Bez dodatkowego wsparcia byłyby zagrożone wycięciem. Niestety, taka kompensacja nie opiera się na żadnej nowej zielonej przestrzeni, tylko tej już istniejącej. Las rosnący przez setki lat działał na rzecz planety niejako za darmo, a teraz robi to samo, ale dzięki wspaniałomyślnemu wsparciu koncernów. Te mogą wykazać się przed swoimi klientami i akcjonariuszami klimatyczną odpowiedzialnością, jednak planeta nie ma z takiego handlu certyfikatami żadnego pożytku. Niedawno śledztwo prowadzone przez amerykańskich dziennikarzy wykazało, że wiele lasów rzekomo zagrożonych i objętych schematami kompensacyjnymi w rzeczywistości równie dobrze radziłoby sobie bez nowych sponsorów.

– Najlepiej widać to po więcej niż skromnej efektywności „Leśnych gospodarstw węglowych”. To schemat finansowy, który zbudowały Lasy Państwowe przy udziale kilku państwowych spółek finansujących ekstraprogram zalesiania terenów należących do LP. W rzeczywistości są próbą udowodnienia, że możemy dalej spalać węgiel, skoro rekompensują to dodatkowe zalesienia. Tyle że ten program pozwoli na neutralizację w ciągu 30 lat około miliona ton dwutlenku węgla. Tymczasem tylko w ubiegłym roku sama elektrownia Bełchatów wyemitowała ponad 30 mln ton tego gazu – podkreśla Marek Józefiak z Greenpeace Polska.



J: Jak armia w Egipcie i w Turcji przed Erdoğanem

SŽ: To są potworne przykłady. Ale zgoda. Mimo strasznych rzeczy to, co robili wojskowi, było jednak lepsze niż oddanie władzy islamistom. Demokracja potrzebuje stróża, który ją obroni przed śmiertelnymi błędami, choćby sam nie był demokratycznie legitymizowany. To jest paradoks tragiczny, ale racjonalny. Alternatywą są państwa, takie jak Norwegia czy Dania, gdzie – znów powiem coś potwornego – społeczeństwa mają głęboko zinternalizowane normy samoograniczenia i autocenzury. To jest kwestia patriotyzmu. Z patriotyzmem demokracja ma kłopot tam, gdzie on polega na powtarzaniu, jakim wspaniałym narodem jesteśmy. Lepiej ma się demokracja tam, gdzie patriotyzm oznacza przestrzeganie zasad służących wspólnocie, nawet gdy nie służy to własnym interesom. Demokracji dobrze służy społeczna wiara w siebie.

J: Na przykład

SŽ: Kryzys uchodźczy w 2015 r. Angela Merkel wpuszcza do Niemiec ponad milion uchodźców. W wielu krajach panuje histeria, a Merkel mówi „damy radę, Niemcy są silnym krajem”. To różni realny patriotyzm od niby-patriotycznej bufonady Trumpa panikującego na widok Latynosów i Orbána albo Kaczyńskiego histeryzujących na widok Syryjczyków. Tu widać, jak siła Niemiec jest zakorzeniona w wierze, że państwo ma zasady i dzięki nim działa sprawnie we wspólnym interesie.

J: Decyzja była arbitralna. To nas cofa do problemu „stróża” broniącego demokracji przed jej własnymi błędami. Skąd ma być wiadomo, kiedy stróż powinien kopnąć w stolik? Kto wie, co dobre, a co złe? Radykalna prawica łamie reguły i nagina prawa właśnie dlatego, że wierzy, iż chroni państwo przed błędami demokracji. Bolsonaro, Kaczyński, Trump, Orbán, Erdoğan czują się stróżami, których wezwała historia. Mówiąc o potrzebie „stróża”, usprawiedliwia ich pan

SŽ: Nie usprawiedliwiam.

J: Czując się „stróżami”, robią to, co uważają za dobre. Więc wracam do pytania: skąd wiadomo, co dobre, gdy demokracja się myli

SŽ: Oni bronią swoich imaginacji, a nie demokracji. Wiadomo, czym jest demokracja i co ją może wzmocnić, a co zniszczyć. Kłamią, że bronią demokracji i swoich społeczeństw, ale to ma krótkie nogi. Abraham Lincoln dobrze to kiedyś ujął: „Czasem można oszukać większość ludzi, przez jakiś czas można oszukiwać wszystkich, ale nie można oszukiwać wszystkich bez końca”. Demokracja zakłada wiarę w moralną postawę ogółu. Większość od czasu do czasu się myli, ale wcześniej czy później dochodzi do właściwych wniosków. Dobry stróż jest potrzebny po to, by ograniczać skutki chwilowych pomyłek. Nie po to, by zastępować demokrację czymś innym. Nie jestem relatywistą, ale oczywiście, nikt z nas nie ma pewności, co jest dla niego dobre. Mamy jednak intuicje ugruntowane w europejskiej tradycji – od greckiej demokracji, przez chrześcijańską zasadę równości w Duchu Świętym, po nowoczesną zasadę równych praw i socjalistyczną zasadę sprawiedliwości społecznej. Progresywna tradycja Europy determinuje nasze poczucie słuszności. To różni lewicę od prawicy. Stąd zasadnicza różnica między faszyzmem a stalinizmem. Stalinizm zawsze miał problem z dysydentami. Bo zawsze byli ludzie, którzy dochodzili do wniosku, że władza zdradziła progresywne wartości. W nazistowskich Niemczech nikt nie twierdził, że Hitler zdradził idee nazistowskie, a w faszystowskich Włoszech nikt nie krytykował Mussoliniego za zdradę faszyzmu. Więc wprawdzie nie umiemy w prosty sposób powiedzieć, co jest w jakiejś sytuacji dobre, ale mamy tradycję, do której demokratyczna lewica może różne sytuacje przymierzać.

J: I rozważać

SŽ: A pan by chciał pewnych recept?

J: Każdy by teraz chciał jakiejś pewnej recepty

SŽ: Ode mnie jej pan nie usłyszy. Tu jest mi bliżej do Hegla niż do Marksa. Bo Marks twierdził, że wie, jaka jest odpowiedź, a Hegel, że wie, jaki jest problem. Ale fakt, że mamy do czego przymierzać wyzwania, to jest wielki przywilej lewicy…

J: Do czego przymierzyć dzisiejszy tragiczny wybór lewicy, gdy sprzymierzając się z liberałami, lewica musi porzucić ekonomiczne interesy słabszych, ale staje po stronie demokracji, a sprzymierzając się z populistami, porzuca wartości demokratyczne, ale wspiera redystrybucję. Czy tradycja nam mówi, do kogo lewicy powinno być bliżej

SŽ: Populistyczna prawica zawsze wyrasta na porażce lewicy. Ludzie, których lewica porzuciła, znajdują innych obrońców. Trump, Orbán, Kaczyński to produkt Trzeciej Drogi. Demokratyczne centrum dobrze to rozumie. Dlatego idzie w stronę komunistycznego kapitalizmu. Francis Fukuyama, największy piewca liberalno-demokratycznego porządku, popiera dziś Berniego Sandersa. Koalicje lewicowo-konserwatywne były od lat 70. możliwe, bo lewica poszła ekonomicznie daleko na prawo. Teraz znów są możliwe, bo w większości krajów liberałowie i konserwatyści poszli daleko na lewo. Nie tylko ekonomicznie, ale też obyczajowo i ekologicznie. A jednocześnie głównym hasłem progresywnych protestów od Polski i Hiszpanii po Turcję i obie Ameryki przestała być sprawiedliwość czy równość, a stała się godność, o której mówi Sanders. I to mi się podoba, bo godność obejmuje całą lewicową i demokratyczną agendę.

J: Trump, Kaczyński, Orbán, Bolsonaro też mówią o godności

SŽ: To nam przypomina, że fala populizmu nie wzięła się znikąd. Nie jest przecież tak, że żyliśmy sobie w liberalno-demokratycznym raju i nagle z kosmosu walnął antydemokratyczny, populistyczno-autorytarny prawicowy meteor. Lewica musi pokazać, co było nie tak i przekonać resztę demokratów, że trzeba to zmienić. Bez tego w żadnych koalicjach nie uda nam się obronić wolności ani równości.

ROZMAWIAŁ JACEK ŻAKOWSKI



J: Chiny w łagodniejszym wydaniu

SŽ: Komunizm bez komunistów, bez partii komunistycznej i bez monopolu partii na regulację i inwigilację. Na Zachodzie rządy konkurują z firmami na rynku regulacji i inwigilacji. System nie jest tak spójny i bezwzględny jak w Chinach. Ale może być, gdy uzna, że to potrzebne. Trump odgrzał ustawę z lat 50. w obliczu kryzysu dającą prezydentowi prawo wydawania poleceń firmom. To była odpowiedź na wybuch pandemii, ale są inne kryzysy mogące usprawiedliwić użycie takiego prawa i utrwalenie komunistycznych procedur.

J: Społeczeństwa się zgodzą

SŽ: Nie protestują. Moi krytycy twierdzą, że na Zachodzie ludzie są egoistyczni i indywidualistyczni, więc nie pozwolą na nic, co ich egoistyczne cele podporządkuje jakimś celom wspólnym. A przecież zwalczenie pandemii, zatrzymanie ocieplania klimatu, powstrzymanie azjatyckich satrapii to są egoistyczne cele każdego na Zachodzie. Można je osiągnąć tylko, wzmacniając solidarność i ograniczając bezwzględną konkurencję. Dlatego się zgodzą.

J: Bernie Sanders był pierwszym kandydatem na prezydenta Stanów Zjednoczonych, który przedstawiał się jako socjalista. Myśli pan, że w następnych wyborach pojawi się kandydat przedstawiający się jako komunista obiecujący wcielenie zasady „każdemu według potrzeb, od każdego wedle możliwości”

SŽ: Pozornie ku temu idzie, gdy rośnie żądanie płacenia podatków wedle możliwości i rozdawania socjalu wedle potrzeb. Tylko trzeba uważać, kto będzie określał potrzeby i możliwości. Chińska rewolucja zabiła miliony ludzi, bo uznała, że prawdziwa potrzeba to jest miska ryżu, a 14-godzinny dzień pracy mieści się w ramach ludzkich możliwości. Ale Bernie Sanders to inna historia. Nazywa się socjalistą, a w Europie byłby najwyżej umiarkowanym socjaldemokratą. Upomina się o społeczną godność. Nie o równość. A uznanie i poczucie godności są podstawą każdej demokracji. W centralnej Europie od Polski po Słowenię populistyczny atak na demokrację zaczyna się od zakwestionowania godności części społeczeństwa i niepisanych zasad godnego współżycia. Jeżeli chcemy obronić demokrację, demokratyczna lewica musi bronić wypracowanych przez pokolenia zasad i godności każdego. Dlatego prawdziwa lewica musi dziś być konserwatywna.

J: W sensie

SŽ: Prawica stała się rewolucyjna, więc lewica musi się stać konserwatywna. Kiedy bojówki Trumpa atakują Capitol, lewica musi bronić instytucji. Kiedy byliśmy młodzi, typowy lewicowiec krzyczał „precz z establishmentem”, „precz z policją”, „precz z władzą”. Teraz język radykalnej lewicy przejęła radykalna prawica. To ona ma dziś na Zachodzie monopol na świńskie dowcipy, brutalny język, łamanie zwyczajów, prostackie zachowania. Odpowiadam: nie ścigajmy się z nimi w takiej rewolucyjności. Nasza rewolucja przeciw ich rewolucji to jest śmiertelna pułapka.

J: Klasyka lat 30., kiedy mając wybór między faszystowską prawicą i socjalistyczną lewicą, mieszczańskie liberalno-konserwatywne centrum w wielu krajach z wiadomym skutkiem wybrało faszystowską prawicę. Podobnie jak libertarianie z Partii Republikańskiej wybierają dziś Trumpa przeciw Bidenowi, a Milton Friedman wybrał Pinocheta przeciwko Allende

SŽ: Dlatego uważam, że lewica musi dziś być konserwatywna. Nie w sensie porzucenia idei równości, ale w sensie szacunku dla społecznych norm, prawa, obyczajów, instytucji, tradycji, z których wyrosły zachodnie demokracje. Leszek Kołakowski powiedział kiedyś, że gotów jest czytać każdego filozofa poza Žižkiem. Ale ja go czytałem. I zapamiętałem jego tożsamościową formułę: ekonomicznie – lewicowiec; politycznie – liberał; moralnie – konserwatysta. Taki jest mój dzisiejszy ideał demokratycznej lewicy.

J: Lewica ma porzucić LGBTQ+

SŽ: Nie. Lewicowy moralny konserwatyzm nie odnosi się do seksualności. Odnosi się do obsesji na punkcie seksualnych mniejszości. Odpowiedzią na obsesje prawicy nie mogą być obsesje lewicy. Prawa seksualnych mniejszości są ważne i trzeba ich bronić. Ale nie mogą wyprzeć walki o inne prawa. Lewica nie może być lustrzanym odbiciem prawicy. Nie może stać się obsesyjnie monotematyczna tak samo jak nie może stać się dziko rewolucyjna.

J: Biden nie jest monotematycznym rewolucjonistą, a libertarianie i tak wybierają Trumpa

SŽ: Ale Biden wygrał, radykalna lewica przegrywa, a radykalna prawica ma coraz większą siłę. Musimy się pozbierać. Lewica od dawna ma problem np. z Europą. To nie jest dziś oryginalne. Trump też ma problem z Europą. Putin, Kaczyński, Le Pen mają duży problem z Europą. Lewica musi się tego problemu pozbyć.

J: Nie mam się czego pozbywać. A pan

SŽ: Też.

J: Jeżeli widzę na lewicy problem z Europą, to raczej w okrzykach „Europo, ratuj przed populistami”. I rozczarowanie całego obozu demokratycznego, że w każdym kraju zmagamy się z nimi sami

SŽ: Europa przez wieki zrobiła masę strasznych rzeczy albo traciła szanse robienia wielu dobrych rzeczy u siebie i na całym świecie. W dalszym ciągu tak jest. Ale lewica musi być jednoznacznie proeuropejska. Bo tylko europejskie dziedzictwo moralne i intelektualne pozwala na krytyczną analizę świata, która prowadzi do wolności i sprawiedliwości. A to dziedzictwo jest dziś zagrożone przez rewolucyjną populistyczną prawicę kwestionującą europejskie standardy. Niech mnie pan nazywa umiarkowanie konserwatywnym eurocentrycznym komunistą.

