• 193 Posts
  • 47 Comments
Joined rok temu
cake
Cake day: mar 26, 2021

help-circle
rss

Finlandia i Szwecja ugięły się pod Erdoganem i w ramach przystąpienia do NATO, posyłają kurdyjską opozycję na pewną śmierć. Po raz kolejny cierpieć będą ci, o których świat milczy. …

8




Dzięki wielkie wszystkim osobom, które wzięły udział w “Queerowe Wyzwolenia - Anarchiści_stki na Paradzie Równości 2022/Queer Liberation” …


Protesty wszczęte przez rdzenną ludność Ekwadoru, trwają już dwa tygodnie. Spowodowane są wysokimi cenami paliwa i żywności, a także rosnącym nierównościom społecznym. …

2


cross-posted from: https://szmer.info/post/70495

2

Sąd Najwyższy USA uchylił #RoeVWade. Stany rządzone przez Republikanów staną się stanami wyznaniowymi, gdzie za aborcję karą będą długoletnie wyroki i dożywocie, jak w Salwadorze, albo nawet kara śmierci, bo według fanatycznie religijnej prawicy, zlepki komórek to osoby…

6

24.06.1905 roku, carskie wojska zgładziły powstanie zorganizowane przez łodzian. …

4



Czy ważne są dla ciebie wartości takie jak: …


cross-posted from: https://szmer.info/post/69632

3

Przedwczoraj w Rojavie, odbył się pogrzeb Ferhata Şiblî, zabitego w wyniku ataku tureckiego drona 17.06. w Sulajmanijach. …

4


Wczorajsze wystąpienia prawicowych posłów i posłanek, dobrze pokazują, jakie szkody na umyśle wywołują lata katolickiej propagandy. …

6



21.06.1918 roku, zmarł Edward Abramowski, psycholog, socjolog, filozof i teoretyk Anarchizmu. …



Przepraszam, źle zrozumiałem nazwę. Już zmieniam.


Zasługę skłonienia Michaiła Gorbaczowa do wycofania wojsk z Afganistanu przypisywał sobie gen. Borys Gromow. Ten ostatni dowódca rosyjskiego kontyngentu przekonywał na Kremlu, że generałowie prezydenta Nadżibullacha próbują wykorzystywać Armię Czerwoną do własnych interesów, w tym zwalczania wrogich frakcji i partyzantki. Wreszcie w 1989 r. Gromow ze swoim synem, młodszym oficerem, przeszedł przez most na rzece Amu-darii do Związku Radzieckiego – tak zakończyła się sowiecka interwencja w Afganistanie.

Rosjanie zabrali jednak wojnę ze sobą, do kraju. Przez całe lata 80. do ZSRR w znacznych liczbach docierały trumny z „gruzem-200”, jak do dziś armia rosyjska oznacza ładunki ze zwłokami żołnierzy. Gromow w zainscenizowanej scenie na moście nad Amu-darią zapewniał, że „swoich nie zostawiamy”. Ale Komitet Matek Żołnierzy Rosji, organizacja założona w 1989 r., doliczył się ponad 500 pozostawionych wojskowych. Część z nich przeszła na islam i pozostała w przybranej ojczyźnie.

W samej Rosji weterani i ich matki stopniowo zyskiwali polityczne znaczenie. Początkowo pomijani i wstydliwie chowani przez władzę, zaczęli się organizować i ostatecznie doprowadzili do tego, że rzeczywistość wojenna przebiła się przez kokon informacyjny chroniący partię komunistyczną. Głasnost, czyli polityka ujawniania wielu opinii, nieoczekiwanie została wykorzystana do opowiedzenia społeczeństwu dramatu rosyjskich żołnierzy, wysłanych na tę bezsensowną wojnę.

Afganistan złamał Armię Czerwoną i jej mit. Okazało się, że była ona w stanie stłumić powstanie cywilów w Budapeszcie w 1956 i najechać na Czechosłowację w 1968 r., ale już zawahała się przed interwencją w Polsce w 1980 r. A w starciu ze zdeterminowanym przeciwnikiem, jakim byli szczerze nienawidzący Rosjan duszmani, okazała się bezradna, choć skłonna do okrucieństwa.

Rosjanie za czasów Władimira Putina nakręcili co prawda stylizowane na Hollywood filmy o Afganistanie w rodzaju „9 kompanii”, sławiące braterstwo broni i bohaterstwo blond Rosjan patriotów, ale w rzeczywistości były to wielonarodowe oddziały z poboru, niespójne wewnętrznie i nierozumiejące się często nawzajem. Logistyka nie nadążała za manewrami wojska i ostatecznie siły zbrojne okazały się nieprzydatne do utrzymania w ryzach okupowanych narodów w Europie i Azji.

Wojna w Afganistanie nie była oczywiście jedyną przyczyną upadku Związku Radzieckiego. Równie ważną – a może i ważniejszą – rolę odegrała postawa Zachodu, zdeterminowanego do pokonania komunistów nie tylko sankcjami, izolacją i wyścigiem zbrojeń, ale również ideałami. To właśnie te ideały ostatecznie wsparły determinację Afgańczyków i wykazały słabość radzieckiej tożsamości, żyjącej fantomami imperialnymi.

Na koniec wystarczy w miejsce Afganistanu podstawić Ukrainę. Tylko Rosję można pozostawić na tej samej, nikczemnej pozycji.


Autor był polskim ambasadorem w Afganistanie (2012–14). Obecnie jest analitykiem Polityki Insight i wykładowcą Collegium Civitas. Na początku marca nakładem wydawnictwa Mando ukazała się jego książka „Talibowie. Przekleństwo czy nadzieja Afganistanu”.

Polityka 14.2022 (3357) z dnia 29.03.2022; Historia; s. 72


Przestroga dla Rosjan. Wstawmy Ukrainę w miejsce Afganistanu

Nieudane rosyjskie wojny prowadziły czasami do okresowego podupadania systemu władzy w Rosji. Czy tak będzie i tym razem?

Rosyjski specnaz nie miał daleko. Wozy opancerzone wyjechały z rosyjskiej ambasady, dołączyły do kolumny jadącej z lotniska i po autostradzie pomknęły w kierunku pałacu prezydenckiego. Żołnierze byli umundurowani, ale nie mieli rosyjskich dystynkcji. Wśród 400 ludzi był oddział specjalny, około 20-osobowy – miał dopilnować, by prezydent nie przeżył tego wieczoru.

Samochody minęły pierwszy posterunek, leżały przy nim zwłoki dwóch policjantów, których zabili sabotażyści. Kolumna podjechała w okolice pałacu, strzeżonego przez kolejne pierścienie ochrony. Bronił go garnizon złożony co najmniej z 2 tys. żołnierzy i kilku czołgów. Ściany pałacu były specjalnie wzmocnione, by wytrzymać ostrzał artyleryjski. Prezydent ze swoją rodziną mieszkał na trzecim piętrze z ochroną osobistą i najbliższą rodziną. Żołnierze zajmowali pierwszą i drugą kondygnację.

Na kolację agent rosyjskiego wywiadu, przebrany za kelnera, podał prezydentowi i jego otoczeniu truciznę. Ten natychmiast po posiłku zemdlał i Rosjanie nawet rozważali przez moment rezygnację z ataku, by uniknąć rozlewu krwi. Jednak rosyjscy szpiedzy nie zapanowali nad… swoimi agentami w otoczeniu prezydenta. Jeden z nich, lekarz, nie znał planów moskiewskiej Centrali i zrobił prezydentowi płukanie żołądka. Niedoszła ofiara trucizny ocknęła się, ale koniec był bliski.

Komando specnazu wdarło się do pałacu prezydenckiego i rozpoczęło szturm od pokoju do pokoju, z piętra na piętro. Nie jest jasne, kto zabił głowę państwa: miejscowy agent czy specnazowiec. Walki w pałacu trwały do rana i szacuje się, że zginęło w nich ok. 200 żołnierzy prezydenckiej gwardii i 100 Rosjan. Następnego dnia wyznaczony przez Moskwę następca wygłosił orędzie do narodu, zapewniając, że jego poprzednik był zwykłym zdrajcą.

Tak rozpoczęła się dziewięcioletnia rosyjska interwencja w Afganistanie. Ciało zabitego prezydenta Hafizullacha Amina Rosjanie pochowali w bezimiennym grobie pod Kabulem.

Panika Politbiura Zabójstwo Amina nie było pierwszym mordem politycznym w Afganistanie. Trzy miesiące przed śmiercią on sam nakazał udusić swojego poprzednika Nur Tarakiego poduszkami w więziennej celi. Taraki wziął władzę po rewolucji w 1978 r., która obaliła premiera Dauda – jego zwłoki (i całej jego rodziny) odnaleziono w masowym grobie dopiero w 2008 r. Sam Daud zresztą wygnał swojego kuzyna, króla Afganistanu Zachira, w 1973 r.

Właściwie nie było władcy afgańskiego w całym XX w., który zmarłby w świętym spokoju podczas sprawowania rządów. W śmierci Amina było jednak coś wyjątkowego: poprzednicy bywali truci lub zabijani przez skrytobójcę, a następcy bez większych ceregieli brali władzę i pokojowo ją sprawowali przez kolejne lata. Rosjanie rozpoczęli wojnę, która przyczyniła się do upadku dwóch państw: Afganistanu i Związku Radzieckiego.

Źródeł interwencji szukać można w Wielkiej Grze. Mianem tym określano rywalizację carskiej Rosji z Brytyjczykami kolonizującymi Indie w XIX w. Początkowo Rosjanom wystarczały prowokacje, np. wysyłanie do Kabulu poselstw, które spanikowani Brytyjczycy odbierali jako próbę wyrwania tego kraju spod ich kurateli. Rosjanie byli na tyle mądrzy, że ograniczali się do akcji szpiegowskich, widząc, że kolejne karne ekspedycje wojsk brytyjskich do Afganistanu kończyły się blamażem.

W 1979 r. role się odwróciły i to Amerykanie zaczęli „po rosyjsku” rozgrywać Rosjan w Afganistanie. Amerykański dyplomata Archer Blood spotykał się z komunistycznym prezydentem Aminem kilkakrotnie. Po jednym ze spotkań w cztery oczy napisał entuzjastyczną depeszę do Waszyngtonu sugerującą, że Amin może nawet porzucić Sowietów na rzecz Ameryki. Rosjanie prawdopodobnie dowiedzieli się o tym dzięki agentom z otoczenia Amina.

Leonid Breżniew już wcześniej rozpytywał doradców, czy interwencja wojskowa w Afganistanie jest potrzebna. Jednak po spotkaniach Blooda z Aminem sprawę przejęło KGB. Jego szef Jurij Andropow alarmował, że Amerykanie mogą rozmieścić w Afganistanie rakiety średniego zasięgu, zdolne razić bazy radzieckie w Azji Centralnej, a nawet użyć terytorium Afganistanu do ataku na ZSRR! Panika na Kremlu wzrastała w zasadzie z dnia na dzień, co wiadomo z ujawnionych w latach 90. dokumentów.

Breżniew zwołał posiedzenie wąskiego grona ówczesnych „siłowików”. Stawili się m.in.: minister obrony Dmitrij Ustinow, szef KGB Andropow i minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko. Nie dopuszczono nawet stenotypisty, dokument końcowy sporządził Konstantin Czernienko, przyszły szef KPZR. 12 grudnia 1979 r. podjęto decyzję o napaści na Afganistan.

Panika rosyjskiego Politbiura okazała się uzasadniona. Kiedy już Rosjanie zdecydowali się wtargnąć, zabić Amina i podtrzymywać słabnącą partię komunistyczną w Afganistanie, na scenę wszedł Zbigniew Brzeziński. Ówczesny doradca ds. bezpieczeństwa prezydenta Jimmy Cartera snuł wizję tzw. zielonego pasa. Chodziło o religijne pobudzenie ludów południowej rubieży Związku Radzieckiego, by – motywowane gniewem na bezbożny komunizm – podkopały imperium. Zaczęło się od jeszcze świeckiego Pakistanu, którego dyktator Zia Ul Haq rozpoczął proces „szariatyzacji” w 1978 r. Promował religię w wojsku, a kiedy w Afganistanie zaczęła się święta wojna – dżihad – z Sowietami, pozwolił na otwarcie licznych szkół religijnych na pograniczu.

Wielu Afgańczyków zapamiętało rolę Brzezińskiego. Prezydent Hamid Karzaj opowiadał niżej podpisanemu, że „kocha wszystkich Polaków, prócz tego jednego, wyjątkowego szkodnika Zbiga”. Według popularnej w Afganistanie teorii spiskowej Brzeziński sprowokował w tym kraju ekstremistyczne pobudzenie, które później wydało talibów.