J: Bauman by to nazwał supermarketem idei

SŽ: Nie sądzę. To jest kwestia aktualnego wyrazu postawy lewicowej. Bo przecież świat się zmienia, więc nieustannie szukamy aktualnego wyrazu naszych wartości. I często się mylimy. Lewica przesiąkła na przykład ideologią rynkową. Część feministek chce włączyć życie prywatne do rynku, opłacając pracę domową kobiet. Zieloni chcą wymuszać oszczędzanie wody, podnosząc jej cenę. Finansjalizacja wszystkiego nie jest dobrym pomysłem. Lewica musi mieć inne rozwiązania. Powinniśmy raczej ograniczać mechanizmy rynkowe, niż oddawać im kolejne przestrzenie. Ale nie myślę o zastępowaniu rynku przez państwo. Bo to oznacza korupcję. Lewica musi wzmacniać społeczeństwo, a nie państwo i rynek.

J: Liberalni konserwatyści ewoluują w stronę komunizmu. Lewica ma ewoluować w stronę konserwatyzmu. Jaka scena polityczna ma się z takiej roszady wyłonić

SŽ: To jest bardziej złożone. Kiedy konserwatyści, jak Trump czy Orbán, rozdają pieniądze wszystkim, silni i bogaci zawsze dostają więcej.

J: Konserwatyści czy populiści

SŽ: Zgoda, że jest różnica między pieniędzmi rozrzucanymi z helikoptera przez Trumpa i przez Merkel. Problemem jest populizacja konserwatywnego centrum w wielu krajach. A jeszcze większym problemem jest dziedzictwo liberalizmu, który został zniszczony przez neoliberałów. Stał się ideologią wolności dla korporacji. Przestał się interesować wolnością zwykłych ludzi. Trudno będzie stworzyć sensowną scenę polityczną, dopóki liberalizm nie przejdzie rewitalizacji. Jeżeli chcemy sprawnej demokracji, lewica musi być lewicowa, liberałowie muszą być liberalni, a konserwatyści muszą być konserwatywni. Wtedy autorytarny populizm straci swoje miejsce. Wbrew temu, czego chce Chantal Mouffe, odpowiedzią na konserwatywny populizm nie może być żaden inny populizm. Bo każdy populizm oznacza szukanie fałszywych wrogów i eskalowanie niszczących konfliktów. Covid pokazał, że populizm nie jest rozwiązaniem. Wytarczy popatrzeć, co się dzieje w Brazylii, na Węgrzech czy w Polsce. To przez covid Trump przegrał wybory. Nie ma powodu, żeby lewica powtarzała te błędy. Musi być racjonalna i stać po stronie instytucji, ekspertyzy, wiedzy. Kiedyś walczyliśmy z policją, bo była rasistowska, seksistowska, uprzedzona społecznie. Teraz oczekujemy, by broniła nas przed rasizmem, seksizmem i uprzedzeniami. A prawica domaga się wolności dla rasizmu, seksizmu itd.

J: Próbuję zrozumieć, jak doszło do tej zamiany ról

SŽ: Najpierw trzeba postawić pytanie, co dzieje się z naszą wolnością. To wymaga filozoficznej refleksji od każdego zwykłego człowieka. Musimy zrozumieć, co znaczy być osobą wolną. Inteligentni konserwatyści i komuniści zawsze rozumieli, że indywidualna wolność jest możliwa tylko, gdy działa zestaw nieformalnych reguł. Wolność to np. prawo chodzenia po ulicy. Ale by się spełniła, musimy być na ulicy bezpieczni. Wolność wymaga porządku. Tu jestem w sporze z lewicą, która twierdzi, że kapitalizm to chaos, a w komunizmie był przynajmniej porządek, choć nie było wolności. Jaki to był porządek? Plany gospodarcze generowały permanentny chaos. Porządek istniał w skandynawskich wolnych społeczeństwach, które były zorganizowane bez państwowego przymusu. Cały problem wolności – jej źródeł, form, ograniczeń, gwarancji – lewica musi przemyśleć.

J: To nie jest takie proste, gdy demokracja pozbywa się wolności. Wybiera Orbána, Trumpa, Bolsonaro… …Kaczyńskiego w Polsce i Jansę w Słowenii…

J: Czy to znaczy, że wolnościowa lewica ma być sceptyczna wobec demokracji i zbliżać się do liberalno-konserwatywnej prawicy niechętnej liberalno-demokratycznemu państwu

SŽ: Nigdy nie fetyszyzowałem demokracji. W Słowenii i Polsce widzimy, że Churchill słusznie uważał ją za najgorszy system z wyjątkiem wszystkich innych, które są jeszcze gorsze. Większość może się mylić. Zwłaszcza poddana propagandzie i przemielona przez mechanizm wyborczy. Nie lubię pojęcia „ograniczonej demokracji”. Ale większość też jest omylna. Piękno polityki polega właśnie na tym, by się przeciwstawiać większości, gdy trzeba.

J: Czyli

SŽ: To zabrzmi potwornie, ale wierzę w państwo oświecone. Takie „głębokie państwo”, jakie rozwścieczało i hamowało Trumpa, który był błędem demokracji. Nie chodzi o państwo tajnych służb, spisków, zakulisowych rządów, ale o ludzi poprzez instytucje wyznaczających granice błędom demokracji.


Slavoj Žižek w rozmowie z Żakowskim: Kapitalizm się komunizuje 1 MAJA 2021

Slavoj Žižek, słoweński socjolog, filozof i krytyk kultury, o populistach, perspektywach lewicy i nowej normalności. JACEK ŻAKOWSKI: – Jak się ma kapitalizm? SLAVOJ ŽIŽEK: – Ma swój polityczny moment.

J: W sensie

SŽ: Jako umiarkowany konserwatywno-liberalny komunista z radością zauważam, że kapitalizm zmierza do komunizmu.

J: Pod wpływem fal protestów

SŽ: Nie jestem idiotą, którego może zaczadzić widok tysięcy ludzi na ulicach. Każdy pijak wie, że nieważne, ile wypiłeś wieczorem, ważne, jak się czujesz rano. Nieważne, ilu ludzi wyszło na plac Tahrir albo pod Trybunał Konstytucyjny w Warszawie. Ważne, co się zmieni nazajutrz. A od tych demonstracji, które w ostatnich latach się przetaczają przez świat, niewiele się zmienia. Politycy się do nich przyzwyczaili. Coraz rzadziej pod ich wpływem coś się zmienia na lepsze. Władza je przeczekuje, w Polsce, Ameryce, Niemczech, albo dokręca śrubę, jak w Białorusi, Rosji, Turcji, Mjanmie.

J: Pandemia też nie przyniesie przełomu

SŽ: Nie cierpię plastikowych fascynacji wizjami przełomów, bo po nich zawsze jest jeszcze gorzej, choć intelektualiści piszą doskonałe książki wyjaśniające, dlaczego musiało być gorzej, gdy miało być lepiej.

J: Na przykład Slavoj Žižek w „Rewolucji u bram”

SŽ: Lepszym przykładem jest wielki Lew Trocki. Jego największe dzieło to: „Zdradzona rewolucja”. Chciał rewolucji, zrobił ją i się rozczarował. Klasyka.

J: Rewolucje są rozczarowujące

SŽ: Z natury!

J: Ci, którzy je robią, szybko wchodzą w konflikt z nową rzeczywistością w imię wierności ideom, dla których ją stworzyli, albo tę rzeczywistość uznają za konieczną i porzucają idee, które wyznawali. Wzniosłe idee nie pasują do przyziemnej egzystencji – to pan chciał powiedzieć

SŽ: Nie przypominam sobie, żebym dokładnie to chciał powiedzieć, ale skoro to powiedziałem, a pan to usłyszał, to pewnie taka myśl chodziła mi po głowie.

J: Wielkie idee są dla ludzi za duże

SŽ: Zawsze są za duże. Ale nie chcę powiedzieć, że trzeba porzucić idee. Trzeba tylko pozbyć się mrzonek o światach idealnych. Zaciekła walka nieustannie trwa, a front między dobrem i złem przesuwa się nieznacznie.

J: Nie ma sensu wykrwawiać się w tej walce

SŽ: Jeśli tak uznamy, wzrośnie ryzyko, że front przesunie się tak, jak nie chcemy.

J: Teraz przesuwa się w dobrym kierunku

SŽ: W dobrym może na przykład w tym sensie, że urealnia się nasze wyobrażenie czasu. Rok temu „tymczasowe środki” oznaczały, że za dwa tygodnie będzie po pandemii. Tak nam mówili i tak wierzyliśmy. Latem nam mówili, że „jeszcze dwa miesiące”. Jesienią, że pół roku. Teraz mówią, że maski będziemy nosili jeszcze w 2022 r.

J: Albo wiele lat. Trudno się z tym pogodzić

SŽ: Dlatego emocjonalnie to zaczyna być problem. Ludzie mają dość. Nie chcą już żyć w zawieszeniu. Chcą starej normalności lub nowej normalności. Nie tego, co mamy od roku i możemy mieć przez kolejny rok. Z coraz błahszych powodów wściekają się albo załamują. Mnie już tylko praca trzyma w ryzach. I dobre stare filmy. Ostatnio – Kieślowskiego. Coś łączy jego zamknięty świat z naszym zamkniętym światem. I schyłek tamtego świata ze schyłkiem naszego świata.

J: Ze schyłkiem

SŽ: Kapitalizm – Marks to dobrze rozumiał – rośnie dzięki kryzysom. Nieustannie upada i podnosi się jeszcze silniejszy. Teraz stary upada i zaczyna wyłaniać się nowy.

J: Lepszy

SŽ: Inny. Upada, zmieniając się na lepsze i gorsze w sposób kilka lat temu niewyobrażalny. Konserwatywne kapitalistyczne rządy władające Zachodem rozdają ludziom biliony dolarów i euro. Kapitaliści mówili, że nie ma darmowych lunchów. A teraz chcą dawać trzy posiłki dziennie. Zawsze głosili zasadę „każdemu według zasług”, a teraz realizują zasadę „każdemu po równo” albo „według potrzeb”. Konserwatyści i liberałowie chcą podnosić podatki bogatym i rozdawać biednym. Wyłania się komunistyczny kapitalizm.

J: To dobrze czy źle

SŽ: To nie musi być złe. Ale rośnie też inny paradoksalny ustrój – autorytarna demokracja.

J: Demokracja dyktatorów

SŽ: Ale nie chodzi o brutalną władzę dyktatorów w XX-wiecznym stylu. Chodzi o to, że aby wygrywać, kapitalizm potrzebuje dziś władzy, która nie musi się martwić, czy przetrwa kolejne wybory. Bo potrzeba dłuremovedresowych planów – jak w Singapurze, na którym wzorował się Deng Xiaoping, kiedy w Chinach zaczynał kapitalistyczne reformy. Dziś Chińczycy mówią „wy, na Zachodzie, myślicie, jak wygrać wybory za dwa lata, a my myślimy, jakie będą Chiny w 2050 r.”. O władzę nie muszą się martwić.

J: Nie muszą się martwić, czego ludzie chcą

SŽ: My się wciąż martwimy, a mimo to w wielu krajach Zachodu narasta i wybucha niezadowolenie, które nie znajduje wyrazu w formalnej polityce. Na przykład francuskie „żółte kamizelki” nie mają reprezentacji w systemie politycznym.

J: Podobnie jak Strajk Kobiet w Polsce

SŽ: Demokracja się zablokowała. Niezadowolenie nie przekłada się na reprezentację polityczną. Nie twierdzę, że potrzebujemy demokracji bezpośredniej, w której ludzie wprost podejmują decyzje. To przepis na katastrofę. Konieczna jest reprezentacja. Ale ona nie może być tak daleko od ludzi. Musi reagować na zachodzące zmiany. A dzisiaj zakrzepła i nie reaguje nawet na zmiany fundamentalne.

J: Na przykład

SŽ: Powstały nowego typu fortuny cyfrowych korporacji, które – w kategoriach marksowskich – nie przechwytują wartości dodanej, lecz czerpią bogactwo z renty od zagarniętych przestrzeni. Są raczej feudalne niż kapitalistyczne. Bogacą się, zagarniając, komercjalizując, eksploatując wspólne dotychczas społeczne przestrzenie. To przypomina grodzenie przez feudałów pastwisk gminnych w trzynastowiecznej Anglii. Eksploatują społeczne relacje, emocje, przestrzenie społecznej komunikacji. Bogactwo Gatesa nie bierze się z eksploatacji jego pracowników, tylko z renty od naszych społecznych aktywności. Najważniejsza walka toczy się o kontrolę nad społeczną przestrzenią. Pandemia tę walkę zradykalizowała i wymusza radykalną zmianę kapitalizmu. Ale nie mamy nowej kapitalistycznej utopii. Jedyną utopią, jaka dziś funkcjonuje, jest utopia powrotu do świata sprzed pandemii.

J: Dlatego pięć lat temu w „Kłopotach w raju” pisał pan, że „małżeństwo kapitalizmu z demokracją zbliża się do rozwodu” i odpowiedź stanowi komunizm, a rok temu w „Pandemia. Covid-19 trzęsie światem” twierdzi pan, że ta zmiana już staje się faktem

SŽ: Nie lunatykuję. Czytam rzeczywistość. Miesiąc po miesiącu kapitalizmu ubywa, a komunizmu przybywa. Rynek wypiera gospodarka wojenna. Nie zaszczepi się pan za pieniądze. Musi pan dostać szczepionkę od rządu. Może pan mieć miliony na koncie i umrzeć, nie mogąc kupić szczepionki kosztującej kilkadziesiąt euro. Producenci muszą realizować plany polityków.

J: Szczepionka to broń wojny z wirusem

SŽ: Oczywiście. Ale we wszystkich dziedzinach logika solidarności zyskuje kosztem logiki konkurencji.