Partyzanci duchy Rozpoczęta przez specnaz operacja zmiany władzy w Afganistanie szybko przekształciła się w regularną okupację. Wiosną 1980 r. kontyngent radziecki liczył już 80 tys. żołnierzy, najwięcej będzie ich w połowie lat 80., bo prawie 120 tys. Wsparci przez nich afgańscy komuniści szybko uporali się z buntami wokół Heratu i Kabulu. Wywołali je afgańscy chłopi, którzy sprzeciwiali się reformom rolnym oraz wymuszanej laicyzacji. Później dołączali do nich zdemobilizowani oficerowie oraz część młodzieży studenckiej.

Kreml sądził, że Afganistan będzie kolejnym łatwym zwycięstwem, jak wcześniej Angola, Mozambik czy Etiopia. Sytuacja ekonomiczna w Związku Radzieckim w tym czasie również lekko się poprawiła. Udało się zdusić polską Solidarność, w innych krajach bloku wschodniego Rosjanie zaczęli rozmieszczać rakiety średniego zasięgu, grożące zagładą nuklearną Europie Zachodniej. Wynikły z tego wszystkiego optymizm radzieckiego kierownictwa przekładał się na arogancję i poczucie, że ZSRR może już nadążać za Zachodem.

Dopóki w Białym Domu rządził coraz słabszy Carter, amerykańskiej odpowiedzi nie było. Dopiero Ronald Reagan podjął wyzwanie: rozmieścił własne rakiety w Europie, rozpoczął na nowo wyścig zbrojeń i nacisnął na Rosjan w Afganistanie.

A tam Rosjanom początkowo szło nawet nieźle. Przejmowali dowodzenie nad afgańskimi służbami bezpieczeństwa, wojskiem. Armia afgańska była w rozsypce, zdarzały się bunty i ucieczki żołnierzy. Rosjanie mieli też ambicje modernizacyjne: włączali kobiety do życia publicznego, reformowali szkolnictwo.

W dużych miastach, jak Kabul, Herat czy Mazar-e-Szarif, mogli sobie nawet pozwolić na luksus przechadzki po ulicach jedynie z osobistym uzbrojeniem, nienękani przez partyzantów. Zachowały się z tego czasu wspomnienia dzieci, dziś już dorosłych Afgańczyków, wielu zapamiętało radzieckich żołnierzy jako uśmiechniętych, miłych blondynów, którzy na ulicach Kabulu rozdawali cukierki „bon-bony”.

Zupełnie inaczej wyglądała wojna na wsi. To właśnie w prowincjach buntujących się coraz silniej przeciwko radzieckiej okupacji Afgańczycy najbardziej cierpieli. Rosjanie, których było za mało do opanowania tak dużego kraju, zamiast żmudnie oczyszczać wsie z pojedynczych bojowników, przeprowadzali naloty dywanowe i równali całe osady z ziemią. Częste były ataki szwadronów śmigłowców na wsie. Poszkodowani Afgańczycy wspominają, że po prostu leżeli czasem z poduszką na głowie, by nie słyszeć eksplozji, a ich bliscy byli rozrywani obok radzieckimi pociskami.

W latach 1980–85, według raportu Helsinki Watch, zginęło prawdopodobnie około miliona Afgańczyków. Oprócz bombardowań Rosjanie wysyłali oddziały zabójców do szczególnie dających im się we znaki wsi afgańskich. 200 ludzi zabitych we wsi w Kunduzie, 165 we wsi pod Kabulem, liczby te przyrastały lawinowo. Rosjanie i ich afgańscy poplecznicy chodzili od domu do domu, wrzucając przez okna granaty. Czasem ustawiali stanowiska ogniowe wokół wsi i zabijali uciekających.

Szczególnie surowo karali wsie leżące w pobliżu szlaków komunikacyjnych, na których afgańscy partyzanci zasadzali się na radzieckie konwoje. Taktyka duszmanów (afgańskich partyzantów) polegała na ataku z zaskoczenia, zniszczeniu części konwoju i rozproszeniu się w okolicznych dolinach. Rosjanie nie zamierzali jednak za nimi gonić – mieli za mało żołnierzy – skupiali się na karaniu wieśniaków. Kładli wokół wsi pola minowe, które zabijały ludzi i zwierzęta jeszcze 15 lat później.

Upadek imperium W 1986 r. radziecka interwencja już się zwijała. Nie do końca wiadomo dlaczego, ponieważ okupantom udało się ustabilizować sytuację w wielu prowincjach Afganistanu. Partyzantka, mimo coraz większego zagranicznego wsparcia, nie zyskała wystarczającej przewagi, by zagrozić władzy nowego afgańskiego prezydenta Nadżibullacha.


Okazją było też rozedrganie Sahelu – pasa rozciągającego się wzdłuż południowych obrzeży Sahary od Senegalu po Sudan. W tym regionie zmiany klimatu postępują najszybciej na świecie, co wyostrza tlące się tam konflikty czy podziały etniczne. Rosja jako siła stabilizująca, cementująca przewroty wojskowe, może jeszcze oddelegować swoich ludzi do stróżowania przy kopalniach w niebezpiecznych regionach (koncesje wydobywcze są częścią rozliczenia) albo dorzucić kredyty – to odległe plany – na budowę elektrowni atomowych.

Rosja jest przy tym w pełni świadoma swoich ograniczeń. Korzysta z wagnerowców, bo nie ma dość potencjału wojskowego, by zaangażować się na kilku frontach – jednocześnie wokół Ukrainy i jeszcze w Syrii. Nie ma też szans, by swoją propozycją eksportową rywalizować z Chinami w handlu detalicznym. Tak samo jej firmy nie stają masowo do rywalizacji o kontrakty infrastrukturalne, nie budują dróg i kolei, w czym specjalizują się Chińczycy. W przeciwieństwie do nich nie stroni od stawiania ideologicznej kontry dawnym metropoliom, zwłaszcza Francji.

Prezydent Emmanuel Macron odlicza dni do wyborów prezydenckich i podczas niedawnych rozmów na Kremlu z Putinem w sprawie Ukrainy musiał także myśleć o odcinku afrykańskim. Nie chodzi jedynie o pamięć o przeszłych wpływach, np. kopalnie uranu w Nigrze dają kilkanaście procent paliwa potrzebnego francuskiej energetyce jądrowej. Sahel jest łącznikiem południa Afryki z Europą, ale także szlakiem przerzutu tego wszystkiego, co warto sprzedać na czarnym rynku w Europie, a co mogłoby zostać przechwycone w europejskich portach. Pick-upami i ciężarówkami jadą południowoamerykańskie narkotyki. Tędy podróżują też migranci, którzy po pokonaniu Sahary wsiadają do łodzi i pontonów na brzegu Morza Śródziemnego. Kto steruje tym ruchem, decyduje o nastrojach w dalekiej Europie.

Polityka 9.2022 (3352) z dnia 22.02.2022; Świat; s. 60 Oryginalny tytuł tekstu: “Operacja Przyjaciel”


SAHEL: Rosyjska Afryka

W półtora roku doszło w Afryce Północnej do puczów lub ich prób w Burkina Faso, Czadzie, Gwinei, Gwinei Bissau, Mali, Nigrze i Sudanie. Na fot. demonstracja poparcia obecności Rosjan w Mali.

Rosyjski powrót do Afryki jest namacalny. Pod hasłem nowej dekolonizacji Kreml rozszerza wpływy w Sahelu i okolicach. Chroni junty, sprzedaje broń i bez skrupułów buduje afrykańskie przyczółki. WSudanie Kreml planuje drugą – po Syrii – zagraniczną bazę rosyjskiej marynarki. Miejscowa junta grymasi i negocjuje, ale jeśli się zgodzi, wydzierżawiony Port Sudan, określany jako niewinne centrum logistyczne, pewnie zostanie przystosowany do obsługi łodzi podwodnych o napędzie atomowym. Niby nic nadzwyczajnego, w Dżibuti, to zaraz obok, cumują okręty innych mocarstw. Ale ambitna perspektywa stałej obecności nad Morzem Czerwonym – przez które przepływa 12 proc. światowego handlu – jest dowodem, że po wieloletniej przerwie wywołanej rozpadem Związku Radzieckiego rosyjskie imperium dołącza do wyścigu o wpływy na kontynencie.

Rosja sprawnie wykorzystuje bałagan wywołany serią wojskowych zamachów w Afryce Północnej. W półtora roku doszło tam do puczów lub ich prób w Burkina Faso, Czadzie, Gwinei, Gwinei Bissau, Mali, Nigrze i Sudanie. Ogólnie wszędzie chodziło o to, że skorumpowane władze państwowe nie służyły obywatelom. I choć były różnice w szczegółach – w Czadzie zabitego na froncie prezydenta automatycznie zastąpił syn w randze generała, Burkina Faso i Mali nie radzą sobie z powstaniem islamistów, w Gwinei prezydent majstrowaniem przy konstytucji nieudanie walczył o trzecią kadencję – to wszędzie sytuację ratowała armia. W przypadku sukcesów także radośnie witana przez ulicę, zniecierpliwioną nieporadnością bądź rozmyślną degrengoladą poprzednich przywódców.

W słabych państwach wojsko bywa najsilniejszą, najlepiej zorganizowaną instytucją, ale także puczyści miewają kłopot z legitymacją władzy. Od samego zastąpienia cywili przez mundurowych zwykłym ludziom się nie poprawia. Bieda piszczy po staremu, a pojawienie się nowej elity w polityce oznacza boczny tor dla starej i – to też regionalny standard – pociąga za sobą prześladowania całych grup etnicznych. Obiecywana demokracja wcale nie chce się zmaterializować, mimo że we własnych deklaracjach wojsko interweniowało tylko po to, by w drodze wyborów oddać kraj ludowi.

I tu potrzebującym puczystom swoje usługi oferuje Rosja. Z oferty szczególnie chętnie korzysta Mali, zawiadywane przez płk. Assimiego Goitę, 39-letniego przewodniczącego Narodowego Komitetu Ocalenia Ludu, starannie wykształconego antyterrorystę i przywódcę dwóch wojskowych zamachów stanu, z sierpnia 2020 i maja 2021 r. W pierwszej rundzie komitet obalił prezydenta wyłonionego wcześniej we względnie wolnych wyborach. W rundzie drugiej pogonił cywilny rząd tymczasowy. Wojskowi oskarżyli odsuniętych polityków o niekompetencję w zwalczaniu trwającej od 10 lat rebelii muzułmańskiej północy kraju. Napędzanej przez ugrupowania radykałów powiązanych z Al-Kaidą i tzw. Państwem Islamskim i tak poważnej, że o Mali w pewnym momencie mówiono jak o kandydacie na afrykański Afganistan. Ekipie Goity nie podobało się, że prezydent zwalczał powstanie przy pomocy kilkutysięcznego kontyngentu wojsk Francji (dawnej kolonialnej metropolii) i innych państw europejskich.

Teraz w Mali zaprowadzane są nowe porządki. Wybory zaplanowane na 27 lutego niedawno przełożono, odbędą się za pięć lat, może później. Właśnie wyrzucono francuskiego ambasadora i 90 żołnierzy duńskich sił specjalnych. Paryż nie pozostaje dłużny, minister obrony Jean-Yves Le Drian pomstuje, że wojskowi wymknęli się spod kontroli i rządzą nielegalnie.

Za kilka miesięcy wyjadą francuskie wojska, które już opuściły – rzecz symboliczna – bazę w Timbuktu, miasto pogranicza Sahary i Sahelu, słynnego ze swej wspaniałej historii, dawnych bogactw i palonych przez radykałów księgozbiorów. Miasto zagrożone jest nadal przez dżihadystów i pozostały dwutysięczny garnizon malijski wydaje się zbyt wątły.

Dlatego w Timbuktu stacjonują Rosjanie. Dobrze się w regionie kojarzą i Rosja dba, by tak było dalej, by prawdziwa była opowieść o niej jako o nowej sile wspierającej dekolonizację, pomagającej zrównoważyć niekorzystne skutki francuskiej obecności, która przez płk. Goitę i wielu jego rodaków łączona jest z mizerną sytuacją kraju. Swoje robi wspomnienie roli Związku Radzieckiego. W listopadzie minister spraw zagranicznych junty był w Moskwie i mówił, że 80 proc. uzbrojenia malijskich sił zbrojnych to wytwory rosyjskiej i sowieckiej produkcji. W użyciu są wciąż czołgi T-34, zaprojektowane na przełomie lat 30. i 40. Do Rosji z sentymentem odnoszą się beneficjenci programów stypendialnych. Absolwenci radzieckich uczelni są dziś częścią lokalnych elit i zajmują wysokie stanowiska.