J: Może dzięki pandemii przebiła się wreszcie świadomość, że kapitalizm przesadził z nierównościami, zwijaniem państwa i prywatyzacją ryzyka egzystencjalnego, więc musi się cofnąć, jeśli chce uniknąć ostatecznego zwycięstwa populistycznej – antydemokratycznej lub antyrynkowej – rewolty

SŽ: To tendencja narastająca od przeszło dekady. Ale komunizm, który się wyłania, nie ma nic wspólnego z komunizmem, jaki znamy z XX w. Marksistowscy znajomi mówią mi, że to nic wielkiego, bo w obliczu kryzysów kapitalizm zawsze osłabiał logikę zysku. Ale wiele wskazuje, że weszliśmy w okres permanentnych kryzysów. Kryzys ekologiczny, migracyjny, demograficzny, sanitarny. Kryzys demokracji, kolejny kryzys finansowy, kryzys geopolityczny… Każdy z nich popycha nas ku ograniczaniu reguły konkurencji i wzmacnianiu reguły solidarności. Pandemia sprawiła, że staliśmy się na to gotowi. Niech pan zobaczy, jak powszechnie się mówi o podnoszeniu podatków bogatym. A jak entuzjastycznie demokratyczni liderzy zareagowali na propozycję Bidena, by wprowadzić globalny minimalny podatek od zysków korporacji i ustanowić globalną zasadę płacenia podatków tam, gdzie powstają zyski. Do tej pory państwa konkurowały wysokością podatków. Teraz mają solidarnie współdziałać.

J: Korekta globalizacji, o której alterglobaliści mówili od dekad

SŽ: Ale liberalno-demokratyczne centrum pukało się w głowę. A teraz MFW jest za. OECD jest za. Rządy w większości są za. Ale ważny jest cel. Biden mówi, że chodzi o to, by zakończyć wyścig państw w zmniejszaniu podatków. Sens jest taki, że demokratyczne rządy potrzebują większej części powstającego bogactwa, by bardziej skutecznie bronić demokracji w konkurencji ze sprawnymi rynkowymi autorytaryzmami.

J: Mniej rynku, a więcej demokracji, albo więcej rynku i mniej demokracji

SŽ: Ale trzeba uważać, bo można też mieć mniej rynku i mniej demokracji.

J: Jak w Polsce

SŽ: Na Węgrzech, w Słowenii… Ważne jest nie tylko to, jakie wprowadzamy zmiany, ale też kto je wprowadza. Jeżeli zrobią je demokraci, to wzmocni się demokracja. A jak je zrobi kto inny, to on na nich skorzysta.

J: Nie można mieć więcej rynku i więcej demokracji

SŽ: Nie widzę takich opcji. Nawet Bill Gates mówi, że stary kapitalizm się skończył. Ale może trwać jako zombie żywiący się kosztem demokracji. Dlatego popieram Juliana Assange’a. To prawda, że ujawnił nieprawość Ameryki, która jest mniejsza niż nieprawość Chin i Rosji. O rosyjskim czy chińskim Assange’u pewnie nawet byśmy nie usłyszeli, bo wcześniej by go znikli. Ale w Chinach i Rosji każdy wie, że jest inwigilowany, a Amerykanie nie byli świadomi, że ich państwo stosuje takie metody. Dzięki Assange’owi już wiedzą. Myśleli, że takie rzeczy dzieją się w komunizmie. Teraz zrozumieli, że i kapitalizm idzie w tym kierunku.

J: Kapitalizm inwigilacyjny, jak pisze Shoshana Zuboff

SŽ: I regulacyjny.




To się oczywiście okaże jednak wizja zadania ciosu tak neoliberalnemu porządkowi jest już dość optymistyczna









W 1968 r. znaleziono tam pochówek z dwoma mieczami. Oczywiście założono, że należał do mężczyzny, ale ponieważ był w nim także sierp i kobiece ozdoby (brosze, zapinka i wisiorek), pojawiła się hipoteza, że leżały w nim dwie osoby. Tyle że szczątków było za mało, więc część badaczy uznała, iż leży w nim wojowniczka albo władczyni, co nie przekonało wszystkich. No bo czy bronią wkładaną do grobów rzeczywiście kobiety te się posługiwały? Nawet jeśli w paleolicie większość pań polowała, zwłaszcza za pomocą łuku, w średniowieczu jest to bardziej dyskusyjne, szczególnie jeśli chodzi o miecze, broń wybitnie męską, stanowiącą jednocześnie symbol prestiżu.

Tajemnicę grobu z Suontaka postanowiła rozwikłać Ulla Moilanen z uniwersytetu w Turku. Potwierdzeniem, że w grobie mogła leżeć kobieta, były badania laboratoryjne włókien z jej odzieży – okazały się niebieskie lub niebieskozielone, a w tych barwach w średniowiecznej Finlandii były damskie suknie. Potwierdzenie płci na podstawie badania samych kości udowych nie było możliwe, jednak gdy w Instytucie Maxa Plancka w Lipsku i w Jenie udało się wyekstrahować z nich DNA, genetycy stwierdzili, że u osoby tej najprawdopodobniej występowała aneuploidia chromosomalna, czyli podwójny zestaw chromosomów X.

Mężczyźni z zespołem Klinefeltera są delikatniejszej budowa ciała, mają mniejszą masę mięśniową, ginekomastię (przerost sutków), mniejsze owłosienie, brak mutacji i są bezpłodni. Oczywiście nie zawsze objawy kliniczne występują wszystkie naraz i są tak samo jednoznaczne, ale jeśli u osoby z grobu w Suontace były widoczne, rzeczywiście mogła być uważana za przedstawicielkę trzeciej płci. Według autorów artykułu może to wskazywać, że osoby niebinarne bywały we wczesnośredniowiecznej Skandynawii zamożne i akceptowane.

Bogatemu lepiej? Dr Leszek Gardeła, znawca atypowych pochówków na terenie Skandynawii, zauważa, że w grobach kobiet z mieczami z epoki wikińskiej zawsze pojawia się jakiś odstający od standardów element: a to leżą sztychem w kierunku twarzy zmarłej, a to znów brak im oprawy rękojeści, co czyni miecz nieprzydatnym jako broń. Według niego wygląda to raczej tak, jakby służyły do jakichś obrzędów, a ich właścicielki parały się magią, bo na wychodzenie ze swoich ról płciowych pozwalano tylko czarownikom, wróżbitom i szamanom, wśród których często były kobiety. Wszystko przez to, że uprawianie „magii seiðr” wiązało się z transformacją fizyczną w zwierzę, ducha lub przedstawiciela innej płci, jak Odyn, który przemienił się w kobietę.

– Przekraczanie granic płci pojawia się w opisach działań czarowników. U wszystkich innych osób wchodzenie w role przeciwnej płci nie było akceptowane i mogło prowadzić do ostracyzmu czy nawet kary śmierci – podkreśla dr Gardeła.

A zatem osoba z Suontaka o zestawie chromosomów XXY mogła być raczej szamanką niż wojowniczką i cieszyła się szacunkiem. Świadczy o tym zarówno zestaw przedmiotów, jak i miękka wyściółka z pierza i futer, kojarząca się z materacem dłuta Berniniego, na którym leży Hermafrodyta z Luwru. Trudno powiedzieć, czy bogactwo było zasługą pełnionej przez nią funkcji czy może pochodziła z zamożnej rodziny.

Zapewne lepiej sytuowane osoby niebinarne miały łatwiej. Chociaż przykład rzymskiego cesarza Heliogabala (204–222) – który ponoć depilował się, malował, nosił peruki, „wziął za męża” syryjskiego woźnicę Hieroklesa i marzył o zmianie płci, o czym głosił wszem i wobec, co oburzało konserwatywnych Rzymian i doprowadziło do udanego zamachu na jego życie – pokazuje, że tron cesarski nie był najlepszym miejscem do obnoszenia się ze swoją odmiennością. Zdaje się, że schronienie się pod skrzydłami przychylnych bogów było lepszym wyjściem.

Polityka 1/2.2022 (3345) z dnia 28.12.2021; Nauka i cywilizacja; s. 92 Oryginalny tytuł tekstu: “Niedookreśleni”


Prezentowana w Luwrze rzeźba dłuta Berniniego przedstawiająca hermafrodytę jest nowożytną kopią hellenistycznego posągu. 3Marco Cantile/LightRocket / Getty Images Niebinarność to nie jest zjawisko nowe. Jak w przeszłości tłumaczono sobie istnienie osób niemieszczących się w żadnej z dwóch płci, czy je potępiano, jakie znajdowano dla nich miejsce w społeczeństwie? W Luwrze można zobaczyć rzeźbę przedstawiającą leżącą w leniwej pozie postać. Od tyłu wygląda jak kobieta ze zgrabnymi pośladkami i wąską talią, jednak gdy podejdziemy z drugiej strony, zobaczymy co prawda piersi, ale i penisa. To wykonana przez Berniniego kopia znalezionej w 1608 r. na terenie term Dioklecjana rzymskiej kopii hellenistycznego posągu Hermafrodyta. Według Owidiusza ten syn Hermesa i Afrodyty zyskał damskie narządy, gdy odrzucił nimfę Salmacis, a ta wybłagała u Zeusa, by połączył ją z ukochanym w jednym ciele. Tak hermafrodytyzm tłumaczy mitologia, bo astrologowie jego przyczyn upatrywali we wpływie gwiazd, a mędrcy mieli swoje „biologiczne” wytłumaczenie.

Zbyt dużo nasienia Choć dziś zdajemy sobie sprawę z istnienia odstępstw od prostego podziału na dwie płcie na poziomie genetycznym, hormonalnym czy psychicznym, starożytni skupiali się na tym, co widzieli gołymi oczami. Dominika Lewandowska w książce „Androgyn czy hermafrodyta?” zebrała wszystkie informacje o hermafrodytach ze źródeł antycznych i stwierdziła, że choć rodziły się dość rzadko, wzmianek o nich jest na tyle dużo, iż Grecy musieli mieć kłopoty z odróżnianiem dzieci hermafrodytycznych od tych z deformacjami, jak przerośnięta łechtaczka.

– Według Arystotelesa noworodki z dwoma organami to chłopcy lub dziewczynki z dodatkowym narządem, których poczęcie ma związek z nasieniem. Gdy była go odpowiednia ilość, rodziło się jedno dziecko; znaczny nadmiar – bliźniaki; jeśli zbyt wiele, jak na jeden płód, a za mało na dwa – dziecko z nadmiarową kończyną lub organem – tłumaczy badaczka.

Grecy takich dzieci nie zabijali, a wyzwoleniec Hadriana Flegon wspominał, że gdy w pewnym greckim mieście podjęto decyzję, że odmieńca należy spalić, pojawił się duch jego ojca, który go rozszarpał, a głowa noworodka zaczęła wieszczyć. Jednak była to opowiastka dla Rzymian, którzy przez pewien czas do hermafrodytów podchodzili z lękiem.

Pierwsza wzmianka o dziecku z narządami męskimi i żeńskimi pojawia się u Liwiusza, który pisze, że narodziło się w 209 r. p.n.e. w trakcie drugiej wojny punickiej, kiedy przerażeni i zgnębieni Rzymianie wszędzie dopatrywali się wieszczących zły omen, sprzecznych z naturą prodigiów (czyli dziwów). Gdy dwa lata później sytuacja się powtórzyła, wezwano haruspików (wróżbitów etruskich), którzy poradzili, by umieścić dziecko w drewnianej skrzynce i wrzucić do morza.

Ponieważ Liwiusz opisuje też przypadki zabicia kilkuletnich dzieci lub nastolatków, oznacza to, że rodziny musiały się nimi opiekować, dopóki ich ktoś nie zadenuncjował. Dominika Lewandowska podkreśla, że ostatnia informacja o ekspiacyjnym potraktowaniu hermafrodyty pochodzi z 90 r. p.n.e., a potem lęk przed nimi wygasa, bo w połowie I w. n.e. prawnicy zastanawiają się już, jaki przyznać im status prawny. – Badano, której płci cechy przeważają u takiej osoby, by ustalić, czy należą się jej prawne przywileje mężczyzn czy ograniczenia kobiet. Jak wyglądał test, nie wiadomo. Sądzę, że próbowano podniecić taką osobę, i jeśli członek zareagował, to znaczyło, że przeważa w niej mężczyzna. Pliniusz odnotowuje natomiast, że podczas gdy kiedyś hermafrodyci uważani byli za prodigia, teraz służą „in deliciis”, czyli „naszym przyjemnościom”, więc albo mogli pełnić jakieś usługi seksualne, albo trzymano ich w domach na zasadzie pupili albo dziwów natury.

Obrzydliwy zniewieściuch Autorka książki zauważyła też, że zanim Rzymianie użyli określenia hermaphroditus, najpierw osoby z narządami męskimi i żeńskimi nazywano z greki androgynus (od gr. ἀνδρόγυνος – mężczyzna, γυνή – kobieta), czym wprowadzili w nazewnictwie chaos. Dla Greków określenie to nigdy nie odnosiło się do interpłciowości biologicznej, tylko stanowiło obraźliwe wyzwisko dla mężczyzn zachowujących się nieheteronormatywnie, głównie przedkładających wygody i zbytki nad walkę i przemoc. Słowo to tłumaczy się jako „zniewieściały”, ale nie do końca oddaje ono jego znaczenie w grece, bo androgynem zwano zarówno pasywnego homoseksualistę, jak i eleganckiego dandysa, uwodziciela kobiet.

Ilan Peled z uniwersytetu w Amsterdamie, zajmujący się badaniem „trzeciej płci” na starożytnym Bliskim Wschodzie, stwierdził, że tam również zaliczano do niej głównie mężczyzn odbiegających zachowaniem od przyjętych norm. Panowie tacy często zostawali kapłanami bogini Isztar zwanymi gala (po sumeryjsku), assinnu lub kurgarru (po akadyjsku) i nosili się jak kobiety, zajmowali tańcem, śpiewem i lamentowaniem, a być może też poddawali dobrowolnej kastracji. Podobnie w Grecji osoby takie mogły służyć bogini Kybele jako galowie.

Jednoznaczna niechęć do „potwora gender” narodziła się w kulturze judeochrześcijańskiej. – Najpierw teolog żydowski Filon z Aleksandrii w I w., a na przełomie II i III w. chrześcijański Klemens Aleksandryjski mówią o androgynach z wyraźnym obrzydzeniem, a ten drugi zaleca pozbywanie się ich jako aberracji natury – zauważa Lewandowska. – Niemniej antyczni byli w stanie sobie wyobrazić, że przyczyny niebinarności mogą być różne, bo w satyrze Lukiana występują dwie hetery, z których jedna uważa się za mężczyznę, ale mówi, że nie jest ani jak wróżbita Terezjasz, który potrafił zmieniać płeć, ani jak Achilles, który się przebrał za kobietę. Nie jest też hermafrodytą, tylko kobietą, która czuje się jak mężczyzna i mówi, że lepiej zaspokoi swoją partnerkę niż biologiczny mężczyzna. Nie wiemy, jak w antyku postrzegały się osoby niebinarne, bo żadna z nich nie zostawiła pamiętnika, ale na pewno miały poczucie własnej odmienności i samotności.