Moskwa stosuje też niskie chwyty. Przed pandemią z Rosji prowadzono internetowe operacje dezinformacyjne – w sumie z co najmniej 750 tys. sztucznie założonych stron lub kont w serwisach społecznościowych – które przybierały na sile m.in. przed wyborami w Republice Środkowoafrykańskiej, w Demokratycznej Republice Konga, Kamerunie, Madagaskarze, Libii, Mozambiku i Sudanie. O powtórce Facebook informował w czasie covidu, wtedy chodziło o sianie epidemicznej niepewności. Dodatkowo sytuację zaciemniają plotki kolportowane przez lokalną prasę, sugerujące, że dwaj liderzy malijskich puczystów tuż przed przejęciem władzy przeszli wielomiesięczne szkolenie wojskowe w Moskwie.

Wódz styczniowego puczu w Burkina Faso ppłk Paul-Henri Sandaogo Damiba, przewodniczący Patriotycznego Ruchu na rzecz Ochrony i Odbudowy, podobno zabiegał u obalonego przez siebie prezydenta, by do dania odporu dżihadystom wynająć rosyjskich najemników. Pucz miał dojść do skutku, bo uparty prezydent rad nie posłuchał. Szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow objaśnia, że Mali korzysta z usług prywatnej firmy mającej pewne doświadczenie w zwalczaniu terroryzmu. Natomiast z faktu, że firma jest akurat rosyjska, nie należy wyciągać pochopnego wniosku, jakoby rząd Rosji miał z nią cokolwiek wspólnego. Mowa o najemnikach z Grupy Wagnera, walczących za honorarium sięgające 10 mln dol. miesięcznie.

Kto chce zobaczyć, czym tzw. wagnerowcy się zajmują, może obejrzeć „Turystę”, koprodukcję kinematografii rosyjskiej i środkowoafrykańskiej. Oto garstka dobrze zbudowanych, umundurowanych Rosjan przylatuje na pokładzie transportowego Iła do Bangi, stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej, by w ładnych krajobrazach bronić miasta i prezydenta Faustina-Archange’a Touadérę (postać autentyczna, nadal jest głową państwa) przed ofensywą zdeterminowanych bojowników. Kałasznikowy plują seriami, wybuchają granaty i pick-upy buntowników. Tytułowy bohater („Turysta” to jego pseudonim) mimo odniesionych ran wraca do domu z poczuciem dobrze wykonanej misji. W finałowej scenie ze łzami w oczach ogląda telewizyjną relację z zaprzysiężenia Touadéry na nową kadencję. W materiale tym mieszkańcy Bangi rzucają się korespondentowi na szyję i wyrażają wdzięczność, skandując „spasiba, Rossija!”.

„Turysta” ma precyzyjne przesłanie. Widzowie – w Bangi zorganizowano pokaz dla kilku tysięcy osób na stadionie narodowym – w pierwszych kadrach dowiadują się, że w Republice Środkowoafrykańskiej przez 61 lat niepodległości nie udawało się zaprowadzić pokoju. Powiodło się dopiero rosyjskim instruktorom wojskowym w 2021 r. Film nie jest jedynym śladem rosyjskiego soft power w kraju. Wydawany jest tam za darmo dystrybuowany tygodnik, nadaje stacja radiowa (w tej części świata radio to podstawowe medium), zorganizowano konkurs piękności oraz wyprodukowano kreskówkę dla dzieci, w której rosyjski niedźwiedź ratuje zwierzęcych mieszkańców sawanny terroryzowanych przez hieny.

Przedsięwzięcia te łączy Jewgieniji Prigożyn, przyjaciel prezydenta Władimira Putina, powiązany z firmą wydobywającą surowce w Republice Środkowoafrykańskiej, sponsorującą tygodnik, radiostację i konkurs miss. Prawdopodobnie to Prigożyn płaci za rosyjskie kampanie w mediach społecznościowych i wspiera rozpoznawalnych liderów opinii w poszczególnych państwach afrykańskich, np. gwiazdy internetu czy charyzmatycznych szefów organizacji pozarządowych. Wystarczy, że ze swoim przekazem wpiszą się w antyzachodnią opowieść o Afryce oraz dorzucą coś miłego o Rosji. Prigożyn jest też właścicielem Grupy Wagnera. W jej działalności kluczowe jest brzmiąco niewinnie słowo instruktor. Tymczasem najemnicy to element rosyjskiej dyplomacji, ale nie tej robionej przez MSZ, tylko funkcjonującej w szarej strefie, kontrolowanej przez struktury siłowe. Zaczęli w Donbasie, później była m.in. Syria, Libia, Republika Środkowoafrykańska właśnie, Sudan i Mali.

Ich rola nie ogranicza się do szkolenia żołnierzy wynajmujących ich państw. Z przedstawionego niedawno przez ONZ raportu wynika, że w Republice Środkowoafrykańskiej brutalnie nękali i zastraszali członków mniejszości, cywili, żołnierzy sił pokojowych, dziennikarzy, pracowników organizacji pomocowych. W doniesieniach – w tym tych uzyskanych w trakcie oficjalnych dochodzeń – powtarzają się dowody na tortury, pozasądowe egzekucje, zabójstwa. Na Ukrainie wspierali działania separatystów. Wnieśli kluczowy wkład w wysiłki ewidentnego zbrodniarza wojennego Baszara Asada w Syrii, gdzie kierowali bojówkami powiązanymi z reżimem. Za część tych dokonań Unia Europejska nałożyła na kilku wagnerowców sankcje. Kropla w morzu, skoro grupa liczy tysiące członków. Rosja reagująca alergicznie na krytykę tym razem milczała – może dlatego, że oburzeniem pośrednio potwierdziłaby, że Wagner jest częścią jej sił.

Do Afryki Rosja wróciła za sprawą poprzedniego ataku na Ukrainę. Sankcje nałożone po 2014 r., w związku z aneksją Krymu i Donbasu, przyniosły międzynarodową izolację i zdopingowały do szukania poparcia w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, gdzie Afryka ma jedną czwartą głosów. Punktem zaczepienia była m.in. sprzedaż uzbrojenia, a Rosja jest największym dostawcą broni na tym kontynencie.



AFGANISTAN: Głód u bram 16 STYCZNIA 2022 Afganistan stanął przed kilkoma kryzysami naraz: ekonomicznym, klimatycznym, politycznym, humanitarnym i covidowym.

Polityczna dotąd sprawa międzynarodowego uznania władzy talibów zaraz będzie miała wymiar egzystencjalny. Bo do Afganistanu zbliża się głód. Zulejka jest matką ośmiorga dzieci z miasta Ghor. Mieszka u siostry, ponieważ nie ma już pieniędzy na zakup drewna, a zakryte plastikowymi workami okna w jej domu nie chronią przed zimnem. Rahman, profesor literatury z Mazar-e-Szarif, musi sprzedawać książki i meble, by utrzymać rodzinę.

Państwo afgańskie nie ma pieniędzy na pomoc i wypłaty. Te podążają bowiem za amerykańskimi armiami. To zasada obowiązująca w interwencjach zbrojnych z ostatnich trzech dekad: dopóki działają żołnierze, dopóty trzeba wspierać społeczeństwa, wśród których prowadzą walkę. Taka pomoc dla kraju, na terenie którego trwa interwencja, stała się szlachetnym opakowaniem, bez którego obecność wojskowa byłaby zwykłą okupacją.

A kiedy zwijają się amerykańskie obozy, niegdysiejsze wsparcie od amerykańskiego podatnika kurczy się do maleńkiego strumyczka. Przyczyna jest prozaiczna. Żadne z rozwiniętych społeczeństw nie chce wydawać swoich pieniędzy w warunkach powszechnej korupcji i marnotrawstwa. Żołnierze i dyplomaci gwarantują minimalną kontrolę, bez nich trudno wytłumaczyć się przed podatnikami z wydanych pieniędzy.

Szczególnie widoczne było to w Afganistanie. Zanim talibowie przejęli władzę, rozwój edukacji, praw kobiet czy boom gospodarczy uzasadniał ofiary, poświęcenie oraz wydatki. Hasła, takie jak: „poprawiamy los afgańskich kobiet” albo „zmniejszyliśmy śmiertelność noworodków”, albo „Afganistan osiągnął 12 proc. wzrost PKB” były autentyczne. Po sierpniowym przewrocie wszystko to straciło uzasadnienie. Przynajmniej z perspektywy Amerykanów.

Wszystkie plagi Przed 2021 r. zagraniczna pomoc stanowiła 40 proc. afgańskiego PKB i sięgała 8 mld dol. Rozbudowany sektor bezpieczeństwa w 90 proc. finansowany był z zagranicy. Armia i policja otrzymywały co roku ponad 4 mld dol. od zagranicznych sponsorów. Tamten Afganistan był idealnym przykładem państwa rentiera, ze wszystkimi groźnymi cechami takiego tworu: korupcją, bezczynnymi instytucjami i elitami, które nie były rozliczane przez społeczeństwo, ponieważ nie od niego zależały.

Wszystko skończyło się z chwilą zwycięstwa talibów, kiedy Afganistan stanął przed kilkoma kryzysami naraz: ekonomicznym, klimatycznym, politycznym, humanitarnym i covidowym. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenił pod koniec października, że od przejęcia władzy przez talibów w kolejnych dwóch latach afgańskie PKB spadnie aż o 30 proc. Już dziś 24 z 38 mln Afgańczyków zagrożonych jest głodem i ubóstwem.

Sygnały załamania obrotu handlowego, dewaluacji waluty oraz inflacji pojawiały się jeszcze przed upadkiem starego rządu. Afgańscy przedsiębiorcy, wyczuwając determinację Joe Bidena do całkowitego wycofania wojsk i pieniędzy, wstrzymywali inwestycje, wysyłali oszczędności za granicę oraz wyprzedawali nieruchomości w miastach. Niemal do zera spadł import dóbr trwałych i załamał się rynek inwestycji budowlanych. Już po upadku rządu banki szybko przestały wydawać dewizy, a talibowie zabronili wysyłania dolarów i euro za granicę. Import upadł całkowicie.

W dodatku w 2021 r. Afganistan dopadła susza. Stary rząd zajęty był próbami ratowania swojej pozycji i zareagował za późno. Susza sprowadziła na kraj klęskę głodu, padły owce, a import żywności został wstrzymany, bo Afgańczycy nie mają już oszczędności. Talibowie, którzy próbowali interwencyjnego skupu żywności, też nie mają pieniędzy, bo rezerwy afgańskie utknęły w bankach amerykańskich.

O skutkach pandemii w Afganistanie trudno mówić, bo po prostu brakuje danych. Według nielicznych zachodnich lekarzy pozostałych w Afganistanie pod względem skali zachorowań i śmiertelności sytuacja przypomina Indie z czasów trzeciej fali pandemii. Afganistan otrzymał co prawda około 5 mln dawek szczepionki, jednak warunki przechowywania specyfiku mogą budzić obawy o ich skuteczność.

W dodatku talibowie są antyszczepionkowcami ekstremalnymi – do niedawna mordowali lekarzy szczepiących dzieci przeciwko polio. Wielu z nich jest przekonanych, że CIA dopadło Osamę bin Ladena w 2011 r., wysyłając po pakistańskich domach fałszywych ankieterów szczepionkowych, którzy skrycie wypatrywali dzieci szefa Al-Kaidy. W konsekwencji do Afganistanu w ostatnich latach zawitało ponownie polio, a poziom wyszczepienia przeciwko Covid-19 jest jednym z najniższych na świecie. W dodatku wielopokoleniowe domy afgańskie zimą stały się rozsadnikiem pandemii.

Gdzie są pieniądze? Talibowie twierdzą, że nie są w stanie reanimować afgańskiej gospodarki, ponieważ obalony przez nich rząd zostawił pustą kasę. A Amerykanie zablokowali afgańskie rezerwy walutowe oraz złota w wysokości 9 mld dol. Talibowie chcieliby je odzyskać i zaapelowali nawet oficjalnie do Kongresu USA, by uwolnił te środki. Choć w tym przypadku słowo „oficjalnie” jest dwuznaczne, ponieważ Amerykanie – a w ślad za nimi cały świat – wciąż nie uznali talibów za oficjalną władzę.