Przystąpienie do kultu Isztar czy Kybele mogło stanowić rodzaj azylu, co ciekawe, w wielu innych kulturach właśnie fakt bycia „pomiędzy” płciami sprawiał, że osoby niebinarne uznawano za wyjątkowo nadające się do kontaktów ze światem nadprzyrodzonym.

„Tak” dla trzeciej płci Kolonizatorzy z Europy podbijający Nowy Świat byli zdziwieni i zgorszeni, gdy odkryli, że u Indian Timucua na Florydzie wysokim statusem cieszą się hermafrodyci, a w ponad 150 plemionach północnoamerykańskich wierzono, że niektórzy ludzie rodzą się z duszą kobiecą i męską. Nàdleehé (u Nawahów), winkte (Lakotów), batée (Crow), himaneh (u Czejenów) przyjmowali role niezgodne z płcią biologiczną, a ich ugruntowana społecznie pozycja wynikała z wiary w ich bliski kontakt z duchami i bogami, co czyniło z nich wróżbitów i uzdrowicieli.

– U Czukczów na Syberii za najpotężniejszych szamanów uchodzili ci, którzy łączyli pierwiastek męski i żeński, głównie przez stosowanie cross-dressingu, natomiast u Saamów czarownicy noaidi – zazwyczaj biologiczni mężczyźni – okazjonalnie używali elementów odzienia lub ozdób należących do przeciwnej płci – mówi dr Leszek Gardeła, archeolog z Nationalmuseet w Kopenhadze.

Antropolog prof. Waldemar Kuligowski opisuje w książce „Trzecia płeć świata” kilkanaście kultur, które nie tylko akceptują przedstawicieli trzeciej płci, ale darzą ich szacunkiem. Wśród nich najbardziej znani są chłopcy z wysp Pacyfiku (na Samoa zwani fa’afafine, na Hawajach mahu) wychowywani na dziewczynki, którzy mogli wchodzić w związki z obiema płciami, oraz hidźrowie (zwani też kinnar), często wykastrowani transpłciowi mężczyźni, którzy w 2005 r. doczekali się w Indiach legalizacji jako „trzecia płeć”.

Choć hidźrowie ubierają się jak kobiety i głównie utrzymują z tańca, śpiewu, żebractwa i prostytucji, służą hinduistycznej Bogini Matce Bahućara Mata i pełnią funkcje w powiązanych z nią obrzędach, pojawiają się jako nieproszeni goście podczas ślubów i uroczystości związanych z narodzinami dziecka, mogąc przynieść błogosławieństwo, jak i klątwę. Z tym że nawet jeśli tradycyjnie przez tysiące lat byli społecznie akceptowani, pod panowaniem Brytyjczyków ich sytuacja się pogorszyła, bo surowy stosunek do osób o niesprecyzowanej tożsamości płciowej stanowi jeden z wyznaczników cywilizacji zdominowanych przez religie monoteistyczne.

Choć Klemens Aleksandryjski krytycznie wypowiadał się o androgynoi, w Europie chrześcijańskiej, zwłaszcza w części wschodniej, gdzie na dworach służyli eunuchowie czy hermafrodyci, nadal akceptowano ludzi niemieszczących się w podziale na dwie płci. Co więcej, w teologii pojawiła się wręcz idea płci anielskiej, czyli bezpłciowości, do której dążyli mnisi i mniszki, co mogłoby sugerować, że osoby nieheteronormatywne mogły się tam „schować”.

Ponadto kobiety przebierające się w stroje męskie, o których wspominają teksty, robiły to najczęściej ze względów dewocyjnych (jak niektóre święte) lub by uzyskać dostęp do rzeczy niedozwolonych dla pań (podróżowanie, kształcenie się), więc przypisywanie im niebinarności jest sporym nadużyciem.

Jedyne osoby w wiekach średnich i nowożytności, które na pewno miały kłopoty z identyfikacją płciową ze względów biologicznych, to hermafrodyci. Na przykład w 1601 r. na dworze francuskim rozstrzygano, czy Marie le Marcis, która chciała poślubić kobietę, może to zrobić jako bardziej „męska” hermafrodyta, czy też jest kobietą z przerośniętą łechtaczką i wtedy wchodzi w zakazany związek lesbijski.

Obecnie wiemy, że do tej grupy mogli też należeć mężczyźni z zespołem Klinefeltera, czyli aberracją chromosomalną polegającą na posiadaniu dodatkowego chromosomu X, która występuje u jednego na ok. 600 chłopców.

XXY z Finlandii Dobrym miejscem do badania ról społecznych w średniowieczu jest Skandynawia, gdzie znajdowane są groby kobiet z mieczami (w Birce w Szwecji, Nordre Kjølen i Aunvollen w Norwegii oraz w Suontaka w Finlandii) oraz mężczyzn z przedmiotami typowo kobiecymi obejmującymi paciorki, brosze, pierścionki czy igielniki, jak u mężczyzny z Vivallen w Szwecji. Wokół nich od lat toczy się dyskusja na temat p



A dlaczego wyborców PiS nie obchodzi bezpieczeństwo narodowe? Bo wygląda na to, że skłócenie ze wszystkimi sojusznikami, od Niemiec po Amerykę, im nie przeszkadza. Dali się przekonać, że prawdziwym wrogiem jesteście wy, wasi koledzy geje, kosmopolityczna elita, intelektualiści, a nie np. Rosja. Aczkolwiek pewną nadzieją dla was jest pewna słabość tej międzynarodówki faszystowskiej, polegająca na tym, że łączy w sobie grupy narodowe, dla których częścią tożsamości jest jednak nienawiść do sąsiedniej grupy.

No niestety nie. W Polsce odbył się niedawno zjazd skrajnej, proputinowskiej prawicy na zaproszenie PiS. Jak walczyć z faszyzmem? Po pierwsze, wiedza, czyli bycie świadomym tego, z czym walczymy i z jakimi strategiami musimy się mierzyć. Po drugie, wielkie koalicje, czyli łączenie sił od centroprawicy po lewicę na rzecz obrony demokracji. Po trzecie, wzmacnianie takich instytucji, jak związki zawodowe i organizacje pozarządowe. Po czwarte, atakowane przez faszystów abstrakcyjnie brzmiące grupy trzeba sprowadzać do konkretnych osób – dużo trudniej jest prowadzić homofobiczną politykę, gdy wśród gejów są popularni celebryci. I wreszcie, po piąte, musicie w Polsce znaleźć konserwatystów gotowych stanąć przeciwko faszyzmowi.

ROZMAWIAŁ SŁAWOMIR SIERAKOWSKI


Jason Stanley – ur. w 1969 r., amerykański filozof, profesor Yale University. Zajmuje się propagandą we współczesnych społeczeństwach i nowymi formami faszyzmu. Pisze m.in. w „New York Timesie”, „Washington Post”, „The Boston Review”. Autor licznych publikacji


Ale jaka dokładnie jest rola teorii spiskowych? Podstawowa strategia to wzbudzanie wątpliwości co do tego, co w ogóle może być prawdą. Wrzucasz jakąś „teorię” do sfery publicznej i czekasz. Jeśli gazety nie będą o niej pisać i media nie potraktują jej poważnie, to będzie „dowód”, że teoria jest prawdziwa. Oraz, rzecz jasna, że media zostały przejęte przez komunistów, wrogów narodu itp. W końcu media zmuszone są ulec i pisać o teorii spiskowej, zaczynają o tym dyskutować, a to nadaje tematowi większą wiarygodność. Media są zatem w pułapce – teoria spiskowa jest jak jad wpuszczany do instytucji demokratycznych i niszczący je od środka. Zyskuje równy status z prawdziwymi teoriami.

To zatem problem postępowania mediów? Nie tylko, bo faszyści powiedzą: jacy z was demokraci i liberałowie, skoro nie chcecie dać głosu profesorom, którzy głoszą, że LGBT to pedofilia, gender to ideologia itd. Jeśli nie chcecie ich wykluczyć, grozi wam to, że ich obecność nada wiarygodność i widzialność tym poglądom.

W rankingu wolności prasy Polska była w 2015 r. na 18. miejscu, dziś jest 64., w dość nieciekawym towarzystwie. Dlaczego to mało kogo w Polsce czy na Węgrzech tak naprawdę obchodzi? U nas Republikanie wściekle atakują uczelnie, robią z nich wroga politycznego. Oskarżają, że wszędzie panoszy się k rytyczna teoria rasowa, ideologia gender i komunizm, potem niszczą np. uniwersytet w Wisconsin, czyl i jedną z najlepszych uczelni publicznych w USA, przez obcięcie funduszy i redukcję etatów dożywotnich. W Karolinie Południowej w ogóle likwidują takie etaty – i to też nikogo nie obchodzi. Po prostu to jest wróg polityczny.

Rozumiem, ale rozmaite instytucje międzynarodowe i pozarządowe piszą o tym, że polski wymiar sprawiedliwości jest podporządkowywany władzy, że wolność prasy zanika, Freedom House klasyfikuje nas jako demokrację na pół skonsolidowaną, to samo mówią polskie wydziały prawa, autorytety moralne – wszyscy sojusznicy, USA, Unia Europejska… Wszędzie jest ten sam przekaz. I co? Ludzie mają to gdzieś. Ale dlaczego? Wydawałoby się, że gdy dowiedzie się ludziom, że demokracja upada, a jej instytucje są zagrożone, to będą przerażeni i zaczną się jednoczyć w tej sprawie ponad partyjnymi podziałami. Ale ani u nas, ani u was tak się nie dzieje. Joe Biden zdecydował się nie wysuwać tej kwestii na pierwszy plan, czyli tego, że Republikanie atakują demokratyczne instytucje, bo zapewne uznał, że nie znajdzie podatnego gruntu. Coraz więcej ludzi dochodzi do wniosku, że demokracja jest nieistotna, bo ważniejsze jest, żeby rządzili właściwi ludzie.

Demokracja stoi dziś nisko w hierarchii priorytetów? Przywódca jest ważniejszy od systemu? Nie uważam, że ludzie przestają cenić demokrację. Według mnie winę ponosi dezinformacja, bo np. 75 proc. Republikanów jest zatroskanych stanem demokracji w USA, a Demokratów tylko 35 proc., choć to właśnie Republikanie ją niszczą. To zrozumiałe o tyle, że w sferze publicznej propaganda faszystowska zawsze projektuje winę na jakichś innych, np. że to opozycja jest rosyjską agenturą.

W jednym z rozdziałów „Jak działa faszyzm” pisze pan o hierarchii jako kolejnej skutecznej metodzie. O co tu dokładnie chodzi? Zwykli konserwatyści też cenią hierarchię. Przede wszystkim chodzi o to, by najwyżej cenić w społeczeństwie dominujące grupy religijne i etniczne oraz ludzi pozostających w tradycyjnych relacjach płciowych. Oczywiście to się często kłóci ze współczesną różnorodnością społeczeństw, widoczną w sferze publicznej. I teraz faszyści podnoszą lament, że w mediach nie widzimy heroicznych czynów ani męczeństwa naszych rodaków, ludzi w tradycyjnych rolach męskich i żeńskich – tylko dostajemy jakąś zeuropeizowaną czy zglobalizowaną sferę kultury z kobietami-bohaterkami, gejów wychowujących dzieci itd. Coś jest zatem nie tak. Skoro tradycyjny przekaz medialny się skończył, to znaczy, że jesteśmy wypierani i marginalizowani – i to ci, którzy kiedyś panowali.

Tak stajemy się ofiarą agresywnej mniejszości? Właśnie. W czasach wojen kulturowych mamy całą masę grup mniejszościowych, które twierdzą, często słusznie, że były lub są ofiarami przemocy czy dyskryminacji. Ale sedno faszystowskiej polityki polega na tym, że rzekomo zagrożona jest grupa dominująca. Np. katolicyzm w Polsce. Viktor Orbán twierdzi, że chrześcijanie są zagrożeni najbardziej na świecie.

Ale jak można być wielkim narodem i poniżanymi ofiarami jednocześnie? Przegrywamy i jesteśmy ofiarami, bo nie zawalczyliśmy o swoją tożsamość, nie broniliśmy naszej cywilizacji – ponieważ liberałowie nam wbijali do głów, że sama walka o to jest czymś złym. Próbowali nas omamić. I przez własną szlachetność daliśmy sobie wmówić, że liberalizm faktycznie zwycięży i zapanuje pokój na świecie. Ale tak w istocie oni chcą nas wykończyć.

Czyli ta sprzeczność – skoro tacy wielcy, to czemu przegrywają – przestaje być zauważalna? Faszyzm jest pełen sprzeczności. Np. imigranci równocześnie zabierają nam pracę i są leniwi, nie chcą wziąć się do roboty, tylko żyć na zasiłku. A ludzie często nie widzą tych sprzeczności, używają na przemian obydwu argumentów, w zależności od potrzeby. Tak było z polskim hydraulikiem we Francji – imigrant żył z socjalu i jednocześnie zaniżał płace. Wasz rząd też tego próbuje.

My jesteśmy kreatywnym narodem, możemy mieć antysemityzm bez Żydów, antykomunizm bez komunistów… Zgoda. Rządzący, którzy są jednocześnie ofiarami, to paradoks. To jest niesłychane, jak oni użalają się nad sobą, np. ruchy praw mężczyzn. W grupach dominujących lament przekracza wszelkie granice. Szczególnie w kwestiach dotyczących płci i rodziny.

Dlaczego? Bo lęki seksualne to sedno skrajnie prawicowej polityki, zwłaszcza lęk przed utratą męskości i zaburzeniem tradycyjnych ról płciowych. Niedawno ktoś na Twitterze wrzucił zdjęcie z demonstracji z transparentem głoszącym, że „za feminizmem i homoseksualizmem stoją Żydzi”. Ktoś to skomentował: ale tylko jeśli nam zapłacą!

Ale dlaczego to działa, ta cała seksualna paranoja? Mniejszości seksualne świetnie nadają się do zasiewania paniki. Pytał pan, jak to jest być imperium i upokorzonym narodem jednocześnie, albo wielkim macho, a zarazem skrzywdzoną ofiarą. Otóż wystarczy powiedzieć facetowi: popatrz, nawet nie wolno ci bronić twej kobiety i dzieci, taką jesteś ofiarą. Nie możesz być bohaterem, bo nie ochronisz ich przed homoseksualistami i imigrantami, a to znaczy, że nie jesteś prawdziwym mężczyzną.