Trudno im uznać rząd, w którym na ministerialnych stołkach zasiadają ludzie tacy, jak Anasz i Siradżudin Hakkani, odpowiedzialni za porwania i zabójstwa amerykańskich żołnierzy oraz cywilów, sprzymierzeni wcześniej z Al-Kaidą. Talibów nie uznaje wciąż ONZ, którego komisja akredytacyjna uporczywie odmawia im miejsca w Zgromadzeniu Ogólnym. Choć wyznaczyli nawet swojego reprezentanta Suhejla Szachina, zdaje się, że Amerykanie aresztowaliby go za terroryzm, gdyby zechciał wygłosić przemówienie w siedzibie w Nowym Jorku.

Kontrowersyjnym powodem zablokowania afgańskich rezerw walutowych w USA są też roszczenia rodzin ofiar zamachów z 11 września. W 2011 r. 150 rodzin ofiar pozwało m.in. Osamę bin Ladena, Al-Kaidę, rząd talibów i osobiście ich przywódcę mułłę Omara. Rok później sąd w Nowym Jorku przyznał im rację i nakazał wypłacić oskarżonym odszkodowania na łączną sumę 7 mld dol. Gdy więc w sierpniu talibowie stali się de facto rządem afgańskim, spadkobiercy ofiar uznali, że odszkodowania należą im się z afgańskich rezerw trzymanych w Ameryce. Rząd USA zastanawia się więc, czy zaspokoić najpierw roszczenia ofiar, czy zwrócić pieniądze talibom.

W całym tym zamieszaniu strony zdają się zapominać, że żaden dziś rządzący talib ani Afgańczyk nie brali udziału w organizacji lub samym zamachu, który przeprowadziła Al-Kaida. Jej ówczesne związki z talibami są przedmiotem badań i wciąż nie ma przekonujących dowodów na to, że ówczesny Islamski Emirat wiedział o akcji terrorystów. Argumenty za tym, że pieniądze potrzebne są całemu narodowi afgańskiemu, by uniknąć głodu, mieszają się z tymi o zadośćuczynieniu dla rodzin ofiar z 11 września.

Z początku amerykańskie rozterki w sprawie afgańskich pieniędzy tłumaczone były niepewnością co do tego, czy talibowie nie rozpoczną represji wobec przedstawicieli dawnych władz oraz kobiet. Tu zdania są podzielone. Represje, które dotykają dawnych polityków i urzędników, są incydentalne. Udział kobiet w życiu publicznym znacząco spadł, ale jest to również efekt zamieszania w czasie zmiany władzy i ucieczki sporej części aktywistek z Afganistanu.

Nieuznawanie talibów przez świat ma jednak przede wszystkim uzasadnienie polityczne. Amerykanie nie są przekonani, że talibowie zerwali porozumienia z Al-Kaidą. Z kolei Europejczycy i Rosjanie chcą, by podzielili się władzą z dawnymi elitami. Sami talibowie są w tej sprawie podzieleni, górę wciąż bierze logika zwycięstwa. Frakcje „męczenników”, którzy przez dwie dekady znosili trudy zmagań z Amerykanami, zmarginalizowały frakcję „dyplomatów”, którzy rozsądnie mówią o potrzebie międzynarodowego uznania.

Puste zwycięstwo Przez ostatnie dwadzieścia lat talibowie głównie walczyli o uznanie dla swojego rządu na uchodźstwie. Ich krótkie panowanie w Afganistanie w ubiegłym stuleciu nie nauczyło ich zarządzania państwem. Nieliczni, którzy nieco się w tym wprawili, zginęli z rąk zachodnich komandosów albo od celnie wymierzonej rakiety z drona. Nowe pokolenie umie konstruować bomby-pułapki, ale nie radzi sobie z konstruowaniem budżetu państwa.

Talibowie walczyli o wojskowe zwycięstwo i kiedy je osiągnęli, zaskoczył ich relatywnie wysoki poziom ekonomiczny kraju, który trzeba jakoś utrzymywać. To już nie były lata 90., kiedy przejmowali władzę w państwie całkowicie zrujnowanym przez Sowietów, a później w czasie wojny domowej. Teraz Afganistan ma dwukrotnie większą populację, mniej rolników i więcej ludności miejskiej, przez co m.in. brakuje produkowanej lokalnie żywności. Do tego dochodzi susza, pandemia i zbliżający się głód.

Na razie talibowie wydają się czekać na jakiś ruch społeczności międzynarodowej i wysłanie choćby ograniczonej pomocy humanitarnej. Liczą na powtórkę ze swojej własnej historii: w latach 90. scedowali zarządzanie gospodarką na zachodnie organizacje pozarządowe. Wtedy jednak świat chciał pomagać i ulżyć Afgańczykom, których cierpienia poruszały sumienia w Europie i w Ameryce. Zachód czuł zobowiązanie moralne, bo sądził, że choć Afgańczycy pomogli obalić imperium radzieckie, to zachodni przywódcy w latach 90. o nich zapomnieli.

Teraz Afganistan wydaje się mniej interesujący. Nawet nie płyną stamtąd (jeszcze?) uchodźcy w liczbach, które budziłyby zaniepokojenie europejskich przywódców. Kryzys humanitarny i klęska głodu, przed którymi ostrzega ONZ, wciąż są bardziej potencjalne niż realne. Świat zresztą i tak bardziej interesuje się tym, czy afgańskie kobiety chodzą na uniwersytet kabulski, niż przejmuje śmiercią głodową uwięzionych w niedostępnych górach ludzi.

A może zobowiązanie moralne wydaje się teraz po prostu mniejsze, bo Afgańczycy pokonali imperium amerykańskie?


Autor był ostatnim polskim ambasadorem w Afganistanie (2012–14). Obecnie jest analitykiem Polityki Insight i wykładowcą Collegium Civitas.

Polityka 3.2022 (3346) z dnia 11.01.2022; Świat; s. 47


Narendra Modi doszedł do fotela premiera, mimo że jako premier stanu Gudżarat w 2002 r. dopuścił do krwawych zamieszek hindusko-muzułmańskich, a podlegająca mu policja czekała, nie interweniując. Jeszcze zanim Modi zdobył władzę, do podobnych zamieszek doszło w stanie Uttar Pradesz w 2013 r. Wówczas, w tym kluczowym ideologicznie regionie, działać zaczął mało znany polityk prawicy Amit Shah, dziś minister spraw wewnętrznych i prawa ręka premiera Modiego.

To ludzie Amita Shaha przemierzali Uttar Pradesz, od wsi do wsi, niosąc plotkę o dżihadzie miłości. Opowiadali, że medresy wybierają przystojnych muzułmańskich chłopaków, szkolą ich w ubieraniu się i zachowywaniu po europejsku, wyposażają w skutery i smartfony, uczą, jak uwodzić młode hinduski. Na poparcie plotek pokazywali sfingowane filmy wideo, np. taki, na którym rzekomi muzułmanie linczowali hindusów ratujących swą siostrę (był to film nagrany w Afganistanie).

Do tego organizowali wiece przeciwko domniemanej muzułmańskiej agresji wobec hinduskich kobiet, zwoływali zebrania lokalnych rad, szykowali odezwy „w obronie naszych sióstr”. Budowali spójny klimat zagrożenia, przed którym należy się aktywnie bronić. I skutecznie zasiali wrogość między hindusami i muzułmanami. Wkrótce wiece „spontanicznie” przemieniały się w napaści na domostwa muzułmanów, ich niszczenie i palenie.

W tym samym czasie najstarsza i największa organizacja skrajnej prawicy Rashtriya Swayamsevak Sangh (Narodowe Stowarzyszenie Ochotników) bombardowała media mailami o małżeństwach słynnych muzułmanów, takich jak bollywoodzcy idole Shah Rukh Khan czy Aamir Khan, z hinduskami, sugerując, że ofensywa miłosnego dżihadu toczy się także wśród elit.

Zdaniem obserwatorów pracujących dla niezależnych indyjskich mediów ta wrogość doprowadziła do największych zmian demograficznych w Uttar Pradesz od powstania republiki w 1947 r. Muzułmanie zaczęli opuszczać wioski, które zajmowali od ponad sześciu dekad, a ich ziemia i domy były zajmowane przez hindusów. Z kolei ze wsi zdominowanych przez muzułmanów zaczęli wynosić się wyznawcy hinduizmu. Kiedy nastały wybory parlamentarne, dotąd silne partie lokalne nie miały szans – rozpaleni fikcyjnym konfliktem ludzie zagłosowali na Indyjską Partię Ludową.

Seksualne wilki Idea miłosnego dżihadu jako pomysł na uprawianie polityki debiutowała nawet wcześniej, już w 2007 r., w południowych stanach Karnataka i Kerala. To tam niewielka organizacja hinduistyczna, wiązana m.in. ze sprawcami zamachów terrorystycznych, zaczęła organizować napady na pary spotykające się na randki w kinach, parkach, pubach.

Te napaści początkowo były wyrazem sprzeciwu wobec westernizacji indyjskich obyczajów. Ale wkrótce liderzy tej organizacji zaczęli używać określenia love jihad i zarzucać młodym muzułmanom, że siłą nawracają hinduski na islam. Nazywali ich seksualnymi wilkami i podawali wyssaną z palca liczbę 30 tys. kobiet, które w samej Karnataki zostały zmuszone do zmiany wyznania.

Sam termin został de facto zalegalizowany przez sąd stanu Karnataka, który nakazał policji wszczęcie dochodzenia w sprawie „istnienia ruchu organizującego miłosny dżihad”. Sąd zadziałał na prośbę rodziców dziewczyny, która poślubiła muzułmanina – według jej zeznań: dobrowolnie i świadomie. Rodzina była innego zdania, a sąd powiązał tę sprawę z podobnymi i nakazał śledztwo. Wkrótce je zamknięto, żadnych dowodów na istnienie rzekomego ruchu nie znaleziono. Ale idea i jej nazwa przetrwały.

Indyjskie wsie to świat, w którym kwestie patriarchalnie pojmowanego honoru i solidarności kastowej kierują życiem społecznym. To przestrzeń idealna, by wyhodować w niej podziały i wzajemną nieufność. W ciągu zaledwie kilku lat działacze Indyjskiej Partii Ludowej zdołali wywindować ten sam mechanizm na najwyższe szczeble polityki i osadzili miłosny dżihad w sercu swej strategii i retoryki. Od teraz wolna miłość jest nad Gangesem de facto i de iure zakazana.

Polityka 7.2022 (3350) z dnia 08.02.2022; Świat; s. 49 Oryginalny tytuł tekstu: “Wojna o miłość” INDIE Paulina Wilk


Indie historycznie zawsze były mozaiką ludności i religii, żaden czysty Hindustan nigdy nie istniał.

Indyjska prawica rozkręca islamofobiczną kampanię nienawiści. Na celowniku znaleźli się muzułmanie w związkach z hinduskami, oskarżani o uprawianie miłosnego dżihadu.

To, co kilka lat temu wyglądało na marginalną i niegroźną teorię spiskową, teraz jest już w Indiach kluczowym narzędziem polaryzacji społeczeństwa. Faszyzująca skrajna prawica, nad którą parasol roztoczył rząd premiera Narendry Modiego, zmieniła plotki i wymysły znane jako love jihad (miłosny dżihad) w skuteczną strategię polityczną. W ciągu niespełna dekady niedorzeczna i niczym niepotwierdzona teoria o tym, że muzułmanie masowo i z premedytacją rozkochują w sobie hinduski, stała się głównym wątkiem narracji radykałów. A teraz zbiera krwawe żniwo.

Głowę 24-letniego Arbaaza Aftaba Mully, leżącą na torach kolejowych, znalazł jego kuzyn Samir. Kilka metrów dalej zobaczył korpus. Ręce mężczyzny były związane przy piersiach. Ciało zostało zmasakrowane i pocięte na kawałki, aby upozorować samobójczą śmierć na torach. Mężczyzna był przed śmiercią bity, zadano mu także rany nożem. Za co? Za miłość.

Arbaaz, muzułmanin mieszkający w południowym stanie Karnataka, zakochał się w hindusce z sąsiedztwa. Z wzajemnością. Ona przynosiła mu smaczne przekąski, on zabierał ją na spacery. Wkrótce rodzina Arbaaza zaczęła otrzymywać telefony z pogróżkami. We wrześniu 2021 r. członkowie lokalnej organizacji hinduistycznej Śri Ram Sena Hindustan (Hinduska Armia Świętego Ramy) wystosowali osobiste ostrzeżenie do chłopaka i jego matki, nakazali zerwać relacje z dziewczyną. Nie posłuchał, kilka dni później już nie żył.