Jak na to odpowiada państwo? Mówi: potrzebujesz wielkiego ojca, czyli państwa, które pomoże ci bronić rodziny. Wiemy też dobrze, że najłatwiejszy sposób dotarcia do emocji ludzi to powiedzieć im, że coś zagraża ich dzieciom. Np. że komuniści wypiorą im mózgi, a ideolodzy gender przerobią na homoseksualistów. A potem atakuje się instytucje, z których strony im to rzekomo grozi, jak media czy uczelnie. I to niestety działa. Bazą faszystowskich ruchów społecznych i politycznych są wyborcy spoza środowisk wielkomiejskich. Podział na miasto i wieś widać tu szczególnie mocno. No bo kto żyje w metropolii? Wiadomo, intelektualiści, geje, Żydzi i ogólnie elity, a prawdziwy lud jest gdzie indziej. Trzeba więc podbudować ego ludzi z prowincji, wmawiając im, że oni ciężko pracują, a pieniądze państwa, czyli ich pieniądze, idą na tych nierobów. My reprezentujemy wasze wartości, a wy ucieleśniacie te tradycyjne wartości…

Reprezentują wieś, a sami pochodzą z warszawskiego Żoliborza i mają doktoraty z prawa. Odpowiednicy PiS w USA, czyli na przykład Ted Cruz – był gwiazdą studenckich konkursów krasomówczych, skończył Princeton i Harvard Law School, Josh Hawley jest po Stanfordzie i Yale Law School, a Tom Cotton – po Harvardzie i na dodatek Harvard Law School. Co nie przeszkadza im opowiadać wyborcom, jak to lubią zapolować na grubego zwierza, zjeść stek i potępić wyobcowanych intelektualistów.

Kultura miesza się tu z kwestią pracy, pracowitości? No właśnie – to idea, że prawdziwy lud ciężko pracuje, nie leni się i żyje uczciwie. I dlatego zasługuje na wyższą pozycję w hierarchii, w której ponad nimi są zawsze jacyś leniwi i kradnący pieniądze i zasoby dekadenci. To też jest istota przekazu antysemickiego, że Żydzi nic nie robią, poza okradaniem państwa i wyzyskiwaniem innych ludzi. A to myślenie o ciężkiej pracy zbliża do siebie libertarian z faszyzmem.

Tak powstała w Polsce Konfederacja. Jeden i drugi człon to formy darwinizmu społecznego, dzięki czemu libertarianie dość łatwo się stają faszystami, jak to było np. z ekonomistami w Chile generała Pinocheta. Rozmawiałem też o tym z Anne Applebaum, która nie rozumiała, dlaczego tak wielu jej wolnorynkowo myślących kolegów w Polsce zostało faszystami. Ja uważam, że chodzi tu właśnie o postrzeganie pracy – po prostu faszyści mówią nie o jednostkach, tylko o tym, że pewne grupy, np. prawdziwi Amerykanie z Południa, pracują ciężej niż inne. I że państwo nie może sprowadzać jakichś nierobów z zagranicy ani utrzymywać naszych własnych na garnuszku pozostałych ciężko pracujących.


Prof. Stanley: Macie w Polsce faszystowskiego przywódcę 1 STYCZNIA 2022 Prof. Jason Stanley 2Yale University Prof. Jason Stanley, amerykański filozof z Uniwersytetu Yale, o tym, jak skrajna prawica podważa demokrację i dlaczego to się ludziom podoba. SŁAWOMIR SIERAKOWSKI: – W pana książce „Jak działa faszyzm” pada takie stwierdzenie: „Na Węgrzech i w Polsce, gdzie dopiero niedawno rozwinęły się liberalne demokracje, mamy żywe przykłady szybkiego oswajania faszyzmu”. Czy mam rozumieć, że według wyników pańskich badań my tu w Polsce mamy faszystowskie rządy? JASON STANLEY: – Macie faszystowską partię i faszystowskiego przywódcę. Otwarta zostaje kwestia, do jakiego stopnia te siły zdołały zmienić polskie społeczeństwo, podważyć zasady demokracji i przejąć wymiar sprawiedliwości, obsadzając go lojalistami jednej konkretnej partii. Krótko mówiąc, odpowiedź na pana pytanie brzmi: tak. Przy czym oczywiście faszyzmy są różne, np. włoski różnił się od niemieckiego pod wieloma względami, począwszy od tego, że włoski nie był antysemicki. To, co macie w Polsce, przypomina trochę katolicki reżim Franco, czyli starą prawicę, ale stosującą nową metodologię. To o tyle dobra analogia, że widać u was silne wpływy antydemokratycznych i integrystycznych konserwatystów społecznych. Oczywiście przez lata spierano się, czy rzeczywiście warto nazywać generała Franco faszystą, ale według mnie to jest siła, która choć istnieje w wielu społeczeństwach w różnych formach, to zawsze odwołuje się do konserwatystów.

W jaki sposób? Mówi do nich: trzeba pozbyć się demokracji, bo ona niszczy tradycję, a wy potrzebujecie naszych metod, by móc ją uratować. Jak poczytamy mowę Goebbelsa z 1935 r. pt. „Komunizm bez maski”, to on mówi właśnie do konserwatystów społecznych: to my bronimy religii przed pogańskimi i ateistycznymi masami. A przecież to, co macie teraz w Polsce, to właśnie antydemokratyczny rząd, który podsyca wciąż paranoiczną wojnę kulturową, rzekomo w obronie tradycyjnych polskich wartości.

Dlaczego zdecydował się pan użyć pojęcia „faszyzm”, skoro wszyscy dookoła dyskutują raczej o populizmie? Bo to słowo wypacza rzeczywistość i to w bardzo problematyczny sposób. To jest próba przekonania ludzi, że „to nie jest kwestia lewicy czy prawicy”, na zasadzie: przecież każdy może powiedzieć, że jesteśmy „my kontra oni”, każdy może przeciwstawiać ludzi elitom. W ten sposób relatywizuje się to niebezpieczne zjawisko. Dlatego między innymi faszyzm jest tak niebezpieczny. Oczywiście człowiekowi z Polski nie zamierzam tłumaczyć, że można mieć straszny, ale też niefaszystowski ustrój autorytarny, np. to, co w Europie Wschodniej nazywano komunizmem.

Ale dlaczego lepiej mówić o faszyzmie, a nie o populizmie? Mówienie o „populizmie” niesie za mało treści, można nim objąć wszystko i nic, włączając w to lewicowców – to zupełnie bez sensu, bo nazywa się w ten sposób np. Berniego Sandersa, który nie jest żadnym zagrożeniem dla demokracji. W Polsce Donald Tusk też przyznawał się do liberalnego populizmu. Jeśli więc Tusk i Kaczyński są populistami, to używanie tego pojęcia traci sens.

W takim razie powiedzmy, jakich metod używają faszyści i co wyróżnia ten sposób działania politycznego. W książce pokazuje pan 10 takich cech. Zacznijmy może od najważniejszej. Wspólną dla wszystkich ruchów faszystowskich metodą jest kreowanie strachu i lęku, uprawianie polityki lęku i strachu. Przypominana w książce mowa Goebbelsa to świetny przykład: on głosi, że bolszewicy są tuż-tuż, że wszystkim nam zagrażają, udają tylko liberałów, ale to ściema, bo tak naprawdę chcą nawrócić wasze dzieci na homoseksualistów i komunistów wszelkimi dostępnymi metodami. Zaczyna się zawsze od jakiejś mitycznej przeszłości – byliśmy kiedyś jednym, wielkim narodem, lecz zostaliśmy upokorzeni. Upokarza nas teraz globalizacja, imigracja, liberałowie, homoseksualiści. Te siły wspólnie niszczą wspaniałą, patriarchalną przeszłość, którą należy przywrócić pod naszym przywództwem.

Czyli taką, gdzie mężczyźni byli męscy, kobiety kobiece, każdy znał swoje miejsce… Tak, przy czym ta przeszłość mityczna to nie tylko konserwatyzm społeczny. Tam zawsze mówi się też o dawnej wielkości narodu. Widać to dobrze na Węgrzech z ich legendą Trianon: były kiedyś Wielkie Węgry, a potem utraciliśmy nasze imperium, poniżono nas, więc musimy je odzyskać, nawet kosztem rozmontowania demokracji liberalnej.

Jakie są kolejne metody? Bardzo charakterystyczne jest też odwracanie kota ogonem – permanentnie i bezwstydnie oskarżasz drugich o to, co sam robisz. Dla mnie np. to było dość niespodziewane, że w tak wielu krajach, np. na Węgrzech, w USA, Rosji czy Brazylii, faszystowski kandydat prowadził kampanię antykorupcyjną. Putin grał tym w 2011 r., Trump w 2016, także Bolsonaro, mimo że faktycznie to oni byli najbardziej skorumpowani ze wszystkich.

Z naszych badań w Polsce wynika, że jeśli korupcja służy naszemu obozowi, np. pozwala budować jego siłę i zasoby, nie ma na celu korzyści prywatnych, to dla wyborców nie problem. Jeśli nasi kradną, to w porządku – tak, stawiam podobną tezę w mojej książce. Dla faszystów korupcja co do zasady występuje wtedy, kiedy niewłaściwi ludzie czerpią korzyści; jeśli robią to swoi, mamy wtedy walkę z korupcją. William Du Bois, działacz na rzecz praw Afroamerykanów, mówił o tym tak: uczyli mnie w szkole, że Rekonstrukcja po wojnie secesyjnej się nie udała, bo czarni nie byli gotowi do demokracji. Kiedy tylko zostawali burmistrzami czy gubernatorami, od razu się korumpowali. Ale o co tak naprawdę był to zarzut? O to, że czarni mogą zająć pozycje władzy!

A dlaczego faszyści przyswajają i przejmują te wszystkie pojęcia, jak wolność, równość, przejrzystość, zamiast powiedzieć wprost, o co im chodzi? Powiem tak: jedyna definicja populizmu, którą akceptuję, nie ma nic wspólnego z podziałem na lud i elity. Sformułował ją badacz faszyzmu Federico Finchelstein, autor książki „From fascism to populism in history”, który określa populizm jako taki faszyzm, w którym nie fałszujesz wyborów i udajesz demokratę. Czyli dla niego słowo populizm znaczy właściwie to samo, tylko z powoływaniem się na te wszystkie ideały, o których pan wspomniał. Faszyści w Polsce uzasadniają przejęcie mediów publicznych jako realizację zasady pluralizmu. Przejmują sądy, żeby je rzekomo usprawnić i wyczyścić z nieuczciwych sędziów.

Przecież poza fanatykami i tak wszyscy wiedzą, że chodzi o walkę z opozycją, a nie żadną równość w mediach. Dziś każdy twierdzi, że te ideały są jego własnymi, nawet Putin. Jeśli ktoś w swojej propagandzie odcina się od np. wolności, to musi włożyć bardzo dużo wysiłku, by przekonać swój elektorat, że nie warto do niej dążyć. Trzeba za to przepuścić „wolność” przez jakąś ideologię, to może być neoliberalizm, to może być rasizm, co sprawi, że będzie znaczyła coś zupełnie innego. Np. „wolność religijna” to sposób na zakwestionowanie praw gejów.

Oni to robią cynicznie? Niekoniecznie, bo jak ktoś jest wyznawcą jakiejś ideologii nieliberalnej, to filtrowane przez nią ideały l iberalne będą wyglądały inaczej. Ciekawie zwracają na to uwagę czarne intelektualistki: przez wiele dekad czarni myśliciele i myślicielki konfrontowali się z faktem, że wielcy przedstawiciele liberalizmu byli zarazem zwolennikami niewolnictwa lub wprost posiadali niewolników. Taki John Locke. Nie można mu odmówić praw autorskich do liberalizmu, ale według niego tylko pewne grupy ludzi zasługiwały na te wszystkie wolności, o których mówił. Zatem takie wypaczone widzenie wartości to nie tylko kwestia technologii władzy – niemal każdy klasyk liberalizmu uważał, że niewolnictwo i kolonializm były moralnie w porządku.

Kolejną metodą, którą opisuje pan w książce, jest antyintelektualizm. Kiedy Uniwersytet Yale próbował założyć uczelnię w Singapurze, to mu się nie udało – rząd ją przejął kilka tygodni temu po pięciu latach działalności. Nie możesz mieć wolnej, demokratycznej instytucji w faszystowskim państwie, bo musisz mieć tylko jedną opowieść, własną. Dlatego atakujesz instytucje edukacyjne, zwłaszcza szkoły i uniwersytety, bo to miejsca, gdzie ludzie kreatywnie myślą i krytykują mity o przeszłości, opowieści o tym, komu należy się wolność itd. To jest powód, dla którego autorytarne społeczeństwa nie mają wolnych uczelni. Antyintelektualizm często łączy się z jakaś formą katolickiego integryzmu. W Brazylii prezydent mówi, że nie ma czegoś takiego jak świeckie państwo.

Chrystus został u nas koronowany na Króla Polski. A w latach 30. nazistom w Niemczech udało się skłonić skrajną katolicką prawicę, by ich popierała. I tak ten antyintelektualizm to też część historii Kościoła. No a skoro decyzje polityczne i rządy sprawowane są z woli Boga, no to nie ma wyjścia, jak tylko zaatakować instytucje demokratyczne, podobnie jak wolne media i uniwersytety.

Wiele miejsca poświęca pan w książce teoriom spiskowym. Muszę powiedzieć, że Polska była tu dla mnie wzorem. Ktoś z Polski przysłał mi kiedyś listę 26 różnych teorii spiskowych na temat zamachu w Smoleńsku. I w ogóle właśnie poprzez teorie spiskowe zrozumiałem, co się tak naprawdę dzieje w USA. Wcześniej byłem przez 15 lat profesorem filozofii, pisałem o epistemologii, filozofii języka itp. Aż w 2010 r. napisałem pierwszy artykuł dla „NYT” o tzw. birtherach, zwolennikach teorii, że prezydent Obama nie urodził się w Ameryce. Koryfeuszem tej teorii był nie kto inny jak Donald Trump. Od tego zaczął swoją drogę do prezydentury.



Rozczarowani Zaangażowani w pomoc Polacy dość szybko zaczęli otrzymywać wiadomości, że znajomi Afgańczycy z dnia na dzień wyjeżdżają z Polski. „Jestem już w Niemczech” – pierwsze takie esemesy Joanna Kasprzak-Dżyberti z Suchego Boru dostawała zaledwie po tygodniu, od kiedy Afgańczycy wyjechali od nich z kwarantanny. Z jej znajomej grupy 70 osób w Polsce zostały zaledwie dwie rodziny.

Dominika Springer od pierwszych dni pilotowała dziesięcioro swoich najbliższych współpracowników, których poznała w czasach, gdy pracowała w Afganistanie. Wśród nich byli wykładowcy akademiccy, dziennikarze, działacze na rzecz praw człowieka, lekarze. Dziś żadnej z tych osób już u nas nie ma. Większość wyjechała do Niemiec, jeszcze zanim otrzymała decyzję o nadaniu statusu uchodźcy.

Andrzej Meller podkreśla, że decyzje o wyjeździe Afgańczyków często były nagłe, nie uprzedzali nikogo o swoich planach. – Można było odnieść wrażenie, że są roszczeniowi. Staraliśmy się znajdować dla nich mieszkania poza ośrodkiem. Robiliśmy zapisy. Czasem okazywało się, że jest mieszkanie, ale rodzina w międzyczasie znikała – wspomina.

Jednak – jak podkreśla Dominika Springer – to nie roszczeniowość leżała u podstaw decyzji wielu Afgańczyków o wyjeździe, tylko ogromne rozczarowanie tym, co ich spotkało po przyjeździe do Polski. To nie były przypadkowe osoby, były zweryfikowane przez polskie służby, a tymczasem trafiły do ośrodków tak samo jak wszyscy inni cudzoziemcy. Dopóki nie mają statusu uchodźcy, nie mogą legalnie pracować, dostają tygodniówkę wysokości kilkunastu złotych, nikt z nimi nie rozmawia, niczego nie proponuje, państwo, które ich sprowadziło, nie jest nimi zainteresowane. Najtrudniejsze – według słów Dominiki Springer – jest to dla wojskowych i policjantów, czyli tych, którzy byli najbliżej z polskim kontyngentem, byli szkoleni przez polskie służby i przez ostatnie lata zawsze słyszeli, że są przyjaciółmi, sojusznikami Polski i że jeśli będą lojalni, to Polska będzie również lojalna wobec nich.

Wielu Polaków, ich dawnych towarzyszy broni z Afganistanu, czuje bezsilność i wstyd w związku z tym, co się dzieje. – Próbowaliśmy zwracać się do różnych jednostek w ich sprawie. Żandarmeria wojskowa powiedziała, że może dać psychologa. To wszystko. A przecież oni mogliby robić cokolwiek związanego ze służbami mundurowymi, które mają duże braki kadrowe, mogliby być pracownikami cywilnymi. Jeden z wojskowych pracujących na polsko-białoruskiej granicy powiedział, że bardzo by mu się tacy ludzie przydali. Ale nie wiadomo nawet, do kogo z taką propozycją się zwrócić. Nikt nie jest nimi zainteresowany, nie widzi potencjału tych osób. Gdy po wojnie w Iraku sprowadzono do Polski irackich tłumaczy, ich sytuacja też była trudna, ale przynajmniej MON załatwił im mieszkania. Tutaj wszystkie instytucje się odcięły – opowiadają anonimowo dawni towarzysze broni, bo nie chcą mieć problemów w pracy.

I dodają, że historia ucieczki z Polski gen. Muhammada Haidara Nikpaia, dowódcy wojsk specjalnych, krąży między żołnierzami służącymi w Afganistanie jak przypowieść. Po drugiej wojnie światowej polscy generałowie w Anglii klepali biedę, pracowali jako barmani i magazynierzy. Afgańscy generałowie z Polski uciekają.

W zawieszeniu Według danych Urzędu ds. Cudzoziemców (stan na 8 grudnia 2021 r.) status uchodźcy otrzymało 739 ewakuowanych obywateli Afganistanu. Jedna osoba czeka jeszcze na wydanie decyzji. Z pomocy socjalnej urzędu korzysta prawie 700 ewakuowanych obywateli Afganistanu, a z możliwości zakwaterowania w ośrodkach dla cudzoziemców – 430 osób. Afgańczycy, którym został już nadany status uchodźcy, mają teraz prawo do ubiegania się o pomoc socjalną z Indywidualnego Programu Integracyjnego, za który odpowiada Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej, za pośrednictwem Powiatowych Centrów Pomocy Rodzinie. Pomoc trwa do 12 miesięcy i obejmuje m.in. zasiłek pieniężny (od 1 stycznia 2022 r. to od 721 do 1450 zł w zależności od liczby osób w rodzinie), bezpłatną naukę polskiego, składki zdrowotne czy pomoc w znalezieniu pracy. MRiPS deklaruje, że pracownicy PCPR-ów odwiedzają uchodźców w ośrodkach, i podaje, że jak na razie Afgańczycy złożyli prawie 200 wniosków o wsparcie z programu IPI.

– Jest tylko jeden problem – mówi Dominika Springer. – Aby móc wejść do IPI, konieczne jest zamieszkanie poza ośrodkiem dla cudzoziemców, a więc większość Afgańczyków, która została w Polsce, na razie wciąż nie może z niego skorzystać. To jak kwadratura koła – nie mogę wejść do programu, który może mi pomóc w opłaceniu mieszkania, bo nie mam mieszkania, nie mam mieszkania, bo nie mam pracy, nie mam pracy, bo mieszkam w ośrodku na odludziu, nie znajdę pracy, dopóki się z niego nie wyprowadzę, a nie wyprowadzę się, bo nie mam dokąd.

Dlatego najważniejszą rzeczą, jaką zajmują się teraz pomagający Afgańczykom Polacy, jest znajdowanie im mieszkań do wynajęcia oraz pracy. Najbardziej potrzebne – jak podkreślają – są duże mieszkania i domy, bo afgańskie rodziny są liczne i nie chcą się rozdzielać. Dotychczasowe miejsca udało się pozyskać głównie dzięki prywatnym osobom, które oferują swoje lokale, lub z pomocą samorządów. Ostatnio w ten sposób jedna z rodzin – prawnika, byłego pracownika afgańskiego MSW, który ma chorego synka – trafiła do Bielska-Białej. Mieszka na razie w mieszkaniu prezydenta miasta, a docelowo ma otrzymać mieszkanie komunalne. Inny przykład to 10-osobowa rodzina, której duże mieszkanie w Górze Kalwarii oraz pracę dla kilku osób w jednym ze swoich hoteli zapewnił Władysław Grochowski, prezes firmy Arche. Andrzejowi Mellerowi dzięki przychylności znajomych udało się załatwić pracę w Warszawie dwóm Afgańczykom – jeden trafi do firmy z branży energetycznej, drugi jest złotą rączką w szkole.

– To jest takie dzierganie, jedna rodzina tu, jedna tam. Zawsze jest radość, że komuś udało się pomóc, ale zdecydowanie nie tak to powinno wyglądać. Rząd chwali się, że sprawnie zorganizował ewakuację. Że statusy uchodźców zostały przyznane szybko – niektórzy rezydenci ośrodków czekają na nie po kilka lat. Ale nie spowodowało to żadnej zmiany w dotychczasowym systemie opieki nad cudzoziemcami. A wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że pokazało, że z takimi nagłymi, kryzysowymi sytuacjami jako państwo radzimy sobie coraz gorzej – mówi Agnieszka Kosowicz.

Teraz, gdy niemal wszystkim ewakuowanym do Polski Afgańczykom przyznano statusy uchodźców, nie mają oni już tak naprawdę żadnych przeszkód, aby podróżować i osiedlać się w całej Europie. Ci, którzy nie czekali na zakończenie procedur, prawdopodobnie do Polski niedługo znów trafią – zostaną zawróceni w ramach systemu dublińskiego.

Niektórzy chcą być lojalni i wciąż próbują swoich sił w Polsce. Jak np. Qadir i Jafar, rezydenci ośrodka dla cudzoziemców w Dębaku. 40-letni Qadir to podoficer policji afgańskiej, odznaczony za zasługi przez polskie dowództwo w Afganistanie, talibowie wydali na niego wyrok śmierci. Jego brat, 30-letni Jafar, również jest podoficerem policji, rannym w twarz w walkach z talibami, potrzebuje pilnej operacji. Jeszcze w listopadzie bracia zdecydowali się napisać list w swojej sprawie do ministra spraw wewnętrznych.

„Panie Ministrze, proszę o umożliwienie nam odwdzięczenia się Polsce za uratowanie życia, możemy tego dokonać, wspierając swoją wiedzą i doświadczeniem polską policję tu, na miejscu, i gdziekolwiek, gdzie uzna Pan to za właściwe. Jesteśmy gotowi uczyć się, aby spełnić wymagania, dzięki którym będziemy mogli znów pracować w policji, w naszej nowej ojczyźnie. (…) Nie chcemy nic za darmo, chcemy pracą i służbą zostać obywatelami kraju, który dał nam opiekę i schronienie w tak trudnym czasie – potrzebujemy jednak pomocy na początku tej drogi. Jeżeli mógłbym prosić, Panie Ministrze”. Qadir i Jafar wciąż czekają na odpowiedź.

Polityka 1/2.2022 (3345) z dnia 28.12.2021; Społeczeństwo; s. 52 Oryginalny tytuł tekstu: “Sami sobie” Marta Mazuś


Co się stało ze ściągniętymi do Polski afgańskimi współpracownikami naszej armii? 28 GRUDNIA 2021 W ciągu kilkunastu dni 44 lotami trafiło do nas prawie 1,1 tys. Afgańczyków.

Mijają cztery miesiące, od kiedy do naszego kraju zostali ewakuowani Afgańczycy, współpracownicy polskiej armii i dyplomacji. Premier mówił, że Polska nie zostawia swoich przyjaciół w potrzebie. Zostawiła. Kompletnie. Co najmniej jedna trzecia z nich już opuściła Polskę. Wyjechali wykładowcy uniwersyteccy, dziennikarze, tłumacze. Oprócz nich pracownicy NGO-sów działający na rzecz praw człowieka, lekarze, farmaceuci, dużo wojskowych, sporo policjantów. Wysoki rangą generał, dowódca wojsk specjalnych Muhammad Haidar Nikpai, też już stąd wyjechał. „Nie rozumiem waszego rządu” – napisał do swoich dawnych współpracowników w pożegnalnym esemesie.

Jeszcze kilka miesięcy temu, w sierpniu 2021 r., była euforia. Tworzone przez Polaków pracujących w ostatnich latach w Afganistanie listy miejscowych współpracowników chcących uciec z kraju, w którym rządy przejęli talibowie, rozrastały się błyskawicznie. Zweryfikowani przez MSZ, razem ze swoimi rodzinami – żonami, starszymi rodzicami, małymi dziećmi – z narażeniem życia przedzierali się przez checkpointy i tłoczyli pod murem lotniska w Kabulu. Było nawigowanie ich przez telefony z innego kontynentu. Były opracowane specjalne systemy znaków – tabliczki, kartki, umówione hasła, napisy na rękach – dzięki którym polscy żołnierze z kilkutysięcznego tłumu mogli wyłowić tych, którzy mieli trafić do Polski.

W ten sposób w ciągu kilkunastu dni 44 lotami trafiło do naszego kraju w sumie prawie 1,1 tys. Afgańczyków, których polski rząd od początku nazywał sojusznikami. W skrócie można o nich powiedzieć, że to afgańska elita, pracująca, wykształcona, znająca języki. Po zakończonej ewakuacji premier Mateusz Morawiecki mówił, że Polska nie zostawia swoich przyjaciół w potrzebie i że sprowadzone osoby na Polskę zawsze mogą liczyć. Rząd zapowiadał stworzenie międzyresortowego zespołu, mającego przygotować specjalny program adaptacji i wsparcia dla ewakuowanych, i na początku września Rada Ministrów przyjęła nawet w tej sprawie dwie stosowne uchwały.

– Myśleliśmy, że zacznie się czas konsultacji, jakaś debata, spotkanie z tymi, którzy znają ewakuowane osoby i mogą podpowiedzieć, jak im najskuteczniej pomóc, ale też jak wykorzystać ich umiejętności i potencjał na korzyść naszego kraju. Przygotowaliśmy nawet takie pisma z sugestiami i rozesłaliśmy je do Kancelarii Premiera, MSWiA, Urzędu ds. Cudzoziemców. Nikt się jednak w tej sprawie do dzisiaj do nas nie odezwał – mówi Dominika Springer z fundacji HumanDoc, która od początku pomagała przy ewakuacji Afgańczyków. I pomaga im nadal. Bez tej, jak mówi, oddolnej pomocy prywatnych ludzi – a jej słowa potwierdzają inni zaangażowani w ewakuację i pomoc Afgańczykom – sprowadzeni do Polski „sojusznicy” byliby pozostawieni zupełnie sami sobie. Na jakikolwiek zorganizowany, spójny, przemyślany, państwowy system wsparcia od początku nie mogli bowiem liczyć.

Porozrzucani – Pamiętam, jak do nas trafili. Urzędnicy chcieli, aby to była tajemnica. Ale to były dwa autokary, około 70 osób, które przyjeżdżają nagle i wysiadają na środku wsi. Jaka tajemnica? – wspomina Joanna Kasprzak-Dżyberti ze Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Wsi Suchy Bór.

Suchy Bór, wieś w województwie opolskim. Tamtejszy ośrodek wypoczynkowy to jedno z miejsc, do których przyjechali Afgańczycy, aby odbyć kwarantannę po przylocie do Polski. Część z ewakuowanych od razu została umieszczona w docelowych ośrodkach, prowadzonych przez Urząd ds. Cudzoziemców, ale dla większości nie było tam po prostu miejsca. Rozlokowano ich więc w rozmaitych budynkach w całym kraju – hotelach czy bursach szkolnych, pełniących funkcję obiektów zbiorowych kwarantann. O ile w ośrodkach dla cudzoziemców kadra przyzwyczajona jest do przyjmowania przybyszów z innych krajów, o tyle już np. w podstarzałych ośrodkach wypoczynkowych niekoniecznie, a o przyjeździe grup Afgańczyków ich właściciele dowiadywali się zwykle z dnia na dzień. Wiele zależało od dobrej woli i szczęśliwych zbiegów okoliczności. W Suchym Borze od początku kluczową rolę w zaopiekowaniu się przybyszami odegrali lokalni wolontariusze.