Według policji za zabójstwo muzułmanina zapłaciła rodzina jego hinduskiej ukochanej. Oskarżonych jest w tej sprawie 10 osób. Ramakant Konduskar, lider Śri Ram Sena Hindustan, wszystkiemu zaprzecza, aresztowanych nazywa ofiarami, które działały w słusznej sprawie, i twierdzi, że cały kraj został opanowany przez zorganizowaną akcję przymusowego nawracania wyznawczyń hinduizmu na islam.

Oto sedno spiskowej teorii miłosnego dżihadu: muzułmanie celowo omamiają wyznawczynie hinduizmu, wabią je i zmuszają do konwersji na islam, a następnie żenią się z nimi; robią to masowo, są sponsorowani z zagranicy, a wszystko po to, by szybko zwiększać odsetek muzułmanów w indyjskiej populacji i wkrótce przejąć kontrolę nad krajem, płodząc jak najwięcej muzułmańskich dzieci.

Hinduscy radykałowie, odkąd w 2014 r. władzę przejęła sprzyjająca im Indyjska Partia Ludowa, na wiele sposobów piętnują muzułmańską mniejszość i nazywają ją wrogiem wewnętrznym. Ich celem ideologicznym jest odrodzenie Indii dla hindusów, czyli kraju jednolitego etnicznie i wyznaniowo, a co za tym idzie, wyrugowanie z indyjskiej codzienności muzułmanów i ich praktyk.

Dlatego w ostatnich latach na celowniku skrajnych hinduistów znalazły się m.in. ubojnie, gdzie oprawiana jest święta dla wyznawców hinduizmu wołowina, prześladowani są też muzułmańscy hodowcy krów, garbarze i właściciele restauracji serwujących mięso. Coraz częściej dochodzi do napaści, linczów, a nawet pogromów muzułmanów – jak ten w Delhi w 2020 r., gdy podpalono domy w muzułmańskiej dzielnicy.

Preteksty do ataków są drobne, ale skutki coraz bardziej tragiczne, przybywa doniesień o ofiarach śmiertelnych i krwawych zamieszkach. Temperatura konfliktu wyraźnie rośnie. Dziś nawet modlący się na ulicy wyznawcy Allaha nie mają spokoju. Otaczają ich grupy ubranych w szafranowe szaliki bojówkarzy, którzy krzykami i groźbami zakłócają albo przerywają modlitwy.

Jak się mają teorie radykałów do realiów? Indie historycznie zawsze były mozaiką ludności i religii, żaden czysty Hindustan nigdy nie istniał. Muzułmanie stanowią 14 proc. indyjskiego społeczeństwa (ok. 200 mln na 1,4 mld), w którym przytłaczająca większość – ponad 80 proc. – to wyznawcy hinduizmu, dominujący we wszystkich dziedzinach życia publicznego i zajmujący najwyższe pozycje w strukturze społecznej oraz strukturach władzy.

Żadne z przeprowadzanych śledztw i żaden niezależny raport nigdy nie potwierdziły istnienia spisku pod hasłem „love jihad”. Przyznali to zresztą przedstawiciele rządu – dowodów brak. Sprawdzane małżeństwa międzywyznaniowe okazywały się związkami dobrowolnymi, zawartymi przez dorosłe i świadomie wyrażające zgodę osoby.

Uciekające małżeństwo Miłość między wyznawcami różnych religii zawsze budziła w Indiach kontrowersje. Zwykle spotykała się ze sprzeciwem najbliższej rodziny, krewnych, kasty i szerszej społeczności. Każdy, kto decyduje się na taki związek, naraża się na ostracyzm, a nawet zerwanie więzi rodzinnych, co w tradycyjnym i promującym wspólnotowość społeczeństwie jest wyjątkowo wysoką ceną.

Właśnie dlatego można założyć, że związki małżeńskie między wyznawcami różnych religii są zawierane w Indiach z miłości. W przeciwieństwie do tych aranżowanych, które wciąż stanowią 90 proc. wszystkich małżeństw nad Gangesem. W większości przypadków to negocjacje rodzin, prowadzone z zaangażowaniem astrologów i zawodowych swatów, decydują o doborze małżonków. Na ogół także za zgodą samych zainteresowanych, bo ich zdanie coraz częściej bierze się pod uwagę.

Jednak żeby samemu zadecydować o ślubie, szczególnie gdy dzieje się to w poprzek podziałów kastowych, etnicznych czy wyznaniowych, nie od dziś potrzeba w Indiach wielkiego uczucia i jeszcze większej odwagi. Nierzadko tacy narzeczeni w tajemnicy przed rodzinami wyjeżdżają do innej części kraju, uciekają przed zemstą bliskich, a śluby biorą daleko i w tajemnicy. Zdarzają się rodzinne śledztwa, pościgi, sprowadzanie małżonków siłą do rodzinnych miejscowości, wreszcie akty odwetu. Notowane są przypadki tzw. zabójstw honorowych – czasem tylko kobiet, czasem obojga zakochanych uciekinierów.

A ukryć się w Indiach niełatwo. W każdej nowej miejscowości, sąsiedztwie czy środowisku pracy trzeba się przedstawić, zmapować własnych krewnych, bo tylko taka mapa uwiarygadnia do życia we wspólnocie. Trudno zgubić trop, szczególnie gdy się ucieka w afekcie, bez wyrafinowanych metod i bez pieniędzy.

A teraz sytuacja zakochanych stała się w Indiach jeszcze trudniejsza. Hinduscy radykałowie doprowadzili do zmiany prawa w kilku stanach zdominowanych przez Indyjską Partię Ludową i jej koalicjantów, w tym w najludniejszym Uttar Pradesz. Zmuszanie do zmiany wyznania przez zawarcie małżeństwa podlega tam karze do 10 lat pozbawienia wolności, a także wysokiej grzywnie. Zamiar zawarcia takiego związku trzeba zgłosić w urzędzie dwa miesiące wcześniej. A zawarte już małżeństwo można także anulować i uznać za nieważne, jeśli uda się udowodnić, że doszło do niego z przymusu.

Regulacje, choć nominalnie dotyczą wszystkich wyznań, skierowane są przeciw muzułmanom. Tylko islam wymaga, by oboje małżonkowie byli muzułmanami w chwili ślubu, a więc wiąże się z konwersją. Zresztą nie tylko kobiet – zdarza się, że wiarę zmieniają także hindusi dla swych żon muzułmanek.

Konieczność wcześniejszego zgłaszania ślubu pozostawia przeciwnikom wiele czasu na produkowanie dowodów świadczących o rzekomym przymusie. To zresztą powód, dla którego większość międzywyznaniowych małżeństw w Indiach wciąż zawierana jest poprzez szybsze w organizacji śluby religijne, a nie ceremonie cywilne.

Tzw. małżeństwa rejestrowane (cywilne) można zawrzeć na podstawie ustawy z 1954 r., tyle że są proceduralnie skomplikowane. Przepisy, poza wymogiem wcześniejszego zgłoszenia, pozwalają osobom trzecim wnieść sprzeciw wobec związku. Poza tym związek zawarty przed urzędnikiem ma w tradycyjnym społeczeństwie rangę dużo niższą niż rytualne ceremonie ślubne. To one dają przynależność do wspólnoty, a ona zapewnia ochronę.

Nowe regulacje natychmiast stały się narzędziem prześladowania muzułmanów – w Uttar Pradesz zaczęły się aresztowania mężczyzn nawet za samą próbę zarejestrowania prośby o ślub międzywyznaniowy. Dochodzi też do przerywania ceremonii ślubnych na podstawie zgłoszeń od osób trzecich twierdzących, że związek jest efektem przymusu.

Piramida strachu szybko rośnie. Zdarza się już, że same rodziny, by ostudzić uczucia swych synów i córek, zwracają się do radykalnych bojówkarzy o pomoc w nadziei, że jeśli znajomość zostanie ukrócona na wczesnym etapie, nie wydarzy się tragedia. Rodzice i krewni donoszą więc watażkom o miłościach własnych dzieci. Czasem kończy się to tak jak w przypadku niepokornego Arbaaza – na torach.

W Indiach działają nieliczne schroniska dla par, które kochają się wbrew obyczajom. To utrzymywane w sekrecie domy, w których jednocześnie przebywa nawet kilkaset osób, w wieloosobowych salach i warunkach, w których trudno o intymność czy uczuciowy komfort. Ich mieszkańcy nie mogą liczyć na pomoc systemu sprawiedliwości, szczególnie przy powiązaniach policji z lokalnymi politykami, a tych – ze skrajnymi organizacjami i bojówkami.

Kobieta, pole bitwy Zwyczajowym argumentem dla odwetu są też kwestie honorowe związane z tradycyjnym rozumieniem opieki nad kobietą – w indyjskim społeczeństwie, bez względu zresztą na wyznanie, przyjmuje się, że kobieta zawsze musi się znajdować pod opieką mężczyzny: ojca, starszego brata, męża. Zamążpójście musi więc odbywać się za ich zgodą, samowolne wyrwanie się spod męskiej kurateli przynosi rodzinie dyshonor i wymaga kary.

Ta wymykająca się twardym regulacjom sfera obyczajowa została przez prawicę wykorzystana do twardych politycznych celów. Zmiany stylu życia w Indiach – z jednej strony postępująca liberalizacja i wpływy z Zachodu, z drugiej: usztywnianie się środowisk konserwatywnych – to idealne pole do rozpalania konfliktów, rozgrywanych na nucie personalnej zniewagi i zbrukania świętości.

Figura kobiety i jej przejęcia przez wyznawców innego boga to także motyw dobrze w Indiach znany. Już podczas podziału na Indie i Pakistan w 1947 r. kobiety padały ofiarami gwałtów i brutalnych mordów. Teraz cnoty kobiece są wykorzystywane do wojny politycznej i jako chwyt retoryczny przemawiają do mężczyzn zagubionych w cyklonie obycz


Kiedy przyjechali do Francji, Lena miała sześć lat. Kasia poszła do lokalnego oddziału Ministerstwa Edukacji. Uzbroiła się w przepisy, argumenty. Bała się, że wezmą ją za kogoś, kto się ukrywa, i dlatego przebiera synka za dziewczynkę. – Mam taką nietypową sytuację, moje dziecko nie mówi po francusku – powiedziała urzędniczce – i jest dzieckiem transpłciowym.

– Dołożymy wszelkich starań, żeby pani dziecko było tutaj bezpieczne i szczęśliwe. Nie widzę żadnego powodu, żeby ktokolwiek kwestionował to, kim dziecko się czuje – powiedziała urzędniczka, po czym zadzwoniła do dyrektorki szkoły. Dała Kasi dwie karteczki – na pierwszej adres szkoły, na drugiej swój prywatny numer telefonu: – Gdyby miała pani jakiekolwiek problemy, choć nie sądzę, to proszę do mnie dzwonić.

Tego dnia, gdy Lena po raz pierwszy szła do szkoły, urzędniczka zadzwoniła do Kasi: – Mam nadzieję, że Lena będzie miała wspaniały dzień. I miała. Dzieci się nią zaopiekowały i od razu wciągnęły do zabawy. Nauczycielka porozumiewała za pomocą translatora i na migi. Lena wróciła ze szkoły szczęśliwa.

Co roku odbywa się wielkie dyktando. Lena była dopiero po kilku miesiącach nauki. Okazało się, że napisała je najlepiej z całej szkoły. Dzieci biły brawo, dyrektorka wręczyła dyplom. Chociaż w oficjalnych dokumentach ma stare imię, na dyplomie jest Leną. Tak jak i w dzienniku szkolnym.

W dniu siódmych urodzin Leny Kasia opublikowała post na FB: „Tymczasem najlepszy prezent zrobiło nam francuskie Ministerstwo Edukacji, publikując rozporządzenie o uczniach transpłciowych:

● Transfobia jest prawnie zakazana, a transpłciowość nie jest chorobą.

● Personel szkolny musi wysłuchać i wspierać ucznia.

● Każdy przypadek osoby transpłciowej jest inny.

● Jeśli uczeń sobie tego życzy, personel szkolny powinien wspierać ucznia w dialogu z rodziną. Jeśli nie dokonał coming outu w rodzinie, szkoła powinna to uszanować.

● Jeśli transpłciowy uczeń jest w niebezpieczeństwie, obowiązkiem szkoły jest zgłoszenie tego.

● Jeśli transpłciowy uczeń ma urzędowo zmienione imię, szkoła musi to uszanować i stosować wszędzie (również na dyplomach i świadectwach – także tych z przeszłości). Jeśli imię NIE jest urzędowo zmienione, potrzebna jest zgoda dyrekcji szkoły, żeby używać je wszędzie w szkole (poza oficjalnymi dokumentami i dyplomami). Jeśli ta zgoda jest, inni uczniowie oraz personel nie mogą tego negować.

● Szkoła ma obowiązek ochrony transseksualnych uczniów przed dyskryminacją”.

Szczęście w Nicei Na nicejską paradę równości Lena postanowiła zrobić swój transparent. Na kawałku kartonu napisała po francusku „Bądź sobą”.

– Do szkoły zawsze biegiem, bo nie może się doczekać – mówi Maciek. – Jak nie może iść, bo w szkole kwarantanna, to jest wielka tragedia. Wracają drogą nad morzem. Najpierw mijają stary port rybacki, jeszcze zostało w nim paru staruszków w drewnianych łódkach. Kiedy tamtędy przechodzą, rybacy akurat wracają z połowu. Potem jest promenada z palmami, dalej mały kościół, w którym nigdy nikogo nie widzieli. Lena całą drogę opowiada, co robiła, że bawiła się w touche touche (berek), że znowu zgłaszała się jako pierwsza, że na deser było coś, czego jeszcze nigdy nie jadła. – To są zawsze tylko dobre wiadomości – mówi Maciek.

– Po tym, co się dzieje w Polsce, nie miałabym żadnego problemu, żeby zrzec się polskiego obywatelstwa – mówi Kasia – problem mam tylko taki, że Duda musi mi to podpisać.

O obywatelstwo francuskie można się starać już po pięciu latach. Jeżeli Kasia je dostanie, dzieci automatycznie też. Zostały im jeszcze cztery lata, Lena będzie miała jedenaście. To jest dobry moment, bo wtedy trzeba podjąć decyzję: hormony czy blokery? W Polsce nie ma w ogóle takiej możliwości. Hormony są bardziej obciążające dla organizmu, ale im szybciej się je zacznie brać, tym lepiej dla dziecka, bo ciało zacznie się zmieniać zgodnie z płcią odczuwaną. Trzeba je jednak brać całe życie, to duże obciążenie dla organizmu. Blokery powodują, że się rośnie, ale nie rozwijają się cechy płciowe. Decyzję o tym, czy robić korektę płci, czy nie, można odłożyć na później. To ważne, bo Lena powinna ją podjąć sama. A zawsze się może zdarzyć, choć w jej wypadku to mało prawdopodobne, że jednak zdecyduje inaczej. – Nie wszystkie osoby trans decydują się na operację – tłumaczy Kasia. – Lena wielokrotnie pytała, jak te operacje wyglądają, a my opowiadaliśmy. Nie jest to obowiązek osoby trans, tylko wybór, ale Lena zawsze powtarza, że czeka, żeby to zrobić.

Korekta płci z chłopca w dziewczynkę jest mniejszym problemem niż odwrotnie. Jeśli przeprowadza się ją wcześnie, to nawet partner nie zauważy, jeżeli się mu nie powie.

– Staram się na razie o tym nie myśleć – mówi Maciek. – Mamy czas. Lena często pyta, co będzie później. Mówię, że będzie operacja, ale nie będzie mogła mieć dzieci. A to adoptuję – odpowiada. Na razie ma siedem lat i jest szczęśliwą dziewczynką. Tak szczęśliwą, że aż się boję, żeby tego wręcz bajkowego szczęścia ktoś nie zepsuł. Kiedyś myślałem, że uda się coś zmienić w Polsce, ale teraz jestem pewien, że nie ma na to szans. Bałbym się o Lenę. Ludzie trans mają w Polsce koszmarne życie. Tutaj mogliby funkcjonować normalnie, po prostu być szczęśliwi, nic wielkiego. Nie mam wątpliwości, że ten wyjazd to była najlepsza decyzja w naszym życiu.

Polityka 7.2022 (3350) z dnia 08.02.2022; Społeczeństwo; s. 38 Oryginalny tytuł tekstu: “Prawdziwa bajka” Ewa Wanat


Lena miała pięć lat, gdy wróciła wzburzona z przedszkola i zapytała mamę, gdzie są nożyczki. – Po co ci nożyczki? – Chcę sobie obciąć siusiaka! Wtedy jeszcze Lena była Lwem. Kasia ma 36 lat, studiowała romanistykę, filologię klasyczną oraz reżyserię i operatorkę w szkole filmowej. Maciek, 50 lat, po architekturze wnętrz na warszawskiej ASP, pracował w reklamie jako grafik, był tatuażystą, teraz projektuje chusty do noszenia dzieci. Wpadli na to, gdy z małą Leną w takiej chuście chodzili po górach. Maciej wymyśla i rysuje wzory, sprzedają je m.in. we Francji oraz w Hiszpanii. No i w Chile, gdzie idzie więcej niż w Polsce. Oprócz siedmioletniej Leny mają jeszcze dwuletniego synka Mirona. Maciek ma też syna i córkę z poprzedniego małżeństwa. Rok temu zamieszkali w Nicei. Pracują online, mogą to robić z każdego miejsca na świecie. Przenieśli się ze względu na Lenę. Byle dalej od Polski.

Pierwsze przedszkole w Warszawie, do którego Lena poszła, było państwowe. Chodziło do niego też dziecko celebryta, które grało w jakimś serialu; bardzo agresywne. Szybko przenieśli Lenę do przedszkola niepublicznego.

Któregoś dnia jedna z wychowawczyń przyszła z paznokciami pomalowanymi na brokatowo. Lenie się spodobały, zapytała, czy chłopcy też mogą takie mieć, usłyszała, że nie, bo Michał Szpak ma i nie wiadomo, co to jest – facet czy baba. Maciek się wtedy wściekł, pomalował paznokcie sobie i Lenie, i tak odprowadzał ją do przedszkola. Jest postawnym, dużym facetem z tatuażami, nikt nie odważył mu się nic powiedzieć.

Lena była delikatnym dzieckiem, od zawsze innym, wycofanym, nieśmiałym i smutnym. Nie wiedzieli, skąd ten smutek i jak mu zaradzić. Kasia nienawidziła chodzić na place zabaw, bo zawsze coś było nie tak, zawsze ktoś Lenie coś zrobił. Dzieci ją odrzucały.

Nie pozwalała sobie obcinać włosów. Kiedy szli do sklepów, Lena (wtedy jeszcze Lew) od razu biegła do działu dla dziewczynek. Nie krytykowali jej wyborów, tylko próbowali przekierować uwagę – na bluzę z krokodylem albo buty w samochodziki, ale nie zmieniała zdania. Nie widzieli problemu w tym, by ich syn miał różowe buty. Do przedszkola sprawili jednak Lwu/Lenie kapcie w samochodziki. Kiedy ją stamtąd zabierali, okazało się, że są jak nowe, kompletnie nieużywane. Wstydziła się tych samochodzików, więc chodziła w skarpetkach.

Walentynki Przełomowym momentem w życiu Lwa/Leny i jej rodziców był 14 lutego 2019 r. W przedszkolu odbywał się bal przebierańców z okazji walentynek. Lena oświadczyła, że nie chce być żadnym Spidermanem, tylko Myszką Minnie. Kasia kupiła więc spódnicę w ciucholandzie, namalowała na niej kropki, doczepiła ogon z krawata. Założyła Lenie opaskę z kokardką, pomalowała policzki na różowo, na nosku wąsy, zrobiła zdjęcie i wrzuciła na Instagram z podpisem: „Dzisiaj do przedszkola poszła najszczęśliwsza myszka na świecie”. Z Leny biło szczęście. Po balu nie chciała już chodzić w niczym innym, tylko w tej spódniczce – do przedszkola, po domu, wszędzie. Codziennie rano odbywała się ta sama awantura. Budzili ją półtorej godziny wcześniej, żeby w końcu i tak skapitulować i pozwolić dziecku iść w spódniczce. Pani dyrektor powiedziała, że jej to nie przeszkadza, jeśli chce tak chodzić, niech chodzi. Jednak któregoś dnia Lena wróciła zapłakana – grupa dzieci, najmłodsze z nich miało trzy lata, obstąpiła ją, biła, szarpała i wyzywała: „pedał”, „ciota”. Zabrali ją stamtąd od razu.

Zaczęli się zastanawiać, co się dzieje z ich dzieckiem. Najpierw myśleli, że może mają synka, który będzie gejem, potem, że może jest transpłciowy. Wiedzieli na ten temat więcej niż przeciętni polscy rodzice, bo Kasia pracowała kiedyś w biurze prasowym Partii Palikota. Zna dobrze Roberta Biedronia i Annę Grodzką. Zadzwoniła do niej. Anka opowiedziała o amerykańskich badaniach, które wykazały, że wiele dzieci może podobnie funkcjonować, nie czując się transpłciowe. To nie jest czarno-białe: dziecko może być osobą niebinarną, transpłciową albo interpłciową. Wraz z dorastaniem może się rozwinąć inaczej, są też wypadki osób, które przeszły korektę płci i żałują. Mówimy o bardzo małym dziecku – powiedziała Kasi – trudno coś na tym etapie stwierdzić jednoznacznie i żaden psycholog się tego nie podejmie.

Kasia zaczęła z Leną rozmawiać: – Dlaczego chcesz nosić spódniczkę? – Bo mi się tak podoba. – Dlaczego nie bawisz się z chłopcami? – Bo ich nie lubię. – A czy ty jesteś chłopcem czy dziewczynką? Lena się spięła: – Lew jest chłopcem. Nie powiedziała tego w pierwszej osobie – ja jestem chłopcem, więc Kasia rozmawiała z nią dalej. – Czasami bywa tak, że ktoś się rodzi jako chłopiec, ale w środku jest dziewczynką. Znasz ciocię Anię, ona urodziła się jako chłopiec, ale zawsze czuła się dziewczynką. Wtedy Lena zaczęła się dopytywać, czy takich ludzi na świecie jest więcej.

Trzecie przedszkole też było prywatne. Nie chodziła już do niego w spódnicy. Ucieszyli się, że zrezygnowała. Myśleli, że mają problem z głowy, ale gdy zapytali, okazało się, że marzy o spódnicy, ale przecież jest chłopcem i nie może.

Zaczęła się przebierać w domu. Biegiem wracała z przedszkola, pędem do Kasi szafy, zakładała sukienkę i chodziła w niej do wieczora. Całe życie Leny zaczęło się wokół tego kręcić. Powrót do domu i przebranie się w maminą sukienkę to był najważniejszy punkt dnia. Wychodziła do ogródka, zagadywała sąsiadów. Patrzyli zdziwieni, dzieci nie chciały się z nią bawić. Taki dziwny chłopczyk z długimi włosami i w sukience.

Już nie Lew „Determinacja ludzkiej płci zaczyna się w szóstym tygodniu ciąży. Obecność chromosomu Y warunkuje powstawanie jąder, produkcję testosteronu. Nieco później natomiast, po ukształtowaniu się płci biologicznej, następuje tworzenie informacji mówiącej o poczuciu własnej płci – pisze Anna Grodzka w autobiograficznej książce „Mam na imię Ania”. – Najprawdopodobniej u osób transseksualnych w tym momencie występuje jakiś czynnik hamujący działanie odpowiedniego hormonu. Źródła tego zjawiska mogą być różne: od wpływu czynników zewnętrznych, na przykład leków, przez nietypowe współoddziaływanie hormonów płodu i matki, do przyczyn genetycznych. Zmiana w jednym z genów, w jednej reakcji biochemicznej może wywołać zaburzenie. Do dzisiaj jednak nie wiemy, czym to jest spowodowane. (…) Nie da się określić tożsamości płciowej niemowlęcia. Lekarz i rodzice decydują o płci dziecka na podstawie widocznych cech genitaliów”.

Któregoś wieczoru Lena, ubrana w sukienkę i z włosami związanymi w kitkę, rozpłakała się i powiedziała, że jest dziewczynką, tylko bała się to powiedzieć.

Od kiedy się tak czujesz? Od kiedy wiesz? Jak ci możemy pomóc? Co chcesz teraz zrobić? Natychmiast jechać do sklepu i kupić dla niej jakieś rzeczy. I nie chce chodzić do przedszkola, absolutnie nigdy więcej nie chce wyjść z domu jako Lew.

– Kiedy Lena powiedziała, że jest dziewczynką, a nie chłopcem, popłakałem się – opowiada Maciek. – Całą noc z Kasią płakaliśmy. Myślałem o tym, jak ciężkie będzie miała życie. Płakałem też z żalu za Lwem, nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale to był fajny chłopiec, delikatny, niecodzienny, mówiliśmy na niego Lewciak.