– Na 150 osób, które w sumie trafiły do naszego województwa, wojewoda oddelegował dwóch ludzi z Centrum Zarządzania Kryzysowego. Oni byli pościągani z urlopów, nie wiedzieli, w co mają ręce włożyć. To my, okoliczni mieszkańcy, Afgańczyków ubraliśmy, dokarmialiśmy, wyposażyliśmy w telefony, karty SIM, sprowadzaliśmy do nich lekarzy. Oni nie mieli dosłownie nic, niektórzy byli w samych klapkach, i po podróży do Polski byli wyczerpani – wspomina Joanna Kasprzak-Dżyberti.

Z powodu wyjątkowego zaangażowania mieszkańców w pomoc o Suchym Borze zrobiło się głośno na całą Polskę. Ale podobnie było też w innych miejscach. Ludzie dowiadywali się, że w ich okolicę trafiły afgańskie rodziny, robili zrzutki dla zajmujących się nimi fundacji lub sami wozili samochodami potrzebne rzeczy – od paczek ryżu, przez pieluchy, ubrania, po zabawki dla dzieci. Joanna Kasprzak-Dżyberti nie ukrywa, że przez dość krótki czas bardzo zżyli się z Afgańczykami. Nie może zapomnieć szczególnie ostatniego wieczoru ich kwarantanny, gdy zorganizowali pożegnalne ognisko. Nagle jeden z chłopaków przybiegł z wiadomością, że był atak talibów na ich okolicę i przed chwilą kilkunastu członków jego rodziny zginęło. – Wszyscy wtedy płakaliśmy – wspomina.

– Po 10 dniach wielu Afgańczykom ciężko było opuszczać miejsca kwarantann. Przyzwyczaili się do nich, zaprzyjaźnili z miejscowymi. Nagle zostali stamtąd zabrani i przewiezieni do docelowych ośrodków w zupełnie innych częściach Polski, gdzie wszystko musieli poznawać od nowa. – opowiada Dominika Springer.

Odizolowani Informacje na temat szczepień przeciw covid i profilaktyce covidowej? Niektórzy Afgańczycy dostawali je po polsku. Lekcje polskiego? Jedna lub dwie godziny w tygodniu, w zależności od tego, czy w ośrodku działa jakaś organizacja pozarządowa. Odpowiedź pracownicy jednego z ośrodków na prośbę o pomoc jednej z rodzin? „Proszę pani, co ja mogę, jak my na kilkaset osób jesteśmy dzisiaj dwie”. To wszystko przykłady z całej Polski, zbierane przez osoby pomagające Afgańczykom, którzy rozlokowani zostali w ośrodkach prowadzonych przez Urząd ds. Cudzoziemców, gdzie przez kolejne tygodnie mieli oczekiwać na wydanie decyzji w sprawie nadania im statusu uchodźcy.

Ośrodki te nie sprzyjają adaptacji i integracji cudzoziemców, są wyizolowane, położone w lasach, z daleka od większych miast, brakuje w nich kadry – polskie NGO-sy mówią o tym nie od dzisiaj. Agnieszka Kosowicz, prezeska Polskiego Forum Migracyjnego, wspomina, że w pierwszych tygodniach pobytu Afgańczyków w Polsce razem z grupą pracowników fundacji zrobiła objazd po ośrodkach, aby zorientować się w sytuacji. – Główną rzeczą, która od razu rzucała się w oczy, był głód informacji. Ci ludzie nic nie wiedzieli. Gdzie właściwie trafili, ile czasu tu będą, jakie etapy będą musieli przejść, aby móc legalnie zostać i pracować w Polsce, jakie prawa im przysługują. Ewidentnie nikt z nimi nie rozmawiał, a oni bardzo tego potrzebowali – mówi Agnieszka Kosowicz.

Z drugiej strony na temat Afgańczyków niewiele wiedzieli sami pracownicy ośrodków. Ich dotychczasowe doświadczenia dotyczą głównie grup rosyjskojęzycznych (Czeczenów, Białorusinów). – Po cichu skarżyli się nam, że nie mogą złapać kontaktu z nowymi rodzinami i że nie rozumieją niektórych ich zachowań, np. tego, że dzieci biegają same i opiekują się sobą nawzajem, denerwowali się, że są niedopilnowane – wspomina Dominika Springer.

Aby poradzić sobie jakoś z panującą w ośrodkach dezorientacją, zaangażowani Polacy wymyślali różne sposoby. Podróżnik i reporter Andrzej Meller, razem z żoną, zajął się wsparciem dla ośrodka w Łukowie – tam przebywał jeden z ich znajomych ewakuowanych do Polski. Spisali wszystkie rodziny afgańskie z ośrodka i gdy zgłaszali się do nich Polacy chętni do pomocy, łączyli rodzinę polską z afgańską. W ten sposób każdy miał swojego anioła stróża. Z kolei Dominika Springer, razem z innymi działającymi przy ewakuacji Polkami, założyły na Facebooku specjalną grupę, na którą – dzięki pomocy zaprzyjaźnionych tłumaczy – wrzucały różne informacje w językach dari, paszto i po angielsku na temat życia w Polsce oraz odpowiedzi na najczęściej powtarzające się pytania Afgańczyków, np. o wydawane im po polsku dokumenty. Podobną grupę na FB stworzyła też fundacja Polskie Forum Migracyjne.

Nikt nie zdążył, niestety, umieścić nigdzie żadnych ostrzeżeń dotyczących jadalności niektórych gatunków grzybów w polskich lasach. Już pod koniec sierpnia, zaledwie kilka dni po ogłoszonym przez rząd końcu ewakuacji, kilkoro Afgańczyków, w tym m.in. dwoje dzieci Mohammada – księgowego współpracującego z brytyjskim wojskiem, który z rodziną trafił do Polski tylko na jakiś czas i docelowo miał być relokowany do Wielkiej Brytanii – zatruło się grzybami, które znaleźli na terenie ośrodka w Dębaku. Po kilku dniach chłopcy zmarli w szpitalu. Rodzina twierdziła, że byli po prostu głodni i szukali czegoś dodatkowego do jedzenia.


A jaki jest osobisty majątek Łukaszenki? Cała Białoruś to jego osobisty majątek. On tak uważa. Może odebrać każdą firmę, może dać w prezencie ziemię, mieszkanie podwładnemu. Wszystko może.

Kiedyś chwalił się, że oddaje państwu maybacha, którego dostał w prezencie. Czyli oddał go samemu sobie? On nie zakłada, że kiedyś odejdzie. Po co mu „prywatna” limuzyna, skoro nie planuje być nigdy „prywatną” osobą.

Mówi się, że oligarcha Władimir Pieftiew jest „portfelem” Łukaszenki. Tak się mówi. Pieftiew dorobił się m.in. na handlu bronią.

Bogaty człowiek. Dziennikarze znaleźli np. kilkanaście mieszkań należących do jego rodziny w Londynie. Ale być może kiedy Łukaszenka przyjdzie do niego po kasę, Pieftiew powie mu: „Chłopie, ale ja cię nie znam”. Muammar Kaddafi też niby był wszechmocny… Kaddafi śni się Łukaszence? Tak. Boi się losu Kaddafiego i Saddama Husajna. Czasem nawet mówi, jakie to straszne, że niewdzięczni ludzie tak z nimi postąpili. Boi się zemsty obywateli albo procesu w stylu Norymbergi.

Kiedyś będzie musiał odejść. Jak to się odbędzie? Ugnie się tylko pod silnym naciskiem, kiedy świat solidarnie wystąpi przeciwko niemu. Powinien dostać zarzuty za zbrodnie przeciw ludzkości i międzynarodowy terroryzm. To może zmusić go do ustąpienia. Albo zmusi jego protektora Władimira Putina do tego, żeby go zdjął ze stanowiska.

Który scenariusz jest bardziej prawdopodobny? Dla Białorusinów byłoby najlepiej, gdyby sami mogli osądzić Łukaszenkę i jego generałów. „Zabranie” go przez Rosję i mianowanie stamtąd kogoś nowego nie byłoby najlepszym rozwiązaniem. Ten drugi scenariusz jest na razie bardziej prawdopodobny, ale pracujemy, by ziścił się ten pierwszy.

Czy on pana lubił? Nie wiem, dlaczego miałby mnie lubić albo nie lubić. Byłem urzędnikiem, pracowałem dla państwa. Stawałem się coraz bardziej znany i Łukaszenka chyba się mnie obawiał. Dlatego w 2012 r. przestałem być ministrem i wyjechałem na kolejną placówkę.

Ambasadorem został pan w wielu 29 lat, ministrem kultury w wieku 35 lat, był pan najmłodszy, obiecujący. Byłem też jedynym ministrem, który mówił po białorusku. Młodzi ludzie na wysokich urzędach byli jakąś nadzieją na ewolucyjną zmianę.

Współpracował pan z dyktatorem. Jak pan sobie to tłumaczył? Że pracuję na rzecz kraju. Jako minister dbałem o białoruską kulturę, starałem się przeciwstawiać cenzurze. Zainicjowałem sporo demokratycznych reform. Kilka razy na znak protestu wobec decyzji dyktatora podawałem się do dymisji, ale nigdy nie zostały przyjęte. A samodzielne odejście oznaczało więzienie. Natomiast w MSZ, no cóż… Profesjonalna dyplomacja polega na tym, że pracuje się niezależnie od tego, czy dana władza ci się podoba. Byłem np. rzecznikiem MSZ. Nie chciałem tego stanowiska, bo wiedziałem, że będę musiał kłamać.

Ale był pan rzecznikiem i musiał pan kłamać. Tak. Moja rezygnacja nastąpiła późno. Ale lepiej późno niż wcale.

Był pan w systemie… Byłem, odszedłem i poprosiłem Białorusinów, żeby mi wybaczyli.

ROZMAWIAŁ PAWEŁ RESZKA


Paweł Łatuszka – lat 48, był ministrem kultury Białorusi, a także ambasadorem w Polsce, we Francji i Hiszpanii. W sierpniu 2020 r. publicznie poparł protesty przeciw Aleksandrowi Łukaszence. Wyjechał z kraju. Jest członkiem prezydium opozycyjnej Rady Koordynacyjnej i przewodniczącym Narodowego Zarządu Antykryzysowego Białorusi.

Polityka 52.2021 (3344) z dnia 20.12.2021; Świat; s. 74 Oryginalny tytuł tekstu: “Bal z dyktatorem”


Rozmowa z Pawłem Łatuszką, byłym ministrem kultury i ambasadorem Białorusi, dziś opozycjonistą, o tym, jak się pije z Łukaszenką i czego boi się dyktator. PAWEŁ RESZKA: – Jesteście na „ty”? PAWEŁ ŁATUSZKA: – Nie mogłem z nim być „na ty”. Byłem urzędnikiem, ambasadorem, ministrem. Ciekawe, że Aleksandr Łukaszenka właściwie wszystkim mówił „na ty”, ale akurat do mnie zwracał się per pan.

A do niego ktoś mówi per „ty”? Chyba nikt, no może z wyjątkiem Wiktora Szejmana [wieloletni szef prezydenckiej administracji, podejrzewany o zlecanie zabójstw i porwań opozycjonistów].

Jaki Łukaszenka jest, gdy w pobliżu nie ma kamer? Pozuje na swojego chłopa.

Udaje mu się? Nie, bo trudno mu zamaskować agresywny charakter. On udaje brata łatę, a inni udają, że w to wierzą. Trzeba udawać, udawanie to szansa na przeżycie.

Co to znaczy? Łukaszenka chce, żeby ludzie, którzy są wokół niego, bali się. Jako minister podjąłem pewną decyzję bez jego zgody. Pamiętam, że zaniepokoił się tym. Szef KGB potwierdził mu, że w istocie działam przeciw niemu, a może nawet planuję samodzielną karierę polityczną. Wtedy do mnie zadzwonił: „Jeśli mnie zdradzisz, uduszę własnymi rękami”.

I po czymś takim trzeba na imprezie udawać, że człowiek dobrze się bawi? On bardzo lubi tańce. Chce, żeby wszyscy wychodzili na parkiet. Do 2010 r. istniał zwyczaj, że zapraszał rząd i najbliższych mu ludzi na imprezę noworoczną, na VI piętro Pałacu Republiki. Było ciężko, bo wszyscy przecież byli po sylwestrze. Proszę sobie wyobrazić urzędnika, który jest po sześćdziesiątce i jeszcze na kacu.

Bywało, że ktoś nie przetrwał balu z dyktatorem? O, zdarzało się, że ktoś się poważnie upił. Zazwyczaj takiego delikwenta ochrona wyprowadzała i odjeżdżał służbowym autem. Z czasem formuła przyjęć nieco się zmieniła. Łukaszenka doszedł do wniosku, że nie powinien zapraszać wszystkich ministrów. Imprezy odbywają się w ogromnej sali przy Prospekcie Pobiediteliej, w budynku utrzymywanym z pieniędzy budżetowych. I nie 1 stycznia, ale w tzw. stary nowy rok, czyli dwa tygodnie później. Zaproszenia trafiały do wąskiej grupy.

Otrzymywał pan zaproszenia? Tak. Minister kultury odpowiadał za program artystyczny.

Minister załatwia artystów i płaci za bankiet? Różnie. Bankiet opłacany jest z budżetu, resort kultury opłacał część wydatków związanych z programem. Za część mógł płacić jakiś biznesmen, ostatnio np. rosyjski oligarcha naftowy Michał Gucerijew. Łukaszenka rzucał w przelocie: „Ty zapłacisz”. Albo wysyłał szefa ochrony z wiadomością.

Mówi pan program artystyczny… Łukaszenka lubi dyskotekę. Oczywiście muzyka musi być na żywo. Najczęściej przyjeżdżają rosyjscy artyści z górnej półki. Artysta śpiewa, Łukaszenka wychodzi na środek sali, pląsa i pilnuje, żeby w jego ślad poszli inni. Kiedy artysta zakończy występ, wchodzą kelnerzy i wnoszą szklanki z wódką.

Szklanki? Owszem. On czasem ruchem ręki przywołuje kogoś, z kim chce się napić. Wtedy trzeba podejść i tę szklankę opróżnić. Pilnuje tego.

Są toasty? Tak, ale indywidualne – to wyraz lizusostwa. Ostatnio, jak ministrowie chcą się przypodobać, to biegną do stołu dyktatora i wznoszą toast na jego cześć.

Łukaszenka ma więc własny stół. Siedzą tam najbliżsi z najbliższych. Na swoje imprezy Łukaszenka zaprasza urzędników bez żon. Dba o to, żeby przy każdym stole siedziało kilka pięknych pań. Zapraszane są dziennikarki, sportsmenki, artystki i oczywiście uczestniczki konkursu Miss Białoruś. Łukaszenka osobiście decyduje, kto wygra konkurs.