Umówili się z psycholożką. Najpierw odbyli kilka wizyt sami. Potem rozmawiała tylko z Leną. Powiedziała, że dziecko funkcjonuje lepiej, kiedy identyfikuje się jako dziewczynka. Ale za wcześnie na postawienie ostatecznej diagnozy. – Psycholog ani nikt inny nie może powiedzieć, że na sto procent Lena do końca życia będzie funkcjonować jako dziewczynka – mówi Kasia. – To jej życie i wszystko może się zmienić. Psycholożka w opinii napisała m.in.: „Lew wykazuje cechy niezgodności płciowej i dysforii płciowej (…) preferuje odgrywanie ról płci dziewczęcej podczas zabawy i w wyobraźni (…) zgłasza chęć posiadania kobiecego ciała i mówi o potrzebie zmiany obecnego z jego pierwszorzędowymi cechami męskimi”.

– Żałoba za Lewciakem szybko minęła, kiedy zobaczyłem, jak to dziecko nagle rozkwitło – mówi Maciek.

Imię Lena wybrała sobie sama. Kiedy miała cztery lata, poszły z babcią na bal sylwestrowy do teatru Guliwer w Warszawie. Prowadzący zapraszał dzieci na scenę i w pewnym momencie powiedział: – Zapraszam Lenę. Jakaś pani w tle poprawiła go: – To nie Lena, tylko Lew – ale on albo nie słyszał, albo nie przyjął tego do wiadomości. Lena była zachwycona, a dwa lata później, już po wyznaniu, że jest dziewczynką, oświadczyła, że chce, żeby mówić do niej Lena.

Mama i babcia Kasi są otwarte i liberalne, nie miały z tym problemu. Może tylko taki, jak sobie dalej w życiu poradzi. Mama Maćka, która głosuje na PiS, zapytała: – A czy wam się nie wydaje, bo wy w takim środowisku? – No zastanów się, kto takie rzeczy sobie wymyśla – odpowiedział. Rok temu odbyło się spotkanie rodzinne, na którym Lena po raz pierwszy wystąpiła jako dziewczynka, założyła sukienkę i używała żeńskich końcówek. Babcie na początku były nieco spięte – jedna, bo nie wiedziała, jak się zachować, druga ze strachu, że ktoś Lenie zrobi przykrość.

– Gdyby ktokolwiek miał z Leną problem, zerwałabym z nim kontakt – mówi Kasia. Wujka, który coś głupiego napisał na FB, zablokowała. Maciek zaczął odwiedzać fora o transpłciowości. – Zobaczyłem, jakie to są nieszczęśliwe osoby, duża część z nich siedzi w domu, w ogóle nie wychodzą, wiele myśli o samobójstwie. Zrozumieli, że tak może wyglądać życie Leny.

– Bałem się tego wyjazdu, mam 50 lat, to nie było takie proste – mówi Maciek – ale wiedzieliśmy, że nie ma innej opcji. Musimy wyjechać, by ratować Lenę.

Ucieczka W czasie wakacji byli w Nicei. Spodobało im się. Kasia dobrze zna francuski. Podjęli decyzję o przeprowadzce. Wynajęli mieszkanie z ogródkiem, pięć minut od morza. Kasia mówi, że gdyby nie mieli pieniędzy, i tak by wyjechali. – Nawet gdybym miała myć kible na dworcach, nie zastanawiałabym się nad tym. Najważniejsze było uchronić Lenę przed Polską – zapewnia.


  1. Migracje – szansa czy zagrożenie? Ani to, ani to. Migracje są faktem społecznym wynikającym z systemu światowego. Dopóki istnieją nierówności, dopóty ludzie będą migrować. Nie pytamy, czy samochód albo internet to szansa czy zagrożenie – to normalne elementy rzeczywistości, których użycie może mieć różnorakie skutki w zależności od jednostkowych przypadków. I właśnie – migracje opowiadają historie pojedynczych osób, a nie wielkich grup ludzkich.

Zmniejszają się nierówności w wartościach bezwzględnych, dużych kwantyfikatorach i tabelach, ale nie przekłada się to na poczucie dostatku jednostek. W Etiopii, Kenii, Tanzanii więcej ludzi ma telefon komórkowy niż elektryczność. Nie zadowolą się wodociągiem czy trakcją elektryczną, bo marzą już o iPhone’ie. Treści w sieci, kultura masowa nakręcają oczekiwania i poczucie relatywnej deprywacji tak, że Zachód wydaje się światem rodem z Domu Guccich. Nic nie zapowiada tu szybkich zmian.

• • • Pod zdobnie wypisanym mottem – Mein Feld ist die Welt – „Moim polem jest świat” – nad hangarem firmy frachtowej Hapag-Lloyd w niemieckim Bremerhaven okrętowali się przed pierwszą wojną światową Niemcy, Polacy, Żydzi. Masowo wyjeżdżali do Nowego Świata. Jak wnioskować z motta, nie uciekali przed wojną – raczej rolnicy z niemieckich pól przenosili się do amerykańskich miast: zwykli migranci zarobkowi. Nie było jeszcze paszportów, granice stały otworem, a wielkie parowce zastąpiły powolne żaglowce i wykładniczo ułatwiły transport. Był to czas największych migracji w historii – 10 proc. ludzkości wyjechało poza granice swoich państw narodowych. Z samego Bremerhaven – 7 mln. Miasto liczy dziś trochę ponad 100 tys. mieszkańców. Żyje tam 4 tys. Syryjczyków, 3 tys. Turków i 2 tys. Polaków.

Joseph Conrad, wielki polski migrant, pierwszy uchwycił początki globalizacji. Historie ludzi w ruchu przesiąkły jego twórczość. Podróż, przygoda, odwaga, eksperyment – świat jako ocean bez granic stał się polem uprawy dostępnym dla każdego. Wszystko to cenimy. Jeśli pogrzebać, prawie każdy znajdzie migranta wśród przodków. Co się stało, że tak trudno w przybyszu zobaczyć „świat we własnej osobie, który przybywa złożyć nam wizytę”, jak u Conrada? Albo „gościa, który zostaje” – jak chciał niemiecki socjolog Georg Simmel? Wielkie wojny, Holokaust, czystki etniczne, masowe wysiedlenia, dwa bloki polityczne, pogłębiające się nierówności, zazdrość o własne bogactwo – wzmocniły nacjonalizmy.

W „Ameryce” Franza Kafki Statua Wolności trzyma miecz, a nie znicz. Symbol powitania imigracji staje się symbolem systemowej opresji władzy, a bohater powieści Karl miota się od jednej pułapki do drugiej. Badania migracji zdominowała perspektywa narodowa – metodologiczny nacjonalizm, jak nazywa to filozof Alex Sager. Właściwie dlaczego nie można zabronić komuś żyć i pracować gdzie chce ze względu na kolor skóry czy wyznanie, a można ze względu na narodowość? – pyta ekonomista Bryan Caplan, autor graficznego podręcznika „Otwarte granice: Nauka i etyka imigracji”. W dyskusjach o migracjach prześwieca niewypowiedziane przekonanie o poczuciu większej bliskości ze współobywatelami, sąsiadami z bloku, rodziną. Czy naprawdę czujemy tę wspólność? Kto czasem nie chce uciec? Niemiecki pisarz W.G. Sebald wspomina Bremerhaven i motto o świecie jako polu uprawnym w książce „Wyjechali” – historii czterech Europejczyków, uciekających przed rodakami do innych miast i państw. Dwóm z nich nawet emigracja wewnętrzna się nie udaje – popełniają samobójstwo. Dobrze mieć dokąd wyjechać.


Korzystałam z książki pod redakcją Hélène Thiollet „Migranci, migracje. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie”, Karakter 2017.

Polityka 6.2022 (3349) z dnia 01.02.2022; Świat; s. 49 Oryginalny tytuł tekstu: “Dziewięć mitów o migrantach” Patrycja Sasnal


Dziewięć mitów o migracji

Według świeżego ONZ-owskiego Światowego Raportu o Migracjach 281 mln ludzi opuściło kraj urodzenia w 2020 r., czyli 3,6 proc. populacji globu. Zanim pokłócimy się przy stole, przyswójmy podstawy i wyostrzmy zmysły na manipulacje. Oto samouczek z migracji.

Niewiele tematów tak rozgrzewa jaźń. Gdy w 2017 r. Donald Trump rzucił, że migranci powodują rozboje w Szwecji, rosyjska ekipa telewizyjna natychmiast pojawiła się w Sztokholmie. Za pieniądze zrekrutowała młodocianych przybyszów i zainscenizowała zamieszki. Europejskie media wrzały. Nie było już wiadomo, czy migranci to zagrożenie, czy nie. Nie miało znaczenia, jak było naprawdę – każdy miał swoje informacje. Zdarzenie to przywołuje raport Parlamentu Europejskiego o dezinformacji na temat migracji i mniejszości w Unii Europejskiej. Alarmuje on, że w tych dziedzinach staliśmy się szczególnie podatni na manipulacje. Przetestujmy kilka powtarzanych w przestrzeni publicznej twierdzeń, by się nie dać zmanipulować.

  1. Migrantów jest coraz więcej I tak, i nie. Odkąd zbieramy statystyki w XX w., procentowy udział migrantów w populacji świata nie zmienia się istotnie – oscyluje w okolicach 3 proc. Przyrost ludzi w ruchu nie odbiega od ogólnego przyrostu naturalnego – nieco ponad 1 proc. Jako że jednak ludzkości przybywa, to i liczba migrantów rośnie w wartościach bezwzględnych.

Według świeżego ONZ-owskiego Światowego Raportu o Migracjach 281 mln ludzi opuściło kraj urodzenia w 2020 r., czyli 3,6 proc. populacji globu. W 1990 r. było ich prawie o połowę mniej, bo 152 mln. Ale znaczna większość decydujących się zmienić miejsce zamieszkania pozostaje w kraju ojczystym. W samych Chinach jest blisko 300 mln migrujących ze wsi do miast, czyli piąta część wszystkich Chińczyków – podobnie w Indiach. Żeby przekraczać granice, potrzeba szczególnych predyspozycji: silnej motywacji, zasobów, energii i kreatywności.

  1. Biedni migrują do bogatych Tylko w jednej trzeciej. Ciągle więcej ludzi przenosi się z jednego państwa globalnego południa do drugiego (37 proc.) – czyli z biedy w mniejszą biedę, a nie do bogatej północy. Nieco ponad 20 proc. światowych migracji to osoby przemieszczające się między państwami bogatymi. Rokrocznie ponad połowa migrujących do UE to inni Europejczycy. Normatywny stosunek do tych kategorii widać w języku. Bogatych migrantów – amerykańskich stolarzy w Danii czy polskich naukowców w Singapurze – lubimy nazywać „ekspatami”. Ale filipińska gosposia w Libanie będzie już „migrantką zarobkową”.

Biedni nie mają łatwości w podróżowaniu i to nie ze względu na brak środków. Cierpią za status swoich ojczyzn. Indeks Paszportów Henleya szereguje narodowości pod tym względem. Dostęp do wiz obywateli danego państwa odzwierciedla polityczno-ekonomiczną siłę kraju na arenie międzynarodowej i jego stosunki z innymi państwami. Według indeksu najłatwiej podróżować Japończykom, Singapurczykom, Niemcom czy Włochom, najtrudniej: Syryjczykom, Afgańczykom i Irakijczykom. Polski paszport, na 10. miejscu, należy do wysoce uprzywilejowanych.

  1. Pomoc na miejscu hamuje migracje Wręcz przeciwnie. Korelacja bogactwa z migracjami to krzywa Gaussa, tzw. garb migracyjny. Mieszkańcy państw najbiedniejszych rzadko migrują. Wraz ze wzrostem zamożności zyskują środki, by się przemieścić – wyjeżdża ich coraz więcej. Dopiero na poziomie ok. 8 tys. dol. PKB per capita presja migracyjna z powrotem słabnie. Czyli przy obecnym tempie wzrostu migracje z państw biedniejszych zmaleją w okolicach 2200 r.

Nie chodzi o to, żeby nie pomagać. Pomoc humanitarna pozwala doraźnie i punktowo przetrwać nieludzkie warunki. Jednak to przekazy pieniężne od migrantów zarobkowych najskuteczniej wyprowadzają ludzi z biedy. W 2021 r. wyniosły 700 mld dol. i przekroczyły sumę całkowitej pomocy rozwojowej i zagranicznych inwestycji globalnej północy na globalnym południu.