Uczestniczki konkursu często potem towarzyszą Łukaszence podczas państwowych imprez. Niektóre dostają prace nawet w jego kancelarii. Jak kogoś Łukaszenka lubi, to potrafi się zaopiekować – znajdzie pracę, załatwi awans, mieszkanie. Bywasz u niego na imprezach, masz szansę na zrobienie kariery.

Łukaszenka nie boi się skandalu? Kicha na to. Wiem, że niektóre z pracownic dostawały zaproszenie „do łaźni” z szefem. Wiadomo, że po jego imprezach urzędnicy – nawet ci żonaci – wyjeżdżają z poznanymi na bankiecie paniami. On uwielbia być swatem, sadza ludzi obok siebie. Mają się zaprzyjaźnić, potańczyć.

Gdzie Łukaszenka mieszka na stałe? Najczęściej w rezydencji pod Mińskiem. Oprócz niej ma jeszcze 17 innych. W każdej ochrona, obsługa, meble – poważny koszt dla budżetu państwa.

Jak wygląda dzień dyktatora? Lubi mówić, że pracuje 24 godziny na dobę, ale to nieprawda. Zazwyczaj pracował od 12 do 16. Potem już był czas na rozrywki. Sport, oglądnie telewizji, prace w gospodarstwie domowym. Białoruś była zawsze na marginesie jego rozkładu dnia. Styl życia zmienił ostatnio pod wpływem masowych protestów.

Wystraszył się? Zdarza mu się przyjechać do pracy nawet na 9. Przypomniał sobie o jeżdżeniu po kraju, kiedyś robił to regularnie, ale zarzucił jakieś 10 lat temu. Odizolował się od ludzi, nie zrozumiał, że Białorusini przestali go popierać. Nie wyczuł, że na scenę wkroczyło nowe pokolenie. Młodzi nie kupią propagandowej bajki, że na Zachodzie jest wyzysk i bieda. Kłamstwo reżimu rozjeżdża się z doświadczeniem społecznym.

Kiedy widzę Łukaszenkę z najmłodszym synem Mikałajem podczas uroczystości państwowych, to tak jakbym widział monarchę i jego następcę. Białorusinów zawsze irytowało, że Łukaszenka zabierał go na wizyty państwowe, że ubierał w mundur. Miał taką ambicję, że syna wychowa sam. Ale muszę przyznać, że Mikałaj, kiedy go spotykałem, prezentował się jako uprzejmy młody człowiek.

Zna go pan? Jako minister kultury dostałem polecenie, by znaleźć mu nauczycielkę gry na fortepianie.

Udało się? Zadzwoniłem do rektora Akademii Muzycznej i wybraliśmy kilka kandydatek. Przyznam, że się nauczył, grał nawet potem na publicznych imprezach. Łukaszence się podobało, miał łzy w oczach. On sam grał kiedyś na harmonii i chciał, żeby syn też był umuzykalniony. Gdy byłem ostatnio dyrektorem Narodowego Teatru, Mikałaj przyszedł na spektakl. W antrakcie rozmawialiśmy o przedstawieniu. Gdy sobie tak dyskutowaliśmy, zadzwonił telefon, przybiegła ochrona i Mikałaj pośpiesznie opuścił budynek.

Co się stało? Zapytałem, dlaczego nie zostaje do końca, powiedział tylko: „Ojciec zadzwonił”. Akurat był mecz hokeja USA-Białoruś i Łukaszenka chciał pooglądać sport z synem.

Rozumiem, że Łukaszenka senior do teatru nie chodzi. W teatrze się nudzi. Bywa od wielkiego dzwonu, np. zajdzie na premierę „Jeziora Łabędziego”. Gdy przygotowywaliśmy uroczystości z okazji stulecia teatru, z kancelarii prezydenta dostaliśmy wyraźne polecenie: „Maksymalnie 40 minut”.

Wiktar i Dzmitrij, starsi synowie Łukszenki, są już w systemie władzy. Pierwszy jest doradcą głowy państwa ds. bezpieczeństwa… Wiktara pamiętam jeszcze z czasów MSZ, pracował w departamencie Europy, zajmował się Niemcami. Teraz jest generałem. A Dzmitrij jest działaczem sportowym, szefem klubu sportowego imienia własnego ojca. Czasami wybierał się np. do Francji, co powodowało sporo kłopotów.

A pan co miał do tego? Przecież byłem też ambasadorem Białorusi w Paryżu! Musiałem na przykład w trybie pilnym organizować lądowanie jak najbliżej Chamonix. Oczywiście nikt z rządu nie miał tam żadnego interesu – Dzmitrij wraz z rodziną jechał na urlop. Musiałem jakoś wytłumaczyć gospodarzom, dlaczego prezes klubu sportowego ma być traktowany jak członek władz państwowych, że będzie ochrona i że ochrona będzie miała broń. Urlop Dzmitrija trwał parę tygodni, sporo z jego wydatków było na koszt podatnika.

Łukaszenka otacza się też oligarchami. Każdy większy biznesmen musi się z nim dzielić zyskiem. Łukaszenka kiedyś powiedział, że nikt nie znajdzie za granicą jego kont bankowych. I wiedział co mówi – bo „jego” pieniądze wpływają na rachunki, które formalnie należą do zaufanych ludzi. Konta otwierane są w krajach arabskich. Zresztą większość łukaszenkowskiej elity finansowej deponuje tam pieniądze. Gdy na Białorusi protesty osiągały apogeum, białoruska oligarchia często latała do Emiratów – zabezpieczali przyszłość na wypadek emigracji.

Z jakich interesów Łukaszenka ciągnie zyski? Paliwa, papierosy, budownictwo. Zarabia nawet na eksporcie maszyn z fabryki Białaz czy ciągników z zakładów MTZ. Do tego dochodzi przemyt kontrolowany przez łukaszenkowskich biznesmenów.

Gdy w 2014 r. Rosja obłożyła sankcjami produkcję rolną z Unii, okazało się, że Białoruś jest poważnym producentem kiwi i krewetek… Tak, bo za pieniądze można sobie załatwić dokumenty, że jakiś towar jest wyprodukowany na Białorusi, a nie np. w Unii. Dzięki czemu można omijać sankcje. Stąd takie paradoksy jak białoruskie kiwi. Oczywiście dużo większe pieniądze są z przemytu ogromnych ilości paliw, papierosów, jabłek czy gruszek. Białoruskie papierosy z kontrabandy można było kupić nawet w Wielkiej Brytanii.

Wiemy np. o firmie Bremino, należy do oligarchów z otoczenia Łukaszenki, a nadzoruje ją podobno sam Wiktar. Ma zielone światło na przemyt. Właśnie w halach Bremino otwarto centrum dla migrantów, którzy usiłują forsować granicę z Polską. Łukaszenka daje jasny przekaz: „Właściciele Bremino są objęci sankcjami europejskimi, cierpią, ale i tak pomagają emigrantom”. Tak więc do przemytniczych biznesów dyktatora doszedł jeszcze handel ludzkim nieszczęściem.

Pamiętam, że inny biznesmen Jurij Czyż pokłócił się z Łukaszenką i usiłował uciekać z kraju, ale nie umknął służbom. Czyż dostawał od Łukaszenki rosyjską ropę, która szła na Białoruś po obniżonej cenie. Potem przemycał ją jako rozpuszczalnik do UE. Wszystko działało, ale Czyż zaczął brać więcej, niż mu „przysługiwało”, no i wpadł w kłopoty.

Ciekawe, że pokłóceni z władzą biznesmeni mogą wyjść zza krat, jeśli wpłacą odpowiednią sumę do budżetu. W 2016 r. Łukaszenka miał kłopoty z jego domknięciem. Szef KGB obiecał mu, że ściągnie z białoruskiego biznesu miliard dolarów – ogromne pieniądze jak na Białoruś. Działało to tak, że kogoś zamykano pod byle pretekstem i zaczynały się targi – ile trzeba zapłacić. Biznesmeni płacili (nadal płacą), żeby wyjść na wolność. Ale KGB miliarda nie udało się zebrać.


Na końcu sali, pod oknem, leży Oliwia z wodogłowiem. Ma 10 lat, przyszła do Kraszewa z ośrodka pielęgnacyjno-opiekuńczego Ufność w Częstochowie, który zajmuje się najmłodszymi pacjentami od 0 do 3 lat.

Oliwia niemal cały czas śpi albo tak się wydaje. Czasem otwiera oczy. Kontaktu nie ma z nią żadnego. Karmiona przez gastrostomię. Co jakiś czas pojawiają się zmiany na skórze i wtedy wiadomo, że Oliwia będzie chora. – Poza tym cały czas od siedmiu lat jest tak samo – mówi Weronika Felczerek.

Niechybna śmierć Trybunał Julii Przyłębskiej uznał, że terminacja ciąży w przypadku wrodzonej ciężkiej i nieuleczalnej wady płodu jest sprzeczna z konstytucją. Prezydent Andrzej Duda, próbując ratować sytuację, złożył projekt nowelizacji ustawy aborcyjnej. Zaproponował, by aborcja była „legalna jedynie w przypadku wystąpienia tzw. wad letalnych, gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na wysokie prawdopodobieństwo, że dziecko urodzi się martwe albo obarczone nieuleczalną chorobą lub wadą, prowadzącą niechybnie i bezpośrednio do śmierci dziecka, bez względu na zastosowane działania terapeutyczne”.

Kto miałby zadecydować o tym, że wada prowadzi do śmierci, nie wiadomo. Ani co właściwie oznacza „niechybnie i bezpośrednio”. – Niechybnie do śmierci prowadzi życie – mówi prof. dr hab. Maria Sąsiadek, była konsultantka krajowa w dziedzinie genetyki klinicznej. – Poza ekstremalnie ciężkimi wadami, jak np. bezmózgowie (wiemy na pewno, że nie da się żyć bez mózgu), nie jesteśmy w stanie określić czasu przeżycia ani stopnia niepełnosprawności dzieci z wadami genetycznymi. Tak często przywoływany zespół Downa może w przypadku bardzo często występujących przy tym zespole ciężkich wad serca czy innych narządów prowadzić do śmierci krótko po urodzeniu. Może dawać głęboką niepełnosprawność lub stosunkowo lekką. Dzieci z zespołem Edwardsa najczęściej umierają wkrótce po urodzeniu. Ale są pojedyncze przypadki, które dożywają do 4–5 roku. I to jest nie do przewidzenia na podstawie wyniku badania genetycznego.

Ania z zespołem Pataua żyła 10 lat, chociaż 70 proc. dzieci umiera w pierwszym miesiącu życia. Najpierw zajmowała się nią chora na stwardnienie rozsiane mama, ale gdy choroba uniemożliwiła jej normalne funkcjonowanie, musiała oddać córkę do Kraszewa.

Dwa tygodnie temu w łódzkim ośrodku preadopcyjnym Tuli Luli zmarł dwumiesięczny chłopczyk z zespołem Downa. – Miał wadę serca, ale wydawał się lekarzom stabilny, dlatego nie był w naszym hospicjum, tylko czekał na adopcję – mówi prezes fundacji Aleksandra Marciniak.

Dlatego Polskie Towarzystwo Genetyki Człowieka stanowczo sprzeciwia się tworzeniu „katalogu wad, chorób lub zaburzeń, który miałby stanowić podstawę do administracyjnej decyzji o dopuszczalności przerwania ciąży”. „Całkowicie merytorycznie i etycznie nieuzasadnione są próby rankingu chorób genetycznych pod względem obciążenia, które powodują”, przestrzegają genetycy.

Tak jakby miała wstać Rodzice Julci o tym, że ich dziecko urodzi się z wadą letalną, dowiedzieli się jeszcze w trakcie trwania ciąży. Ale na terminację było już za późno i Julcia przyszła na świat, na którym według lekarzy miała pozostać bardzo krótko.

Ma rączki bez palców, pod koszulką nie widać, że nie ma także obojczyków, ale deformacje kończyn górnych to najmniejszy problem. Siedmioletnia dziewczynka wielkości czterolatki ma wrodzone ciężkie wady ośrodkowego układu nerwowego, tzw. zespół mnogich wad lub wielowadzie, tak poważne, że lekarze mówili: umrze wkrótce po porodzie. – Do tego duża wada serca i potężna padaczka – wylicza doktor Agnieszka. – Każdy atak kończy się zatrzymaniem krążenia. Nie jesteśmy w stanie jej zresuscytować tutaj i za każdym razem lata helikopterem do Centrum Zdrowia Dziecka. Na szczęście ataki nie są częste. Ostatni był rok temu.

Każdy napad padaczkowy to olbrzymi ból. Pomijając te okropne chwile, Julcia sprawia wrażenie pogodnego dziecka i lekarka sądzi, że nie odczuwa bólu ani dyskomfortu. Nigdy nie będzie chodzić, kiedy siedzi w wózku lub pionizatorze, chudziutkie nóżki ma w ortezach. – Pracujemy tak, żeby te dzieci jak najbardziej usprawnić – mówi doktor Agnieszka. – Nie zastanawiamy się, czy to ma sens, czy nie. Zakładamy Julce ortezy, tak jakby któregoś dnia miała wstać i zrobić krok.

A Julcia jest słaba i wiotka, od niedawna dopiero zaczęła trzymać głowę. Wcześniej opadała zupełnie bezwładnie. – Ten bezruch ratuje jej życie – mówi Wiktoria Felczerek. – Gdyby się ruszała, to serce by nie wytrzymało. Ma poważną wadę serca, ale na razie nie ma decyzji o operacji. Miała przecież umrzeć tuż po narodzinach.

Jeszcze w szpitalu rodzice zrzekli się praw do dziecka, a potem złożyli zawiadomienie do prokuratury, bo ich zdaniem lekarz zbyt późno poinformował ich o wadach płodu. Sprawa w sądzie już się zakończyła. Dostali 10 tys. zł odszkodowania i kupili swojej córce specjalny wózek dla niepełnosprawnego dziecka, połączenie mobilnego siedziska z pionizatorem. Przekazali go opiekunce prawnej Julci Katarzynie Stępińskiej, wiceprezes Fundacji Odzyskać Radość i dyrektorce ekonomicznej Grupy Zdrowie, w skład której wchodzi Zakład Opiekuńczo-Leczniczy dla dzieci w Kraszewie-Czubakach, który od siedmiu lat jest domem Julci.

Polityka 46.2020 (3287) z dnia 08.11.2020; Społeczeństwo; s. 33

Oryginalny tytuł tekstu: “Przeczekalnia”