  1. Uchodźca ucieka przed wojną Według prawa – nie. Kategoria uchodźcy, choć wydaje się moralnie jasna w przeciwieństwie do szerszej figury „migranta”, rodzi szereg wątpliwości. Podczas prac nad konwencją genewską z 1951 r. starły się dwa polityczne obozy: zachodni liberalny i wschodni socjalistyczny. Zachód chciał, by uchodźcą nazywać prześladowanych ze względu na poglądy, a Sowieci – uciekających przed biedą. Wygrał Zachód i uchodźca to prześladowany z powodu rasy, religii, narodowości, przynależności do określonej grupy społecznej lub z powodu przekonań politycznych. Ciśnie się pytanie, dlaczego właściwie ochrona przysługuje tym, co nie mogą czcić swojego bóstwa, ale już nie tym, co nie mają co do garnka włożyć? Nawet ochrona uciekających przed wojną została gdzieś w prawie międzynarodowym wciśnięta za fotel. Niby jest, ale jako zasada przewijająca się przez różne artykuły i konwencje bez swoistego miejsca.

Zachód nie ponosi ciężaru uchodźstwa. Ponad 80 proc. uchodźców mieszka w krajach biednych. Trzy czwarte nie wyjeżdża dalej niż kraj sąsiedni. Większość Afgańczyków – w Iranie i Pakistanie – w sumie dobrze ponad 5 mln. W Turcji – ponad 3,5 mln Syryjczyków. Czwarta część Libanu to uchodźcy, a blisko trzecia część populacji to migranci w ogóle, jeśli liczyć gastarbeiterów. Jak pisze francuska badaczka migracji Helene Thiollet, „niemal cały ciężar migracji na świecie spoczywa na krajach biednych”.

  1. Im szczelniejsze granice, tym mniej migracji Wątpliwe. Unia Europejska w ostatnim dziesięcioleciu wydała setki milionów euro na drony, czujniki i technologie eksperymentalne, by monitorować granice. Tam, gdzie powstała fizyczna bariera, nie da się przejść. Ale geografia nie pozwala owinąć Unii szczelnym murem – zawsze znajdą się luki. Badania pogranicza amerykańsko-meksykańskiego pokazały, że im nowocześniejszy i rzekomo szczelniejszy mur – tym ryzykowniejsze i kosztowniejsze jego przekroczenie, ale nadal nie hamuje on migracji. Mury spychają ludzi na inne drogi migracyjne, napędzają przestępczość przygraniczną i przemytniczą.

To warunki strukturalne powodują migracje, a nie otwarte czy zamknięte granice. Aż 40 proc. dorosłych w najbiedniejszych państwach chce wyemigrować, bo obietnica innego, lepszego życia zachęca do wyjazdu, a nie sama w sobie otwarta granica. Po upadku żelaznej kurtyny mieszkańcy Wschodu nie przemieścili się masowo na Zachód. Dziesięć nowych państw UE nie przeprowadziło się do Europy Zachodniej. Wielka migracja w XIX w. ruszyła do Nowego Świata dopiero na zaproszenie rządów i firm ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, a naganiacze podróżowali po Europie, żeby zapełnić parowce.

  1. Migranci hamują wzrost gospodarczy Badania OECD i Banku Światowego stawiają odwrotną tezę. Stany Zjednoczone, Chiny, Indie – wielkie gospodarki zawdzięczają siłę migrantom, z zewnątrz i z wewnątrz. Każdy przybysz to gotowy ludzki kapitał, większa efektywność pracy i dodatkowa kreatywność. Na wyjazd decydują się ludzie przedsiębiorczy, z pewnym nerwem odwagi i determinacji. Imigracja nieszczególnie ciąży na wydatkach społecznych: przybysze są w wieku produkcyjnym – ani emeryci, ani dzieci – zazwyczaj też zdrowsi. Ekonomista Michael Clemens w artykule o wymownym tytule „Ekonomia i emigracja – miliard-dolarowe banknoty leżą na ulicy” przekonuje, że otwarcie granic powiększyłoby światowe bogactwo o 50–150 proc., o wiele więcej niż usunięcie wszystkich istniejących dziś barier w handlu.

Migranci nie zabierają pracy. Społeczeństwa UE się starzeją, a rynki w państwach rozwiniętych są wysoce zróżnicowane, pełne pustych nisz – jak kierowcy, których w Polsce brakuje 120 tys. Trudno spodziewać się konkurencji nawet w ramach jednej kategorii kwalifikacji zawodowych. Polak o niskich – jak na standardy europejskie – kwalifikacjach, wobec średniej światowej staje się pracownikiem średnio wykwalifikowanym. Imigrant o niskim statusie nie będzie jego rywalem.

  1. Migracje to więcej terroryzmu i przestępczości Według tegorocznego raportu Europolu z rąk dżihadystów w 2020 r. zginęło w Unii Europejskiej 12 osób. Kilku zamachowców było migrantami. Terroryści ze skrajnej prawicy w tym samym czasie zabili 9 osób. Terroryzm w ogóle jest tak marginalnym rodzajem przestępczości – o prawdopodobieństwie bliskim porażenia przez piorun – że nie warto, by zatruwał życie strachem. Dla porównania co roku z rąk partnerów ginie tylko w Polsce ponad 400 kobiet (dane sprzed pandemii). Można raczej założyć, że oprawcy to nie migranci. Nie ma powodu, by patrzeć na 99,99 proc. przybyszów przez pryzmat przemocowego promila – jak na terrorystów.

Nie ma też badań potwierdzających ogólną korelację wzrostu przestępczości z migracją. Odwrotnie, na przykład amerykańska Narodowa Akademia Nauk w 2016 r. przedstawiła raport o wpływie migracji na obniżenie przestępczości w USA. Zgadza się – zdarzają się wzrosty przestępczości związane z dużą grupą mieszkających na kupie, bezrobotnych, ubogich, młodych mężczyzn w nowym miejscu – jak w Niemczech po 2015 r. – ale są to tendencje krótkotrwałe, a wiele z tych przestępstw popełniają wobec siebie nawzajem. Dane za 2018 r. pokazują, że przestępczość w Niemczech była na najniższym od 1992 r. poziomie, podczas gdy w kraju mieszkało wówczas rekordowo wielu azylantów.

  1. Katastrofa klimatyczna spowoduje masowe migracje Niewykluczone, choć klimat ociepla się niegwałtownie, więc i ludzie migrują stopniowo. W ubiegłym roku wielokrotnie więcej ludzi zostało wysiedlonych z powodu naturalnych katastrof niż z powodu konfliktów. Światowy Raport o Migracjach wylicza 144 państwa i terytoria dotknięte klęskami żywiołowymi wobec 42 ogarniętych wojną i konfliktem. Burze i sztormy wysiedliły 14 mln – powodzie drugie tyle. Państwa globalnego południa najdotkliwiej odczuwają zmiany klimatyczne – życie staje się tam nieznośne. Irak ciągle kojarzy się z wojną, ale aż 12 proc. mieszkańców irackiej Basry to rolnicy z okolicznych wiosek, którzy z powodu suszy nie mogli już uprawiać ziemi.

Sorry, że tak to ująłem i że dopiero teraz się odnoszę. Miało wybrzmieć bardziej żartobliwie i zaznaczyć gotowość do przyjęcia dalszego feedbacku


Myślę, że jak tylko zauważę zwiększony ruch to przestanę wrzucać. O ile wcześniej nie dostanę kolejnej nagany od ciebie, mode lub reszty społeczności :)


Podjąłem decyzję o wrzucaniu tutaj bo był niemal zerowy ruch i pomyślałem, że ruch może dobrze zrobić tej społeczności. Ale jeszcze to przemyślę w takim razie.



Najbardziej zagubieni w tym gąszczu klimatycznych programów są dziś konsumenci. – Trudno im ocenić, jaka jest wartość obietnic poszczególnych firm, a jeszcze trudniej przewidzieć, czy są w ogóle realne. Często mamy do czynienia z ogólnymi deklaracjami, których horyzont sięga np. półwiecza – ocenia dr Christopher Greig z Centrum Andlinger na rzecz Energii i Środowiska Uniwersytetu Princeton. – Brakuje konkretnego opisu etapów i metod dojścia do celu. Prawda jest taka, że osiągnięcie neutralności klimatycznej dla wielu branż będzie gigantycznym wyzwaniem. Jeśli firmy nie mają dzisiaj jeszcze precyzyjnych planów, to żaden wstyd. Lepiej się do tego przyznać, niż udawać, że znalazło się cudowne rozwiązanie.

Hasło neutralności klimatycznej stało się dzisiaj tak popularne, że niektóre firmy, zwłaszcza bogate koncerny technologiczne, idą o krok dalej, żeby się wyróżnić. Google przekonuje, że neutralny klimatycznie jest już od 2007 r., a w 2030 r. będzie „wolny od węgla”, czyli że z jego powodu nie dojdzie do jakichkolwiek emisji dwutlenku węgla. Z kolei Microsoft informuje, że pod koniec dekady stanie się „węglowo negatywny”, co oznacza, że chce usuwać z atmosfery (w praktyce płacić także za innych trucicieli) więcej dwutlenku węgla, niż go wyemituje. Co więcej, składa jeszcze inne zobowiązanie. Przekonuje, że do 2050 r. odkupi wszystkie dotychczasowe grzechy własne i zadba o zrekompensowanie wszelkich emisji dwutlenku węgla, jakie spowodował od swojego powstania w 1975 r.

Rosnąca aktywność największych koncernów – realna lub medialna – zmusza innych do naśladownictwa. Taką presję odczuwa obecnie m.in. cała sfera światowych finansów. W efekcie coraz mniej banków jest gotowych współfinansować brudne przemysły i brudne technologie, skoro kupujący akcje też je omijają. – Na menedżerów zarządzających funduszami inwestycyjnymi wywierana jest coraz większa presja, by konstruowali je wyłącznie z firm przyjaznych środowisku. To tzw. fundusze zrównoważone. Żeby się w nich znaleźć, wystarczy często mieć tylko program dążenia do neutralności klimatycznej. A to z kolei oznacza, że jeszcze więcej firm składa takie deklaracje, by ich nie wyłączono z portfolio funduszy inwestycyjnych – opisuje Christopher Greig z Uniwersytetu Princeton.

Inwestorzy, a nawet troszczący się o środowisko zwykli konsumenci, też mają kłopot, jedni z wyborem akcji, a drudzy towarów. Niestety, nie ma jednego uniwersalnego certyfikatu, za pomocą którego można by zweryfikować klimatyczne obietnice.

Jest jednak w miarę proste wyjście. – Najlepiej poszukać odpowiedzi na pytanie, czy deklarowane przez firmę zmiany dotyczą jej podstawowej działalności? Jeśli na przykład producent wody mineralnej zamierza posadzić młodnik czy dokładać się do ochrony czyjegoś lasu, to wiele w praktyce nie zdziała. Jeśli natomiast okaże się, że właśnie wymienił surowiec potrzebny do produkcji butelek, a cały plastik pochodzi teraz z recyklingu, to już zupełnie inna sprawa. Ma to konkretny efekt dla środowiska, bo przecież do produkcji nowego plastiku potrzeba ropy. Teraz będzie jej potrzeba mniej, bo producent wody wykorzysta ten stary – mówi Marek Józefiak.

Od operatorów logistycznych powinniśmy oczekiwać jak najszybszej wymiany samochodów spalinowych na elektryczne pojazdy dostawcze, a nie malowania automatów z paczkami na zielono czy obsadzania ich krzaczkami. Zaś linie lotnicze rozliczać nie z kupowania mniej czy bardziej autentycznych certyfikatów, tylko z likwidowania najkrótszych połączeń, gdzie bezrefleksyjnie konkurują z dużo mniej szkodliwą dla środowiska koleją. W Polsce przykładem takiej absurdalnej trasy jest trwający 45 minut lot między Warszawą a Lublinem.

Jeśli bowiem wszystkim tak zależy na ograniczaniu emisji dwutlenku węgla i budowie systemów kompensacji, to czemu stoimy na progu klimatycznej katastrofy, a stężenie CO² w atmosferze co roku rośnie? Wyjaśnienie jest jedno. Zmiany zachodzą za wolno, a my jako konsumenci mamy w tym swój udział. Naiwnie wierzymy, że wystarczy dopłacić do biletu lotniczego czy litra benzyny albo wybrać „zielony prąd”, żeby mieć udział w ratowaniu planety. Tymczasem tylko radykalne zmiany nawyków konsumpcyjnych i stylu życia pozwoliłyby powstrzymać globalne ocieplenie. Inaczej będziemy się jedynie znieczulać. Dokładnie tak jak pijąc „neutralną klimatycznie” wódkę.

Polityka 1/2.2022 (3345) z dnia 28.12.2021; Rynek; s. 61